wtorek, 30 lipca 2013

Rozdział 11. Dwudziesty siódmy czerwca

- Spakowałaś już wszystko? - Tata był przejęty bardziej niż ja. Nie chciał, żebym czegokolwiek zapomniała. Niemal jakbym miała znowu dziesięć lat, pomyślałam sobie. No ale w końcu zawsze jeździliśmy razem na wakacje, a teraz nareszcie miałam pojechać bez niego i Maddie, wraz z przyjaciółmi.
- Myślałam, że tak. Ale wczoraj odwiedziła mnie Grace, pamiętasz?
  Tata przytaknął.
- No i co w związku z tym? - Zapytał nieco zbity z pantałyku.
- Kiedy poszłam nam przygotować coś do jedzenia, ona przegrzebała mi całą walizkę i powiedziała, że nie umiem skompletować sobie sama ubioru. Podobno się tego spodziewała Także efekt był taki, że połowę rzeczy, które sobie wybrałam, wylądowały z powrotem w szafie.
- Nie spakowałaś ich sobie ponownie? - Nadal był strasznie zdziwiony.
- Nie ma co walczyć z Grace, tato. Włożyła mi do walizki trochę innych ubrań, ale naprawdę nie rozumiem, po co nad morzem niektóre z nich. Może zapowiadają brzydką pogodę. W każdym razie, jest moją przyjaciółką i jej ufam, więc zostawię wszystko tak, jak ona ustaliła. W końcu zupełnie nie mam pojęcia, co będziemy tam robić, bo kiedy oni wszystko uzgadniali, ja nie słuchałam - wytłumaczyłam mu to najlepiej, jak potrafiłam. Ojciec miał minę, jakby właśnie coś do niego dotarło, po czym udał zamyślonego.
- Rozumiem, rozumiem. - Usłyszałam w odpowiedzi.
  Była dwudziesta. Za niedługo mieliśmy wyjechać. Chyba chcieli się wybrać gdzieś daleko, bo podróż ma trwać sporo godzin i najlepiej jechać przez noc - ruch jest znacznie mniejszy, a i letni upał nie doskwierałby tak bardzo, jak za jazdy w dzień.
- Tess? - zwrócił się do mnie ponownie ojciec.
- Tak?
- Wszystkiego najlepszego z okazji jutrzejszych osiemnastych urodzin - powiedział i pocałował mnie w policzek, wręczając coś małego, ale twardego w dotyku.
- Och, tato. Dziękuję - uścisnęłam go, kiedy już zobaczyłam, że jest to płytka.
- Drobnostka. A i dla ścisłości, za cały twój wypad zapłaciłem już Michaelowi. To taki prezent od wszystkich.
  Zabrakło mi słów. To było naprawdę piękne z jego strony.
- Kocham cię - powiedziałam mu drżącym głosem i uśmiechnęłam się szeroko. Miałam już przygotowane pieniądze, które chciałam dać swojemu chłopakowi dzisiejszego wieczoru, ale mój ojciec mnie uprzedził.
- Jeszcze ja! - krzyknął ktoś zza mnie. Odwróciłam się i dostrzegłam małą blondyneczkę o porcelanowej twarzyczce i przepięknym uśmiechu, który prawie nigdy nie schodził jej z ust.
- Cześć, Maddie - przywitałam ją, a ta rzuciła mi się niespodziewanie na szyję.
- Szkoda, że jedziesz już dziś. Proszę - powiedziawszy to, wręczyła mi kremową laurkę w kształcie serca. Na zewnętrznej stronie narysowała mnie, siebie, tatę i jakąś kobietę, ale nie mogłam odgadnąć, czy jest to Megan czy mama. Gdy otworzyłam prezent, dostrzegłam śliczną kaligrafię.
- Megan mi pomogła. - Maddie jakby czytała mi w myślach.
  Były tam napisane przepiękne życzenia, a pod nimi koślawy podpis małej. Najbardziej zaskoczyło mnie, iż obok literek po prawej stronie widniała postać. I wtedy uzyskałam odpowiedź na swoje zadane w myślach pytanie, gdy spojrzałam po raz pierwszy na laurkę. Na zewnętrznej stronie na pewno była Megan. Jej hebanowe włosy były spięte w kok - mama przecież praktycznie nigdy nie spinała swoich kasztanowych. Uwielbiała, jak na wietrze kosmyki okalały jej twarz. Coś ścisnęło mnie w gardle.
- Jest piękna, dziękuję. - Pocałowałam małą w policzek. Do kuchni weszła Megan.
- Rewelacyjnie narysowała te postaci, prawda? Uparła się, żeby mnie narysować z wami... - zaczęła, jednak jej przerwałam.
- Mi tak się podoba. Naprawdę kawał dobrej roboty.
- Mama też by ci chciała życzyć wszystkiego najlepszego, śniła mi się dzisiaj - odezwała się Maddie.
- To miłe. - Uśmiechnęłam się lekko, a w oczach pojawiły mi się łzy. Uściskałam jeszcze raz małą i wstałam. Podeszła do mnie moja przyszła macocha i delikatnie przytuliła do siebie.
- Cieszę się, że mamy lepszy kontakt. Wszystkiego najlepszego.
- Dziękuję - odparłam z uśmiechem, kiedy już mnie puściła. Kobieta wręczyła mi małe, granatowe pudełeczko.
- Mam nadzieję, że ci się spodoba.
Otworzyłam prezent. W środku na poduszeczce leżał piękny srebrny naszyjnik z czterolistną koniczynką.
- Jest fantastyczny. Jeszcze raz dziękuję. - Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, o ile to było możliwe. - Wszystkim wam. To naprawdę niesamowite prezenty, nie musie...
- Owszem, musieliśmy. Miłego wyjazdu - przerwała mi Megan, biorąc Maddie na ręce. Dziwne, jak nasze stosunki się zmieniły. Teraz nie rozumiałam, dlaczego wcześniej byłyśmy dla siebie tak obce. Oczywiście, dalej nie żywiłam ją jakimiś wielkimi uczuciami, ale wychodziła za mojego tatę, a ja miałam być dla niej po prostu miła. Taki układ mi pasował, nie cierpię kłótni.
    Niedługo po tym wręczeniu mi prezentów udałam się do pokoju, żeby zobaczyć, co jest na płytce od taty. Gdy ekran się rozświetlił, oniemiałam. To był wykonany porządnie film. Zapewne ojciec oddał materiały do jakiegoś specjalisty, żeby ten pięknie wszystko złożył w całość. Na początku ukazał się napis "Wszystkiego Najlepszego". W tle leciała cudowna melodia, ale nie znałam jej tytułu. Kolejno pojawiały się zdjęcia z dzieciństwa, od najmłodszych lat. W szpitalu z mamą, w łóżeczku w domu, jak uczyłam się chodzić w chodziku, kiedy tata mnie karmił, mój pierwszy dzień w przedszkolu, święta Bożego Narodzenia, trzecie urodziny, pierwszy dzień w szkole, zdjęcie z Grace z piątej klasy z przedstawienia o czerwonym kapturku, sporo zdjęć z rodziną w różnych okolicznościach, z malutką Maddie i wiele wiele innych. Łzy skapywały mi na klawiaturę, kiedy włączył się filmik i ujrzałam mamę i tatę. Tak, to naprawdę był film, gdzie mama do mnie mówi.
- Kochanie, wpadliśmy na pomysł, żeby nagrać dla ciebie filmik, który, jeżeli kiedyś będziesz oglądać, będzie ci przypominał wiele chwil z dzieciństwa. - Usłyszałam pogodny, delikatny głos z ekranu komputera. Mówiąc to, wzięła na ręce jakiegoś uroczego bobasa. - Masz dwa tygodnie.
- Popatrz jaka byłaś mała - powiedział tata. Był dość młody, ale nie zmienił się bardzo od tego czasu. Mama natomiast, miała o wiele krótsze włosy, niż kiedy na przykład szłam do komunii (to jeszcze te chwile, gdzie ona występuje, i które pamiętam dość wyraźnie). - Teraz jako osiemnastolatka jesteś pewnie zupełnie inna niż to grzeczne dziecko, które w tym momencie z nami jest.
- Przejdziemy do sedna sprawy. Chcielibyśmy ci życzyć wszystkiego co najlepsze, żebyś zawsze była szczęśliwa, pamiętała o nas i wyrosła na zdolną osobę. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, jak kończysz szkołę, jak wyglądasz, kiedy będziesz zakochana albo jak będziesz szła do ślubu. Mam nadzieję, że doczekam się wielu wnucząt - powiedziawszy to, zaśmiała się głośno. Łzy spływały mi teraz obficie po policzkach na kompletnie zalane już nimi biurko i klawiaturę. - Wiem, że wybiegam daleko w przyszłość, ale wierzę, że właśnie taka będziesz, bo patrząc na ciebie tutaj - Spojrzała na spokojnie leżące w jej rękach dziecko, a potem z powrotem w kamerę - czuję, wyrośniesz na niesamowitą dziewczynę, a później kobietę. Mam nadzieję, że spełnią się twoje wszystkie marzenia. Wierzę w ciebie. - Uśmiechnęła się pogodnie i szeroko. Przymknęłam oczy na ten widok, bo zrobiło mi się z tego powodu dziwnie przykro. - Mówię to wszystko ja, bo twój ojciec nie ma zbyt dobrej charyzmy i jąkałby się, gdyby miał nawet czytać z jakiejś kartki. - Jej perlisty śmiech, tak podobny do śmiechu małej Maddie, rozbrzmiewał w głośnikach mojego laptopa. - Wszystkiego najlepszego, skarbie. Zawsze będziemy z tobą, pamiętaj! - Mama posłała mi całusa, a potem przytuliła do piersi słodką, drobną dziewczynkę o kocich oczach - mnie. Ojciec przewrócił teatralnie oczami i ucałował żonę w czoło, po czym pomachał, i film się skończył. Siedziałam przez jakieś pięć minut nieruchomo, wsparta na łokciach, patrząc na ciemny ekran. Płakałam głośno i rzęsiście. To był najlepszy prezent, jaki mogłabym dostać na swoje urodziny.
  Przypomniało mi się, że ojciec nigdy nie sprawił mi dobrego prezentu, nawet jak jeszcze mama żyła. No, oprócz psa. Ale teraz? Wybaczam mu te wszystkie lata. Mogłabym się założyć, że zapewne z tym filmikiem to był pomysł mamy i pewnie wiele razy mu o nim przypominała, ale sam fakt, że wymyślił, żeby to zmontować razem ze zdjęciami... Zabrakło mi słów. Siedziałam tak jeszcze, płacząc cichutko jakieś piętnaście minut, zanim zdobyłam się, żeby chociażby wstać od biurka.
    Pół godziny później przyjechał po mnie Michael. Pojechaliśmy do jego domu, bo stamtąd mieliśmy wyjeżdżać wszyscy. Pożegnałam się z tatą, Megan i Maddie i jeszcze raz im wszystkim podziękowałam.
- Dostałam od taty płytkę ze zdjęciami z dzieciństwa i życzeniami od mamy... Pokażę ci to, jak wrócimy. A od Maddie śliczną laurkę. O, i ten naszyjnik. - Wskazałam na szyję - Od Megan.
- To fajnie, fajnie - odpowiedział obojętnie. - A z jakiej okazji?
- No... - Zatkało mnie. Nie wierzę, że zapomniał o moich urodzinach. A może w ogóle nie wiedział? - Chyba za świadectwo.
- Fakt, było naprawdę dobre. Nieźle się uczysz - pochwalił mnie, ale nie okazywał tradycyjnego dla niego entuzjazmu. Zupełnie jakby coś się stało.
- Coś nie tak?
- Nie, jest spoko - mówiąc to, odwrócił się do mnie i szeroko uśmiechnął. Mimo wszystko czułam, że ten uśmiech wcale nie należał do najszczerszych i tylko ściągnęłam brwi z niezrozumienia, ale nie odezwałam się już więcej.
    Wszyscy zebraliśmy się w przestronnym salonie niedługo po moim przyjeździe. Widać było, że praktycznie każdy z zebranych jest zadowolony i podniecony. Każdy z wyjątkiem mnie, ale oczywiście starałam się to ukryć.
    Planowaliśmy wybrać się dwoma autami, Grace i Brada. Był problem, kto z kim pojedzie, ponieważ jesteśmy trzema parami. W końcu stanęło na tym, że w aucie Grace będzie prowadzić albo ona, albo Dean i ja razem z Michaelem zabierzemy się z nimi. Kim zaś miała jechać z Bradem. Po połowie drogi albo na jakimś przystanku, po prostu się jakoś zmieszamy. Albo my pójdziemy do auta Brada, albo wymyśli się jakieś inne rozwiązanie. Mama Michaela przygotowywała nam w kuchni kanapki, kiedy my pakowaliśmy ekwipunek do aut. Pożegnaliśmy się z panią Webs i ruszyliśmy. Po około dwóch godzinach drogi zaczęło mi się przysypiać. Grace prowadziła, a Dean siedział na miejscu pasażera z przodu, za to ja z Michaelem rozłożyliśmy się na tyłach.
- Kończy się benzyna. - Zauważył Dean, kiedy migająca lampka na panelu za kierownicą zaświeciła się kolejny raz.
- Zadzwoń do Brada, że zjedziemy na najbliższą stację benzynową - poinstruowała go pewna siebie Grace. Po dziesięciu minutach zamajaczył nam szyld oznajmiający stację.
- Masz, żeby zatankować? - Zapytał Michael, kiedy Grace wysiadała z samochodu.
- Rodzice dali mi na benzynę za to, że sama uzbierałam na wakacje - odpowiedziała dumnie moja przyjaciółka i zamknęła drzwi. Po chwili ktoś zajrzał przez szybę na tylne siedzenia.
- Hej, to zmieniamy się jakoś? - zagadnęła pogodnie Kim.
- Możemy przejść do was - zaproponował Michael obojętnym tonem, natomiast ja się im tylko przyglądałam.
- Ty też jesteś senna, co? Ja, gdyby nie muzyka Brada w radiu, dawno bym już chrapała - zwróciła się do mnie.
Obie zachichotałyśmy.
- W takim razie Brad będzie musiał wyłączyć radio albo nastawić na spokojniejsze piosenki, bo przenosimy się do was, a ja żądam spokoju - powiedziałam z powagą, lecz długo nie wytrzymałam i uśmiechnęłam się pogodnie. Mimo senności, z Kim rozmawiało mi się bardzo dobrze, nabierałam przez nią energii, która wręcz biła od tej entuzjastycznej dziewczyny. Pomyśleć, że jeszcze dwa miesiące temu praktycznie nie rozmawiałyśmy i uważałam ją za cichą myszkę, a teraz byłyśmy dobrymi kumpelami.
Wygramoliłam się jakoś z auta z lekką pomocą Michaela, a potem usadowiłam się na tyłach w samochodzie Brada.
- Wygodnie tu - stwierdziłam półgłosem.
- Wiem, w końcu to moje auto - odparł na to kierowca zadbanego BMW. Spojrzałam w lusterko. Też tam spoglądał, uśmiechając się szeroko.
- Trochę się rozczochrałaś, droga panno.
- Ha, ha, ha. Bardzo śmieszne.
- Żartuję, ćwoku. Zmęczona?
- Trochę, ale bez przesady - odpowiedziałam szczerze, po czym ziewnęłam.
- Aha, bez przesady - mówiąc to, dał nacisk na ostatnie dwa słowa. Skrzywiłam się do niego w odpowiedzi, a on roześmiał się ponownie.
- To co, idziemy spać - stwierdzając to, Kim usadowiła się na przednim siedzeniu.
- Że kto niby? - zapytał z ironią Brad, patrząc na dziewczynę jak na wariatkę.
- Daj spokój, jest późno, a my jesteśmy zmęczone.
- Bez przesady. - Chłopak zacytował moje słowa, upodabniając swój głos do mojego, a potem ziewnął teatralnie. 
  Nachyliłam się do przodu i ze śmiechem szturchnęłam go w ramię. Michael wszedł zaraz później, a ja oparłam się o niego głową.
- Żadnej głośnej muzyki - rozkazałam.
- Tak jest! - Przyjaciel zasalutował do lusterka i zawadiacko się uśmiechnął. Przymknęłam powieki i odwzajemniłam uśmiech.
- Dobranoc - powiedziała sennie Kim, a ja odpowiedziałam jej tym samym. Po paru minutach już spałam.

***


Poczułam, jak auto podskoczyło. To było powodem mojej pobudki. Ale nie chciałam się ruszyć, ani dać po sobie poznać, że już nie śpię. Wsłuchałam się za to w rozmowę.
- Czemu Juilliard? - zabrzmiał niski głos tuż nade mną, jednak nie należał on do Michaela.
- Chcę zostać wokalistą - usłyszałam w odpowiedzi Michaela, który, jak zakładałam, prowadził samochód, bo słychać go było ciszej niż osobę, która zadała mu pytanie. Ciekawe, czemu Brad siedział teraz z tyłu. Zdałam sobie sprawę, że leżę mu głową na kolanach, a on delikatnie obejmuje mnie w pasie. Zapewne dla bezpieczeństwa, bo w takiej pozycji, nie byłam zapięta pasami.
- Nowy Jork jest daleko - stwierdził Brad.
- Wiem. - Michael odparł nieco bardziej ponuro. Mój przyjaciel westchnął.
- Jak myślisz, dostałeś się?
- Tak.
- Skąd ta pewność?
- Bo już to wiem. Moja mama ma tam znajomą, jest jedną z nauczycielek. Poprosiła ją, żeby podsłuchała, jak rozpatrują moje podanie. Parę dni temu zadzwoniła do mnie do domu z wiadomością, że jestem bardzo pozytywnie odbierany przez tamtejszą radę pedagogiczną i są zachwyceni moim talentem, więc nieoficjalnie jestem już przyjęty. Oficjalnie będzie wtedy, gdy będą mogli przysłać list z zatwierdzeniem, na razie muszą jeszcze poczekać. - Wytłumaczył mu mój chłopak. Bardzo się zdziwiłam.
- Czy ona już o tym wie? - Brad zadał pytanie bardzo ostrożnie, słychać to było w jego głosie. Domyślałam się, że mówiąc ona, miał na myśli mnie. Możliwe, iż spogląda na mnie, więc skupiłam się na tym, żeby wyglądać na jak najbardziej pogrążoną we śnie.
- Nie.
- Dlaczego jej nic nie powiedziałeś?
- Bo nie. To jeszcze nie czas. Dowie się, jak przyjdzie oficjalna wiadomość.
- Czyli?
- Czyli za jakiś miesiąc. Tak mi się wydaje.
- Nie uważasz, że to trochę nie fair? Kto już o tym wie? Twoja cała rodzina, ja, pewnie Dean, a może nawet i Grace. Dlaczego jej nie powiesz?
- Bo nie. I już. - Odparł po prostu i Brad pewnie uświadomił sobie, że to koniec rozmowy na ten temat, bo westchnął tylko ociężale i już nic nie powiedział.
- Masz szczęście - odezwał się dopiero po dłuższej chwili milczenia.
- Co? - zapytał zaskoczony Michael, nie bardzo pewnie wiedząc, o co może chodzić chłopakowi. Z resztą ja tak samo nie miałam bladego pojęcia i zachodziłam w głowę, co też teraz Brad odpowie.
- Ona... - zaczął - to wspaniała dziewczyna. Nie chcę, żeby cierpiała. Nie popsuj tego. 
- Co się tak martwisz, przecież wszystko będzie dobrze. Niczego nie mam zamiaru psuć, a już na pewno nie pozwolę, żeby Tess cierpiała. - Michael odpowiedział mu trochę głośniej i bardziej zgorzkniale.
- Okej. Tak tylko mówię. - Brad ściszył głos i już nic się nie odezwał. Minęło jakieś dziesięć minut. Postanowiłam, że mniej więcej tyle odczekam od zakończenia ich pogaduszek, zanim dam znak, że nie śpię. Najpierw lekko się poruszyłam, a potem moja ręka powędrowała do oczu, żeby je sobie przetrzeć po śnie. Następnie zmierzwiłam nią swoje i tak już rozczochrane włosy. Uniosłam lekko głowę, podnosząc ociężale powieki.
- Brad? Co ty tu robisz? - spytałam zachrypniętym głosem.
- O, hej - odpowiedział zdziwiony, ale zaraz na twarz wstąpił mu uśmiech. - Michael zaproponował, że trochę poprowadzi, bo ja potrzebuję odpoczynku, więc zamieniliśmy się miejscami.
- Która godzina? - zapytałam, zmieniając pozycję na siedzącą. Przeciągnęłam się.
- Dochodzi trzecia. Nie przejmuj się i śpij dalej.
- Chcę mi się pić - stwierdziłam bez ogródek tonem pokrzywdzonego dziecka. Zauważyłam, że Michael w ogóle się nie odzywa. Pewnie dalej był nieco rozgoryczony poprzednią rozmową z Bradem.
Przyjaciel wyjął spod nóg torbę z lekkim rozbawieniem na twarzy i wyciągnął z niej butelkę wody niegazowanej, a następnie mi ją wręczył, mówiąc "proszę". Spojrzałam na niego i dyskretnie wskazałam głową na Michaela. Brad tylko wzruszył ramionami z miną mówiącą "nie mam pojęcia co z nim".
- Kotek, ile jeszcze drogi zostało? - Skierowałam się z tym pytaniem do kierowcy, lekko nachylając się do przodu.
- Niedużo. Ale połóż się spać, bo się tu zanudzisz - odpowiedział mi głosem wyzutym z jakichkolwiek emocji.
- Ma rację - odparł Brad z pocieszającym uśmiechem, kiedy już, zrezygnowana z dalszych prób nawiązania kontaktu z Michaelem, opadłam z powrotem na oparcie. 
    Byłam zła. Nie tylko dlatego że Michael nie wykazywał jakichkolwiek chęci do rozmowy ze mną. Chodziło mi przede wszystkim o to, że tak niemiło zachował się wcześniej według Brada oraz o to, że nie powiedział mi o Juilliardzie. Było mi przykro.
    Podkurczyłam nogi i przeniosłam ciężar ciała na zimne drzwi, a głowa spoczęła mi na lodowatej szybie. Mimo że było lato, noc była dość chłodna i odczuwałam to na wszystkie możliwe sposoby. Zdziwiłam się, czemu żaden z chłopaków nie włączył ogrzewania, ale dotarło do mnie, że oboje mają na sobie bluzy, a ja jestem w zwykłym, cienkim podkoszulku.
- Chodź, oprzyj się przecież o mnie, bo na tej szybie zamarzniesz - usłyszałam głos Brada. - Możesz znowu położyć się w tej samej pozycji, nie przeszkadzało mi to.
Tobie nie, pomyślałam i kątem oka spojrzałam na Michaela. Wpatrywał się uważnie w drogę, jakby zupełnie wyłączony. Mimo że czułam, iż nie powinnam, położyłam głowę na kolanach przyjaciela.
- Gadaliście z Grace albo Deanem? - Zapytałam, przymykając oczy.
- Stanęliśmy raz na stacji, bo Dean potrzebował do toalety, a Kim chciała się napić czegoś ciepłego. Obudziła się zaraz przed tym przystankiem i usnęła niedługo po tym, jak już ruszyliśmy w dalszą drogę. Dean poinformował nas, że Grace odpłynęła po jakiejś godzinie od przesiadki i gdy przystanęliśmy, smacznie spała na miejscu pasażera. Wszystko jest w porządku - opowiedział mi Brad, a ja przytaknęłam mu na leżąco. Nie minęło dziesięć minut, ogarnęła mnie senność i zapadłam w błogi sen.
Obudziłam się jeszcze raz, około siódmej i wtedy stanęliśmy w McDonaldzie na jakieś śniadanie. Ja, tak samo jak Kim, zjadłam tosty z serem i bekonem, a Grace McMuffina z jajkiem. Brad zamówił sobie McWrapa, a Michael wziął kanapkę śniadaniową. Dean nie mógł się zdecydować, ale w końcu postanowił, że zje dwa placki ziemniaczane. Gdy wsiadaliśmy do aut, Michael stanął przy samochodzie Grace.
- Teraz z nimi? - zapytałam zdziwiona. Podobno nie zostało wiele drogi, więc myślałam, że zostaniemy już u Brada.
- Ty jedziesz tam, gdzie jechałaś przez większość nocy. Ja dotrzymam towarzystwa Deanowi, bo żalił mi się, że Grace już go strasznie zanudza. - Poinformował mnie Michael, obdarowując mnie najpiękniejszym z uśmiechów, już nie wymuszonym ani sztucznym. Po prostu szczerym. Tym jego łobuzerskim uśmiechem. Uwielbiałam to.
Grace szturchnęła swojego chłopaka z oburzoną miną, a on popatrzył zbolały na Michaela.
- Dzięki, teraz czeka mnie istne piekło na ziemi - powiedział rozgoryczony, ale przytulił do siebie swoją dziewczynę i ucałował ją w czoło, a ta rozluźniła się w jego ramionach. Byli tacy uroczy.
    Kim usiadła obok mnie i razem przeglądałyśmy jakieś magazyny, w które ta zaopatrzyła się na stacji, na której zatrzymali się, kiedy ja z Grace spałyśmy. Kupiła również krzyżówki, w razie gdyby komukolwiek z nas zaczęło się nudzić. Zauważyłam, że Brad jechał strasznie powoli, co mnie irytowało, bo chciałam być jak najszybciej na miejscu. Ta podróż strasznie się dłużyła. Rozwiązywałyśmy trzecią z rzędu łamigłówkę, kiedy samochód dość gwałtownie skręcił w prawo i wjechał na żwirowaną drogę.
- To już tu? - zdziwiłam się. - Nie wygląda mi na klimaty morza i piasku.
- Jeszcze będziesz zaskoczona, zobaczysz - powiedziała cicho i tajemniczo Kim.
  Przejeżdżaliśmy przez gęsty las - z obu stron rozprzestrzeniały się przeróżne drzewa liściaste i iglaste. Rozglądałam się, gdy wtem zobaczyłam jakiś punkt, jakby końcówkę drogi, ale nie mogłam się lepiej przyjrzeć, bo nagle przed oczami ujrzałam ciemność.
- Co jest?! - krzyknęłam zdziwiona i zaczęłam się wiercić. Nic nie widziałam.
- Siedź cicho. - Rozkazała mi ostro Kim, jednak z nutą rozbawienia w głosie. Przymknęłam się, mimo że nie pasowała mi ta cała sytuacja. Nie minęła minuta i samochód się zatrzymał. Drzwi auta się otworzyły i ktoś pomógł mi wysiąść, czułam męską dłoń. Nagle uniosłam się w powietrze. To któryś z chłopaków wziął mnie na ręce, a pod swoimi czułam dotyk czyichś pleców. Osoba trzymająca mnie złapała mnie niedużo poniżej tyłka, na co ja pisnęłam zniesmaczona.
- Tess. - Michael zwrócił się do mnie pogodnie.
- Nienawidzę niespodzianek. Mówiłam ci. Pamiętasz, jak skończył się ostatni taki wybryk? - palnęłam i trochę tego pożałowałam, bo chłopak spiął mięśnie, a do mnie wróciły wspomnienia. Jednak nie aż tak źle je przyjęłam, więc po parunastu sekundach wszystko wróciło do normy, a chłopak zdołał mi odpowiedzieć bardzo luźno.
- Ta nie będzie podobna do tamtej. Obiecuję.
    Ruszył.
- Puść mnie, gnojku! - Zaczęłam bić go pięściami w plecy.
- Nie zaczynaj, bo się rozmyślę - zagroził mi ze śmiechem.
    Słyszałam podniecone szepty reszty paczki, ale nie mogłam nic ujrzeć, bo jakaś opaska przesłaniała mi oczy. Nie miałam zamiaru jej ściągać, bo zapewne bym tego pożałowała. Jak nic któryś ze znajomych ruszyłby szybko, żeby ponownie mi ją nałożyć i dopilnować, żebym ponownie nie zrobiła takiego ruchu. Dobrze ich znałam.
W końcu chłopak delikatnie postawił mnie na ziemię i nachylił się do mojego ucha.
- Niespodzianka - szepnął, po czym jednym lekkim, zwinnym ruchem ściągnął mi opaskę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk