niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 32. Show time


  Wyszłam pospiesznie ze szkoły zaraz po dzwonku. Moją głowę zaprzątały myśli głównie na temat przedstawienia, które odbędzie się za cztery tygodnie.
  Cztery tygodnie! Jak przez taki krótki okres czasu mam zorganizować coś naprawdę spektakularnego? Poza tym do tej pory nie dostawałam takich odpowiedzialnych zadań, nigdy w życiu niczego nie reżyserowałam! Jak mam sobie poradzić?
  Już otwierałam drzwiczki do swojego samochodu, kiedy coś sobie uświadomiłam i z westchnieniem odwróciłam się na pięcie.
  Muszę porozmawiać z Grace.
  Dziewczyna właśnie weszła na parking. Ręce włożyła do kieszeni swojej ciemnej, grubej, zimowej kurtki, a z uszu zwisały jej dwa białe kabelki od słuchawek. Wpatrzona była w ziemię, dlatego nic dziwnego, że nie zauważyła mojej obecności. Gdy bez słowa mnie minęła, postanowiłam zacząć działać.
- Hej, Grace... - powiedziałam, uprzednio szturchając ją lekko w ramię, by zwrócić na siebie jej uwagę.

  Dziewczyna odwróciła się zaskoczona, po czym na jej twarz wstąpił krzywy grymas.
- Daj mi spokój - fuknęła, nie wyjmując słuchawek z uszu. Właściwie spodziewałam się takiej reakcji, więc w mgnieniu oka stanęłam jej na drodze, powstrzymując ją przed dalszym marszem. - Czego ty chcesz? - Westchnęła ciężko i wyjęła jedną słuchawkę.
- Musimy pogadać. W sprawie przedstawienia.
- Mamy jeszcze cztery tygodnie, to sporo czasu. - Wzruszyła ramionami.
- Wcale nie! - Oburzyłam się. - Trzeba zrobić casting do ról, wybrać sztukę, bo napisać na pewno nie zdążę żadnej... Kostiumy, scenografia... Jest tego w cholerę! Cztery tygodnie to mało czasu.
- To się tym zajmij - odparła mimochodem.
- Siedzimy w tym razem, jakbyś nie wiedziała.
- Podeślę ci nazwiska, o których mówiła Harris. A teraz spadaj. - Założyła na powrót słuchawkę i wyminęła mnie nonszalancko.
  Miałam ochotę krzyczeć, rozpłakać się, uderzyć w coś albo zrobić to wszystko naraz! Dlaczego ona się tak bezczelnie zachowuje? Co ten Zane z nią zrobił...
  Usiadłam przed laptopem i głucho wpatrywałam się w ekran. Musiałam jak najszybciej zacząć pracę nad przedstawieniem. W tym tygodniu zrobię castingi do ról i ogólnej pomocy... Och, ale co wystawimy?! Wtem zadzwonił mi telefon.
- Cześć, Tess. Co słychać? - Głos Brada bardzo mnie ukoił i szybko opowiedziałam mu o całym dzisiejszym dniu. - Wow, niesamowicie.
- Ta, w szczególności, że siedzę w tym razem z Grace - fuknęłam, opierając podbródek na rękach.
- Może to wam pomoże załagodzić konflikt?
- Wierzysz w to? - Szczerze się zdziwiłam.
- Tak, bo znam was obie wystarczająco dobrze. Słuchaj, muszę już kończyć, ale mam ci coś jeszcze do przekazania, bo właściwie po to zadzwoniłem.

  Zrobiło mi się głupio, że zaczęłam nawijać Bradowi o przedstawieniu i sytuacji w jakiej się znalazłam, zważając na to, że najwidoczniej nie miał czasu na dłuższą rozmowę, bo chciał mi tylko coś przekazać. Zachęciłam go do mówienia.
- Michael do mnie dzwonił.
- O, you made my day* -  powiedziałam z ironią.
- Daj spokój. Tess, porozmawiaj z nim. Dobrze wiem, że cierpisz bez niego bardziej niż to pokazujesz.
- Dzięki za informację, Brad, ale muszę zająć się przedstawieniem. Odezwij się jeszcze kiedyś, buziaki - powiedziawszy to, poczekałam, aż chłopak się pożegna i zakończyłam połączenie.
  Westchnęłam ciężko i wstukałam hasło "sztuki teatralne" w Google.


***


  Zajęło mi dużo czasu, zanim znalazłam parę propozycji na jakieś dobre przedstawienie. Postanowiłam, że wystawimy musical - pani Harris uwielbia sztuki tego gatunku, a wiem to stąd, że już kilka przewinęło się na scenie podczas mojej nauki w tej szkole. Późno się położyłam, dlatego nie było dla mnie zaskoczeniem, że zaspałam do szkoły. Zdenerwowałam się tylko, bo na pierwszej lekcji miałam rozszerzoną lekcję angielskiego.
- Tess, co się stało? - zwróciła się do mnie nauczycielka, kiedy wbiegłam do klasy pospiesznie. Burknęłam cicho, że zaspałam i zajęłam swoje miejsce.
  Przez całą lekcję zajmowaliśmy się analizowaniem jakiegoś wiersza, ale ja nie mogłam się skupić na niczym. Jak na ironię, miał tematykę zdradzonej miłości, więc w głowie automatycznie pojawiał mi się obraz Michaela.
  Przyjechał na krótki okres czasu i było naprawdę pięknie. "Duma i uprzedzenie", noc, obiadokolacja, konkurs... Czemu to wszystko musi być takie trudne przez wydarzenia z nocy sylwestrowej? Z rozmyślań wyrwał mnie głos nauczycielki.
- Tess, odpowiesz?
- Proszę?
- Co myślisz na temat zachowania postaci mówiącej w wierszu?
  Zestresowana przebiegłam wzrokiem po literkach, które tworzyły wersy na kartce. Spojrzałam na panią Harris zdezorientowana.
- Nie rozumiem go. Skoro kocha, powinien walczyć.
- I tyle?
- Tak mi się wydaje. Nie potrafię nic więcej od siebie dodać, bo nie wiem, dlaczego rezygnuje.
  Nauczycielka kiwnęła głową ze zrozumieniem i zaczęła mówić coś o stylu, którego autor użył w wierszu. Przyjrzałam się jeszcze raz słowom i analizowałam w głowie swoje, które przed chwilą wypowiedziałam.
  "Skoro kocha, powinien walczyć."
  "Nie wiem, dlaczego rezygnuje."
  Jeżeli nie rozumiem podmiotu lirycznego, nie rozumiem także siebie. Dlaczego zachowuję się jak głupia, rozwydrzona nastolatka? Boże, ale ze mnie idiotka! Potrząsnęłam mimowolnie głową i starałam się skupić na słowach nauczycielki, ale nie potrafiłam, bo wciąż myślałam o tym, co przed chwilą pojęłam. To dopiero pierwsza lekcja, nie wiem, jak przetrwam resztę dnia, skoro nie potrafię się skoncentrować nawet na swoim ulubionym przedmiocie.
  Pierwszy raz ucieszyłam się z dzwonka kończącego zajęcia angielskiego. Wrzuciłam do torby zeszyt i wstałam z krzesła.
- Tess, podejdź tu, proszę. - Usłyszałam głos pani Lisy. Chyba czeka mnie nieprzyjemna rozmowa, pomyślałam i westchnęłam głęboko. - Powiedz mi - zaczęła, kiedy już stałam naprzeciwko jej biurka - co się dzieje.
- Nic takiego, po prostu się nie wyspałam - odparłam cicho.
- To przez to zadanie, które ci narzucono? Wybacz, jeżeli źle myślałam, ale sądziłam, że temu podołasz. Skoro nie potrafisz sobie poradzić, nic nie szkodzi, zajmie się tym ktoś inny - powiedziała łagodnie z nikłym uśmiechem. Coś jej tutaj mocno nie tak, zważając na jej wygląd i słaby głos. Postanowiłam, że rozwiążę tę sprawę później.
- Nie, nie chodzi o to. Znaczy się... siedziałam nad tym wczoraj do późna, bo czeka mnie jeszcze wiele pracy i to dlatego jestem niewyspana, ale jestem pewna, że dam sobie z tym radę.
- Nic na siłę.
- Spokojnie, to będzie dla mnie nowe doświadczenie, ale poradzę sobie. - Kobieta uśmiechnęła się w odpowiedzi. - Proszę pani, chciałam się o coś zapytać...
- Tak?
- Czy aby na pewno wszystko w porządku? Nie wygląda pani najlepiej, źle się pani czuje?
- To po prostu taki okres, Tess. Każdy w swoim życiu to przejdzie.
- Nie do końca rozumiem... - Rozbrzmiał dzwonek.
- Idź na drugą lekcje, dziecko - odparła cicho i zwróciła wzrok na jakieś wypracowanie, które właśnie oceniała. Odwróciłam się na pięcie, uprzednio kulturalnie się żegnając i udałam się w stronę wyjścia. - Mam nadzieję, że wybrałaś już szkołę - dodała ledwo słyszalnie, gdy zamykałam za sobą drzwi.


***


  Nie wiem, jak przetrwałam resztę zajęć, ale po paru dłużących się godzinach byłam w domu. Nawet nie zajrzałam do kuchni ani salonu, jak zazwyczaj robię po powrocie ze szkoły. Od razu pobiegłam do swojego pokoju. Zasiadłam przed biurkiem i wyjęłam z szuflady plik kartek. W końcu trzeba coś zacząć robić ze swoim życiem.
  Uruchomiłam laptopa i w kolejnych kartach przeglądarki internetowej otwierałam strony szkół, które poleciła mi pani Harris. Były to bardzo wymagające uczelnie o wysokich standardach, szczególnie jedna. Columbia. Tę zostawiłam sobie na sam koniec, bo wciąż nie wiedziałam, czy chce tam składać podanie, wyłącznie po to, żebym potem jedynie rozczarowała się odpowiedzią.
  Na początku miałam otwarte jedenaście kart. Po dogłębnym przeglądnięciu zamknęłam pięć stron, pozostawiając sześć najbardziej odpowiadających mi szkół. Po krótkim namyśle, stwierdziłam, że "co mi szkodzi" i wysłałam podania do pięciu uczelni, które mi zaproponowano. Po godzinie miałam to wszystko za sobą, jednak wciąż siedziałam nad jednym wnioskiem. Uniwersytet Columbia.
  Michael by tego chciał, ja bym tego chciała, pani Harris by tego chciała. Ale czy mój ojciec również? Czy w ogóle jest sens próbować?
  Wpatrywałam się w ekran przez parę minut, rozmyślając nad plusami i minusami - jak kiedyś z Michaelem. Nawet napisałam już porządne podanie, ale wciąż się wahałam. W końcu z westchnieniem wstałam od biurka i położyłam się na łóżku, przymykając oczy. Muszę to porządnie przemyśleć.
  Leżałam tak jakieś piętnaście minut i nieomal zasnęłam, kiedy ktoś otworzył drzwi.
- Nuka, zaczekaj! - Usłyszałam piskliwy głosik i otworzyłam oczy, kiedy niespodziewanie małe stworzonko wskoczyło na mój brzuch, a ja impulsywnie zgięłam się w pół pod naciskiem, zanosząc się śmiechem. Siostrzyczka stanęła koło łóżka i mozolnie usiłowała złapać pieska drobnymi rączkami. Ostrożnie objęłam Nukę i zmusiłam ją, żeby zajęła się skakaniem po łóżku, a nie po mojej osobie. Kiedy tak się stało, spojrzałam na zdegustowaną Maddie.
- Co za psinka! A mówiłam jej, żeby się uspokoiła! Skacze jak wariatka!
- Spokojnie, spokojnie. Jest mała, musi się wyszaleć. Co ty taka poważna, co?
- Megan powiedziała, że za niedługo będę mieć siedem lat, więc pójdę do szkoły. A w szkole trzeba być poważnym i grzecznym, dlatego nie mogę się już beztrosko bawić.
  Zastanowiło mnie, skąd zna słowo beztrosko i skąd obudziły się w niej takie uczucia. Uśmiechnęłam się z politowaniem i pogłaskałam ją po główce.
- Mogę w coś zagrać na Internecie?
- Jasne, idź - odparłam i zajęłam się rozbrykaną Nuką.
  Maddie nie umiała dobrze obsługiwać się komputerem, co było normalne, ale wiedziała, jakie podjąć kroki, żeby włączyć sobie grę. W odpowiednim miejscu założyłam zakładkę do strony z różnymi ubierankami i grami o zwierzakach. Wystarczyło, że w to kliknęła i już przenosiła się do świata zabaw. Nie pozwalałam jej, oczywiście, często ani długo korzystać z laptopa, bo jej oczka były jeszcze słabe, a ona sama jest zbyt mała na ciągłe granie na Internecie.
  Minęło jakieś pół godziny, przez które ja czytałam książkę, a Nuka spała w najlepsze na pościeli, kiedy zadeklarowałam siostrze, że koniec na dziś.
- Ale proszę...
- O nie, nie! Podobno już nie jesteś małym dzieckiem, tak? Duże dziewczynki często się uczą, więc może poczytamy jakąś książkę?
- No, zgoda...
  Wstałam z łóżka i podeszłam do laptopa, żeby go wyłączyć. Zdziwiłam się, kiedy w przeglądarce była otwarta tylko jedna karta z grami.
- Maddie, co zrobiłaś z tym otwartym okienkiem, zanim włączyłaś grę?
- Wyłączyłam - odparła beztrosko i wzięła Nukę na ręce, budząc ją przy tym.
  Nie chciałam, żeby widziała, że jestem na nią zdenerwowana. W końcu trochę czasu mi zajęło pisanie tego podania, którego i tak nie wysłałam, bo chciałam odczekać. A teraz, jeżeli zdecyduję się na złożenie wniosku do Columbii, będę go musiała pisać od nowa, bo Maddie zamknęła kartę. Widocznie los nie chce, żebym spróbowała. Westchnęłam i wyszłam za siostrą do jej pokoju, gdzie miała swoje książki do nauki.


Cztery tygodnie później


- Jestem pewna, że wszystko pójdzie świetnie, moi drodzy! Trzymam kciuki! - Usłyszałam zdenerwowany głos pani dyrektor, kiedy przekroczyłam próg kulis.
  Gdy weszłam do pomieszczenia, w którym wszyscy byli zgromadzeni (nie było czym oddychać!), ujrzałam zamieszanie i zero organizacji, a stres unosił się w powietrzu. Przecisnęłam się do pani Grand przez tłum Statystów, nigdzie nie dostrzegając nauczycielki od angielskiego.
- O co chodzi? - spytałam zdezorientowana.
- O, no wiesz. Stres i takie tam. Ale zaraz wszystko się uspokoi...
- Pani mina na to nie wskazuje - odparłam bez krępacji.
- No dobrze, dobrze. Zawsze nastrojami aktorów zajmowała się Lisa, a teraz jej nie ma i nie wiem, jak sobie poradzić! - Desperacja w jej głosie była tak dobrze słyszalna jak śmiech Maddie, kiedy popołudniami ogląda swoje bajki.
- Wszystkiemu jakoś zaraz zaradzę, spokojnie. - Postarałam się brzmieć wiarygodnie i odwróciłam się od przerażonej dyrektorki plecami.
  "Trzeba znaleźć Grace."
  Rozglądałam się za blondynką na wszystkie strony, ale za nic w świecie nie mogłam jej zlokalizować. Na mojej drodze stanął Scott i to do niego zwróciłam się o prośbę.
- Scott! Posłuchaj, mamy mały problem...
- Co jest? - spytał. Dziwne, jako jedyny wydawał się mi się tutaj opanowany.
- Czy zawsze tak jest? Taki harmider... przecież to straszne!
- To normalne, Tess, każdy się stresuje.
- W takim razie, czemu ty nie?
- Mam wprawę i pewność siebie nie do złamania. Daję sobie radę.
- Proszę, musisz mi pomóc. Nie mogę nigdzie znaleźć Grace, a sama sobie z tym nie poradzę. Do tego nie ma pani Harris, gdzie ona się podziewa? Co za tragedia...
- Wszystko się ustabilizuje za moment, poczekaj - uspokoił mnie i odwrócił się do mnie bokiem, tak że widziałam jego profil. - Ludzie! - krzyknął tak głośno, że nie potrzeba było powtarzać; każdy z obecnych patrzył się w naszą stronę i zaległa grobowa cisza. - Przecież to nie pierwszy raz! A nawet jeśli to pomyślcie, że to wasza wielka szansa na wykazanie się, nieważne czy jesteście statystami, czy macie główne role. Niczym się nie przejmujcie, a będzie wam o wiele łatwiej zagrać i obiecuję, że będziecie zadowoleni z tego, jak nam to wyjdzie. Nie możecie być tacy roztrzepani, ej! Tess świetnie to wyreżyserowała, a na próbach każdy genialnie sobie radził, więc dlaczego teraz miałoby nam nie wyjść? Natychmiast ma być spokój, bo inaczej wszystko szlag trafi. Zrozumieliście? Będzie pięknie, a teraz zajmijcie się makijażem i tymi innymi duperelami, które wam pomogą wczuć się w rolę. Jazda!
  Przemowa Scotta była świetna, widać było, że chłopak posiada jakiś dar przekonywania ludzi i umie przewodzić. Wszyscy zgromadzeni za kulisami zajęli się swoimi sprawami, o których wspomniał przed chwilą, a ten z tryumfalnym uśmieszkiem spojrzał mi w oczy.
- Jesteś niesamowity, dziękuję! - powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego szeroko, czując, jak cały stres ze mnie spływa.
  Jednak na powrót wrócił, kiedy zdałam sobie sprawę, że mimo znacznie większego spokoju wśród aktorów, trzeba znaleźć Grace. Gdzie też ona mogła być?
- Widziałeś Grace? - pytałam każdego przechodzącego obok, ale wszyscy zaprzeczali. Byłam podenerwowana, co się z nią działo?!
  Stwierdziłam, że muszę zażyć trochę świeżego powietrza, bo inaczej się uduszę w środku.
  Małe miejsce "świeżego powietrza" za teatrem w Tauron (pani Lisa wynajęła nam tu salę, zanim po prostu zniknęła) ani trochę nie był podobny do wewnętrznego wystroju. Można by pomyśleć, że jest to zaplecze jakichś slumsów. Jedna ławka, jakiś murek i dwa wielkie kosze na śmieci, a do tego ściana jakiegoś budynku dziesięć metrów od wyjścia. Tak, zdecydowanie to miejsce do wytchnienia mieści się w jakieś uliczce obok teatru. Dobre i to, pomyślałam i zasiadłam na murku.
  Wciągnęłam przez nozdrza powietrze, ale nie wydawało się ono zbyt czyste, dlatego postanowiłam, że nie będę już tak się nim zawzięcie zaciągać - jedynie zwykłe oddychanie, bez którego żaden człowiek nie mógłby żyć.
  Nagle przed oczami przemknęły mi obrazy minionych czterech tygodni.
  Po pierwszych siedmiu dniach mieliśmy odbyte już sześć prób. Grace z początku nie była zadowolona z mojego pomysłu, ale po pierwszych dwóch spotkaniach chyba jej przeszło. Za to brunet był wniebowzięty od momentu ogłoszenia informacji o przedstawieniu, że wystawimy musical, a gdy dowiedział się, że będzie grał głównego bohatera, odniosłam wrażenie, że zaraz zemdleje.
  Kiedy pani Harris przydzieliła mi to zadanie, myślałam, że sobie nie poradzę. Jednak wtedy, po tygodniu, zdawało mi się, że może akurat coś dobrego z tego wyjdzie. Wszyscy byli bardzo zaangażowani i widać było zainteresowanie i staranie w ich zachowaniu - doceniałam to.
  Martwiło mnie tylko, że pani Lisy często nie było w szkole na lekcjach, ale na każdą naszą próbę przychodziła.
  Przez tamten okres mało co rozmawiałam z Bradem i Deanem - wszystko ucichło. Wiele też razy zbierałam się do wykonania telefonu do Michaela, ale od razu rezygnowałam. Nie potrafiłam się przełamać, mimo że jego brak bardzo bolał i odnosiłam wrażenie, iż każdy z aktorów zaangażowanych w sztukę, wie, że coś jest ze mną nie tak.
  Była też jedna jedyna sytuacja, w której moje nadzieje powróciły, a mianowicie Grace. Niestety, tylko na chwilę.
- Tess, możesz tu na chwilę podejść? - Dosłyszałam znajomy głos dochodzący ze sceny. Oderwałam się od scenariusza, żeby nawiązać kontakt wzrokowy z mówcą.
- Stało się coś? - spytałam bez zająknięcia i wstałam z fotela.
- Chyba musimy pogadać - powiedziała Grace, kiedy już stanęłam obok niej. Poczułam, jak jakieś ciepło, którego źródło było mi nieznane, rozpływa się po całym ciele. Mimo to nawet się nie uśmiechnęłam, żeby nie ukazać, że naszła mnie nadzieja. Czyżby Grace się przełamała?
- Słucham - odparłam głosem wyzutym z emocji.
- Mam zastrzeżenia co do piątej sceny w akcie drugim.
  Wspominałam, że poczułam ciepło? Teraz wyobraźcie sobie, jak to uczucie znika i zastępuje je zlodowacenie. Aż mi gęsia skórka wyszła na rękach i nogach.
- Aha, co ci nie pasuje? - spytałam z udanym zaciekawieniem i zajrzałam do scenariusza, który trzymała w ręce.
  Ta nasza wymiana zdań odbyła się w środę dokładnie w tydzień od rozpoczęcia prób i była to chyba najdłuższa rozmowa, jaką z nią przeprowadziłam przez okres przygotowań. Na lekcjach czy przerwach dalej zachowywałyśmy się, jakbyśmy się nie znały, a jedynie na próbach miałyśmy ze sobą jakiś kontakt, aczkolwiek był on ograniczony do minimum. To straszne, ale chyba zaczęłam się do tego przyzwyczajać.
  Dni mijały, a próby do przedstawienia odbywały się codziennie po dwie godziny. Wystąpiły tylko małe problemy dotyczące scenografii w jednej ze scen w kafejce, ale szybko udało się nam to wspólnie rozwiązać. Grace - ku mojemu zaskoczeniu - nie wychylała się za bardzo i zajmowała się tylko swoją rolą. Grała znakomicie, to fakt, ale jej zachowanie poza sceną było żenujące. Z nikim praktycznie nie rozmawiała, a nawet rzadko się uśmiechała. Nieprofesjonalne jest nie mieć dobrego kontaktu z resztą ekipy, a ona powinna o tym bardzo dobrze wiedzieć, bo uczęszcza do tego kółka już drugi rok. Kiedy rozmawiałam z Jenny, dziewczyną, która zapisała się do trupy teatralnej wtedy co Grace, wykazała niechęć do blondynki. Powiedziała mi wtedy, że uważa, iż Grace była kiedyś inna i praca z nią nad różnymi sztukami to była przyjemność, ale od jakiegoś czasu zachowuje się jak snobka. Stwierdziła też, że lepiej by było, gdyby robiła z siebie gwiazdę, niżeli w ogóle się nie odzywała i robiła się z siebie outsiderkę - jak przy tym przedstawieniu. W głębi duszy podzielałam jej zdanie. Grace się zmieniła, a ja jedyna chyba wiedziałam, co jest tego powodem.
  Mimo nieprofesjonalnego zachowania głównej aktorki, inni spisywali się znakomicie. Byłam dumna, że w szkole są jeszcze takie osoby, które potrafią być miłe i sympatyczne, a przy tym tak utalentowane. Bo to niezaprzeczalne - każdy z nich wiedział, co robi, zapisując się do tego kółka. Byli w tym świetni.
  Uczniowie z wymiany przyjechali w poniedziałek dwudziestego ósmego stycznia i - zgodnie z planem - Pam zajęła się oprowadzaniem ich po miasteczku i szkole. Zaskoczyło mnie jak ładne są dziewczyny we Włoszech, to samo chłopcy. Każdy miał uroczą, dziecięcą twarz, ale mimo to widać było, że mają ponad siedemnaście lat. Ku mojemu zdziwieniu, nie mogłam powiedzieć o żadnym z nich, że jest brzydki. Jak każdy na świecie mieli swoje niedoskonałości - tu za duży nos, tu twarz usiana milionami piegów, tu odstające uszy... Ale mimo tego, każdy z nich był na swój sposób przystojny. Na potwierdzenie moich myśli wystarczyło przyjrzeć się dziewczynom z całej Hillston High School - niektóre nie mogły powstrzymać ślinotoku na ich widok i ukradkiem przecierały sobie usta rękawem bluzy czy swetra. To było komiczne, ale w końcu to nastolatki. Szkoda tylko, że ja nie potrafiłam się tak zachowywać. Lepsze chyba takie wydurnianie się niż zasmucanie, bo pokłóciłam się z Michaelem.
  Z kilkorgiem rozmawiałam przez te parę dni ich pobytu tutaj - każdy z nich wydawał się całkiem fajny, ale musiałam pamiętać, że nie ocenia się nikogo po pozorach, nawet jeżeli pierwsze wrażenie było całkiem w porządku.
  Wszystkie planowane imprezy i wydarzenia wypaliły, a szczególnie sobotni festyn. Kapela zagrała świetnie, mimo nieobecności Michaela. Caleb, jego młodszy kolega, z którym rok temu tutaj pogrywał, dał fenomenalny koncert, a jego solówka na gitarze elektrycznej była naprawdę godna uwagi. Nie zdziwiłabym się, gdyby po wczorajszym niesamowitym występie ktoś zadzwonił do niego z propozycją nagrania płyty czy coś takiego.
  W końcu nadszedł dzień dzisiejszy, mianowicie niedziela, kiedy miało odbyć się równie spektakularne przedstawienie, reżyserowane przez Tess Rodriguez, czyli mnie, a dziewczyna, grająca główną rolę, zniknęła i nikt nie wiedział, gdzie się podziewa.
  Wtem usłyszałam chichot dobiegający zza ściany budynku - od strony wyjścia z uliczki. Wstałam z murku i podążyłam w tamtą stronę, bo znałam ten śmiech.
  Grace opierała się o zimną ścianę, a Zane napierał na nią pocałunkami.
- Chyba przeszkadzam - burknęłam cicho, uprzednio odchrząkając dla większego efektu.
  Podziałało. Grace impulsywnie odsunęła od siebie Zane'a i zdezorientowana spojrzała na mnie. Chłopak za to, mimo początkowego zaskoczenia, uśmiechał się nonszalancko. Minęło parę sekund, zanim Grace wróciła do swojej oschłej postawy.
- Co ty tu robisz? - fuknęła, poprawiając sobie włosy.
- Mogłabym was zapytać o to samo. Zane, nie miałeś być czasem w Nowym Jorku? A ty, gwiazdko wieczoru, za kulisami, przygotowując się do występu, który - tak nawiasem mówiąc - rozpoczyna się za niecałe piętnaście minut?
- Odwal się, Tess - odparła tylko, ale po przelotnym spojrzeniu rzuconym Zane'owi wycofała się do środka.
- Szykuje się dobre show. Chociaż nie wiem, czy lepszego nie zobaczyłbym, gdyby was dwie tak ściągnąć do jednego pomieszczenia bez klamek. - Zane odezwał się po jakichś trzydziestu sekundach spoglądania w moje oczy.
- Co chcesz tym osiągnąć? Czemu to robisz? - spytałam, starając się brzmieć twardo, ale tak naprawdę byłam w rozsypce.
- Zabawa, kotku. Nie wiem, czy znasz takie pojęcie. - Zmrużył oczy. - Chociaż nie, wait, pamiętam jak szalałaś na imprezach. Było to jeszcze tak niedawno...
- Zmieniłam się, Zane. Grace również, ale ty nic a nic. Dalej jesteś tym samym dupkiem, z którym moja przyjaciółka nie powinna mieć żadnego kontaktu.
- Daj spokój, "przyjaciółka", mówisz poważnie? Ona cię nie znosi, Tess, zrozum to.
- Przestań.
- Przestać co? Mówić ci prawdę, której nie chcesz do siebie dopuścić? Niepotrzebnie tracisz nerwy. Znaj moją łaskawość, że cię uświadamiam... Grace już nigdy nie wróci do przyjaźni z tobą.
  Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo całkowicie mnie zamurowało. Co mu strzeliło do głowy?
  Widząc chyba, że nasza konwersacja dobiegła końca, Zane zbliżył się z chęcią pocałowania mnie w policzek, ale zapobiegłam temu, wymierzając mu soczystego liścia w twarz. Chłopak impulsywnie przyłożył dłoń do obolałego policzka, po czym pokręcił głową z tym jego drażniącym uśmiechem i wypowiedział słowa, które jeszcze bardziej mną wstrząsnęły.
- Pozdrów Michaela. - Uśmiech nie schodził mu z twarzy, kiedy udał lekki grymas, jakby coś sobie uświadomił. - Ano tak, nie rozmawiasz z nim. To szkoda, byliście całkiem ładną parą, sądziłem, że się wam ułoży. - Zaczął odchodzić w stronę wejścia głównego do teatru. - Taaak, to wielka szkoda... Najpierw Grace, teraz Michael... Kto ci zostanie, co, kotku? - I na powrót byłam sama, słysząc jeszcze tylko jak Zane krzyczy na odchodnym ledwo słyszalne "szykuje się dobre show!".
  Łzy naszły mi do oczu. Szybko je przetarłam, żeby się jakoś uspokoić. Cholera, to zawsze pomagało. Tym razem jednak słona woda spłynęła mi po policzkach strumieniami przygnębienia i złości. Przysiadłam na powrót na murku, chowając twarz w dłoniach. Nie mogłam przecież wejść do teatru w takim stanie.
  Kiedyś zastanawiałam się nad tym, dlaczego mam tylko jedną przyjaciółkę. Z Grace od zawsze dobrze się dogadywałam i nie brałam pod uwagę, iż pewnego dnia mogłoby się pokomplikować do tego stopnia, że przestaniemy ze sobą rozmawiać tak po prostu i stracimy dobry kontakt. Wyobrażałam sobie naszą dwójkę mieszkającą po sąsiedzku ze swoimi rodzinami w pięknych, zadbanych domach i że późnymi popołudniami będziemy razem siedzieć na werandzie czy w kuchni, spoglądając na bawiące się potomstwo i wspominając przy tym stare czasy. To taka wizja idealnego życia w przyszłości, ale kto jako dzieciak takowych nie miał? Z biegiem czasu zdobyłam wiedzę na temat prawdziwego życia, które rzadko jest idealne. Mogą się pojawić problemy z dostaniem pracy, zakłócenia związane z ciążą, niespodziewana śmierć bliskich osób, rozwód z mężczyzną twoich marzeń czy poważna kłótnia z najlepszą przyjaciółką... I tak psuje się ta perfekcyjna wizja sprzed paru lat. Wystarczy, że jeden element szlag trafi i już wszystko się sypie. Zaprzyjaźniłam się wyłącznie z Grace, dlatego że z chwilą, w której ją poznałam, poczułam, że połączy nas piękna więź - ta z tych nie do rozerwania, wieczna. Zapomniałam wtedy, że wszystko ma swój koniec czy to w bliższej przyszłości, czy na starość. Grace ma trudny charakter, ale pomimo to ją kocham, jest dla mnie jak siostra. Jak mogę w takim razie żyć bez niej?
  Ale że przyjaźń i miłość traktuję na równi i mam do obu uczuć takie samo podejście, to dlatego właśnie postanowiłam ratować to, co jeszcze jest do uratowania. Nie mogę popełnić tak głupiego błędu jak w przypadku Grace, której mogę już nie odzyskać. Wybrałam znajomy numer.
- Tess?
- Michael, przepraszam. - Tylko na tyle potrafiłam się zdobyć. Ciągle płakałam, więc gdybym zaczęła mówić coś więcej, mógłby mnie po prostu nie zrozumieć przez spazm. Chłopak milczał przez dłuższą chwilę.
- Za co ty mnie przepraszasz? - Usłyszałam rozbawiony głos Michaela i (nie wiedzieć czemu) rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Za to jak się w ostatnich paru tygodniach zachowywałam. - Wydobyłam z siebie na jednym wdechu. - Przecież to nie twoja wina, że tak się to wtedy wszystko potoczyło, a ja głupia się nawet z tobą nie pożegnałam...
- To masz okazję. - Usłyszałam tylko w odpowiedzi.


***


- Co? - wyrwało mi się i impulsywnie podniosłam się z murku. Byłam bardzo zdezorientowana.
- Powiedz, jak już minie ci ten stan osłupienia, bo w końcu chciałbym cię zobaczyć - odparł ze śmiechem. - Stoję za kulisami, a ciebie nie ma. Rusz się, dzieciaku.
  Ani chwili dłużej nie czekając, rozłączyłam się i pognałam do środka. Michael nie kłamał. Stał tam w swojej skórzanej kurtce, mimo zimy na polu i uśmiechał się szeroko. Wiedziałam, że jest tutaj dużo ludzi, a nawet pani dyrektor gdzieś się szwenda w okolicy, ale to nie było teraz istotne. Nie mogłam powstrzymać łez na jego widok. Przecież to nieprawdopodobne, myślałam. Chłopak rozpostarł ręce, a ja bez chwili namysłu wtuliłam się w niego mocno.
- Nareszcie. Bardzo brakowało mi tej dziecięcej buźki i ślicznego głosiku - powiedział, głaskając mnie po głowie. Czułam się jak sześciolatka, ale nie dbałam o to. Nawet nie zdenerwował mnie tym, że znowu porównywał mnie do dziecka. Cieszyłam się jego obecnością.
  Po chwili wziął moją twarz w dłonie i delikatnie pocałował. Kiedy się ode mnie oderwał, na powrót spojrzał mi w oczy i chyba dopiero teraz dostrzegł w jakim jestem stanie. Niestety, gdy zapytał, co się stało, ja jeszcze bardziej się rozpłakałam, bo przypomniałam sobie, dlaczego byłam tak przygnębiona. Chłopak odciągnął mnie na bok, do jakiegoś zacisznego kąta, gdzie mogliśmy spokojnie porozmawiać.
  Gdy już skończyłam opowiadać o całej sytuacji z Zane'em i Grace, nie pomijając żadnych szczegółów, Michael wyrzucił z siebie potok obelg na swojego przyjaciela. Obiecał mi jeszcze tylko, że z nim porozmawia we właściwy sposób.
- Za parę minut zaczyna się występ - wychrypiałam, ocierając twarz - a wyglądam jakbym przed chwilą wyszła ze studia filmowego, gdzie kręcony był przerażający horror, a ja grałam upiora.
- Nie jest tak źle, mogłabyś być jedynie ofiarą, którą poturbowano na jakichś torturach.
- Dzięki, chyba nie pomagasz - odparłam, ale mimo to zaśmiałam się cichutko. On zawsze umiał mi poprawić humor.
- Przynajmniej użyłaś słowa chyba, więc jeszcze nic nie jest wykluczone. A teraz ruszaj się, młoda, bo musisz się ogarnąć, zaraz wychodzisz na scenę zapowiedzieć występ! Tak?
  Pokiwałam głową i pocałowałam go w usta, po czym wstałam i pociągnęłam go za rękę.
- A ja to na co? Przecież wyglądam jak włoski model, nie muszę przechodzić metamorfozy jak ty.
- Czyżby? Włoscy modele to siedzą na widowni w pierwszym rzędzie, misiaczku, a nie tutaj za kulisami. A ty... już szczególnie się do nich nie zaliczasz.
- Włoscy modele mówisz? - spytał zaintrygowany, ale w jego głosie można było dosłyszeć nutkę irytacji. Zachichotałam cicho.
- O taaak, każda laska ślini się na ich widok, włącznie ze mną - odpowiedziałam, siadając na fotelu przed jednym z luster. Pomieszczenie trochę się opustoszyło.
- Włącznie z tobą?
- Zdecydowanie tak. Jeden ma takie pociągające odstające uszy, że aż kusi, żeby je dotknąć!
- Lepsze odstające uszy niż moje oczy? - Michael nachylił się bliżej mojej głowy, ale ja nie odwracałam wzroku od lustra i swojej twarzy. Nie mogłam się zdekoncentrować i spojrzeć w te jego przenikliwe zielone tęczówki...
- Co twoje oczy? - spytałam trochę zdezorientowana.
- Przecież wiem, co uważasz o moich oczach.
- Nic nie uważam o twoich oczach. I przestańmy powtarzać to słowo. - Lekko się zirytowałam, a on to chyba zauważył, bo zaśmiał się uroczo.
- Wygrałem?
- Daj spokój! - Palnęłam go w ramię i zajęłam się makijażem.
  Niedługo później byłam już gotowa, a ponieważ wystąpiły jakieś problemy z kurtyną (nie chciała się ruszyć z miejsca) przedstawienie miało się odbyć za kilka minut, co oznaczało, że się nie spóźnię. Michael znienacka zaczął mi poprawiać włosy, a nawet wziął lakier do rąk, ale szybko mu go wyrwałam, śmiejąc się, że nie nadaje się na fryzjera i lepiej, żeby zajął się modelingiem.
  Nie widziałam Grace, odkąd opuściła zaułek, zostawiając mnie i Zane'a samych. Może dlatego że byłam cały czas skupiona na Michaelu? Na szczęście dziewczyna nigdzie nie zniknęła, bo jedna z drugoplanowych "aktorek" powiedziała mi, że blondynka ćwiczy razem ze Scottem jedną ze scen gdzieś na zapleczu, dzięki czemu odetchnęłam z ulgą.
  Koło dziewiętnastej trzydzieści (czyli piętnaście minut po planowanym rozpoczęciu przedstawienia) dostałam cynk od któregoś z facetów ogarniających sprawy związane ze sceną i światłami, że czas zacząć. Michael życzył mi powodzenia i zszedł bocznymi schodkami na widownię. Ku mojej radości, usiadł obok miejsca, które przynależało do mnie i miałam je zająć zaraz po oficjalnym zaproszeniu na spektakl.
- Witam wszystkich zebranych - zaczęłam, kiedy wyszłam na scenę oświetlona blaskiem jednego z reflektorów. Dziwnym doświadczeniem było dla mnie słyszeć swój własny głos dobiegający z głośników, ponieważ mówiłam do mikrofonu, a nigdy wcześniej nie robiłam tego przed tak ogromną publicznością. - Bardzo dziękuję za przybycie. Muszę też z ogromną przykrością oznajmić, że nasi koledzy z Włoch jutro z rana nas opuszczają. W imieniu całej społeczności Goldhill, chcę wam powiedzieć, że wasz przyjazd był dla nas wszystkich bardzo radosną wiadomością, choć niemałym zaskoczeniem. - Na sali rozległy się ciche chichoty, więc i ja uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. - Liczę, że spodobało wam się u nas i na sam koniec waszego pobytu w Goldhill przygotowaliśmy spektakl, który opowiada o przyjaźni, miłości, pasji i poświęceniu. Życzę miłego oglądania i zapraszam na "Teraz albo nigdy"**!
  Rozległy się gromkie brawa, a ja (po delikatnym ukłonie) zeszłam ze sceny, nie potykając się przy tym ani raz, co było dla mnie wielkim szokiem, ale i powodem do dumy. Teraz tylko trzymać kciuki za uczniów, oby sprostali zadaniu i wszystko wypadło pięknie.
  Zajęłam miejsce obok Michaela, kiedy światła zgasły, a zapaliło się tylko małe światełko na scenie i Grace wyszła na środek.


***


- Moja droga, to było wprost rewelacyjne. - Usłyszałam panią Grand, gdy stałam z Michaelem przy moim tacie, Maddie i Megan. - Jestem z ciebie dumna! Świetnie to wyreżyserowałaś, a wszyscy spisali się niesamowicie dobrze. Naprawdę, jest co podziwiać. Szkoda tylko, że Lisa tego nie widziała...
- Nie było pani Harris? - zdziwiłam się.
- O, nie, nie było jej... Niestety, nie dała rady przybyć - odparła trochę zakłopotana.
- Co się stało? - spytałam. Nie miałam zamiaru ustępować, musiałam wiedzieć, co się dzieje.
- Pani Harris... och, Tess... Ona jest w szpitalu.
- Jak to?!
- Proszę, Tess, nikomu nie mów. Wiem, że bardzo cię lubi, dlatego tylko tobie to zdradziłam.
- Ale czemu? Co się stało? Jest chora? Miała jakiś wypadek?
- Tess, sama ją o to zapytaj - mówiąc to, dyrektorka wręczyła mi małą, żółtą karteczkę z jakimś adresem.
  Spojrzałam na tatę.
- Muszę tam jechać - oznajmiłam i szybko wybiegłam z sali, nie czekając na jego odpowiedź. Trochę mi zajęło, zanim przepchałam się przez tłum ludzi, ale w końcu dotarłam na zewnątrz.
- Tess! - usłyszałam zza siebie głos zaniepokojonego Michaela. Odwróciłam się i spojrzałam na niego pytająco. Biegł w moją stronę i dopiero gdy znalazł się tuż przy mnie, wziął głęboki oddech i coś powiedział.
- Jadę z tobą. Nie chcę tracić żadnej chwili razem.
- Dobrze - odpowiedziałam i złapałam go za rękę, a po chwili już siedzieliśmy w moim samochodzie i gnaliśmy do szpitala w Tauron, bo tam znajdowała się teraz moja nauczycielka od angielskiego.



_________________________________________________



Mozolnie mi szło pisanie tego rozdziału, jakoś nie mogłam znaleźć weny... Ale w końcu coś naskrobałam. Przyśpieszyłam trochę akcję ("cztery tygodnie później"), ale mimo to streściłam te cztery tygodnie przygotowań w kilku akapitach. Liczę, że się spodoba. :) 


* -  Nie chciałam tego tłumaczyć na polski, bo - moim zdaniem - lepiej brzmi to po angielsku. Jest to zwrot, który oznacza, że ktoś poprawił ci humor czy sprawił, że dzień jest wyjątkowy (w tym przypadku to ironia).

** - wymyśliłam ten tytuł i całe przedstawienie. Nie mogłam znaleźć żadnej odpowiadającej mi sztuki, dlatego troszkę uogólniłam ten wątek ze spektaklem.

8 komentarzy:

  1. Świetne, czekam na kolejny rozdział :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne! Kiedy nn?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aktualnie jest teraz taki okres, gdzie trzeba się skupić na szkole, dlatego nie wiem, kiedy uda mi się coś napisać nowego. :)

      Usuń
  3. Kolejny C U D O W N Y rozdział.. tylko pozazdrościć talentu :) Dzięki Tobie znowu patrzę na zycie w kolorach :) A Michael... ahhhhh :3 czekam na kolejne rozdziały ;)
    wpadnij też do mnie ;)
    http://tkaczemarzen.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie wiesz, jak cieszą mnie takie komentarze. :) Oczywiście, że do Ciebie wpadnę ;* Ale z przykrością Ci oznajmię, że brak czasu i weny wpływa na to, że ciężko mi idzie pisanie 33. rozdziału. :(

      Usuń
  4. Jeju *.* kochana . Nie pozostawiałam ci wcześniej żadnego komentarza , gdyż czytałam wszystko na żywca . Od początku . To jest na prawdę cudowne . Masz super styl pisania . Aż po prostu chce się czytać . Z utęsknieniem będę czekać na kolejny rozdział . Czułam się jakbym czytała książke . Kilka razy się popłakałam . Świetnie wszystko opisywałam no po prostu, aż nie wiem co mam powiedzieć . CUDO <3 . Przepraszam za tak beznadziejny komentarz ale niedawno wstałam .Weny weny jeszcze raz weny :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany! Dopiero teraz dostrzegłam jakimś cudem ten komentarz. Przepraszam, że wcześniej nie odpowiedziałam, ale jestem na wakacjach, a poza tym tak rzadko się tu ktokolwiek udziela (dlatego że nie reklamowałam tego bloga w trakcie pisania za bardzo) i mega mnie zaskoczył Twój komentarz.
      Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że spodobało Ci się moje opowiadanie! <3 No i jestem pod wrażeniem, że mimo dużej ilości długich rozdziałów, nie zrezygnowałaś z czytania, jak zapewne wielu przed Tobą, którzy próbowali chociażby za nie się zabrać w jakiś sposób. Dziękuję za miłe słowa! <3
      Jak tylko wrócę z wakacji, postaram się coś napisać, bo wena chyba wróciła.
      Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję,
      Julss :*

      Usuń

Mrs. Punk