czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział 12. Cudowny zakątek

Zaparło mi dech w piersiach i usłyszałam, jak wydobywam z siebie stłumione, pełne zachwytu "wow". Nie spodziewałam się tego. Przed oczami miałam cudowny widok. Ogromne jezioro rzucało się w oczy jako pierwsze, a zaraz po nim długi pomost, obok którego był zacumowany wielki, biały jacht. Rozglądałam się dalej. Wciąż stałam z otwartą z zachwytu buzią, gdy moim oczom ukazał się przepiękny dom letniskowy, który był bardzo duży. Zachwycił mnie.
  Był drewniany, na werandę wychodziło się po trzech schodkach, a do środka prowadziły potężne, eleganckie drzwi wejściowe. Był jednopiętrowy z wielkim balkonem, na którym była rozmieszczona masa kolorowych, rzucających się w oczy doniczek z kwiatami. Dookoła rozprzestrzeniał się las, od którego pachniało żywicą. Słychać było świergot leśnych ptaków i czuć czyste powietrze. Byłam wśród natury, czegoś, co kochałam.
  Odwróciłam się tyłem do tego wszystkiego, żeby spojrzeć na moich przyjaciół. Na twarzy mieli wielkie uśmiechy, a Grace delikatnie zacierała ręce. Brad miał je splecione na brzuchu, a Kim podpierała się pod boki. Dean obejmował swoją dziewczynę, za to Michael ruszył w moją stronę.
- Wszystkiego najlepszego, kochanie. - Ucałował mnie lekko w usta. - Może nie oddaje to tego, co prezenty od twojej rodziny, ale mieliśmy nadzieję, że ci się spodoba.
- I chyba spodobało! Naprawdę! - Wykrzyknęła podniecona Grace. Spojrzałam na przyjaciółkę, a ta aż promieniała.
- Dziękuję. Wow. Niesamowite - wykrztusiłam z siebie pierwsze słowa. - Nieźle mnie zaskoczyliście, nie spodziewałam się tego wszystkiego.. Przecież.. Mieliśmy jechać nad morze.
- To był taki podchwytliwy plan. Wiemy, że preferujesz klimaty lasów i jezior, a nie morza, ludzi i wiatru. Dlatego właśnie to wszystko obmyśliliśmy. Zaproponował to Michael, więc w większości jego zasługą jest to, że się tu znajdujemy - wytłumaczyła mi wszystko Grace, a ja spojrzałam z powrotem na mojego chłopaka.
- Jesteście cudowni. Bardzo wam dziękuję. - Przytuliłam się do niego mocno. Całkowicie zapomniałam o tym, jak bardzo mnie zdenerwował w nocy. Następnie podchodziłam do każdego z osobna i mocno ściskałam.
- To najlepszy prezent, jaki mogłabym dostać w życiu. - Nie mogłam ukryć zachwytu.
  Michael podszedł i objął mnie od tyłu.
- To nie wszystko - powiedziała Grace, a ja impulsywnie uniosłam moje ciemne brwi z ciekawości.
- Jesteście nienormalni? Czeka na mnie coś jeszcze?
- Oprócz butelek wina, transparentu z napisem "HOT 18-TEEN" i imprezy na jachcie... To tak, mamy coś jeszcze - powiedziała uradowana Kim, a wszyscy się zaśmiali, włącznie ze mną. - Przyjechaliśmy tu w trójkę szybciej od was, żeby wszystko przygotować.   To dlatego Michael chciał jechać z nimi, a Brad jechał tak wolno, pomyślałam, od początku coś knuli!
- Nie mogę uwierzyć... Jesteście stuknięci! - Pokręciłam głową ze zdumienia, ale uśmiech nie schodził mi z twarzy.
  Grace podeszła do mnie, trzymając w ręce jakieś pudełko.
- Mam nadzieję, że ci się spodoba, tyle nad nim myślałam! - powiedziała i wręczyła mi pakunek. Gdy uniosłam wieczko, zobaczyłam coś ze szła. Ostrożnie wyjęłam prezent i kolejny raz tego dnia, zaparło mi dech w piersiach. Była to statuetka z wygrawerowanym naszym wspólnym zdjęciem z przed roku, które było zrobione na wakacjach. Wiem, czemu je wybrała. Obie wyglądałyśmy na nim lepiej, niż na każdej innej wspólnej fotografii. Wielki napis pisany kursywa i elegancką czcionką głosił "Najlepsze przyjaciółki na zawsze", a w prawym dolnym rogu lekko widoczna wygrawerowana była dzisiejsza data.
- To... Cudowne. Kocham cię! - Rzuciłam się przyjaciółce na szyję, uważając na statuetkę. Dziewczyna odwzajemniła uścisk.
- W pudełku znajdziesz coś jeszcze - powiedziała, kiedy już ją puściłam. Na dnie prezentu, leżały dwie bransoletki z gumy. Jedna błękitna z napisem "HOT 18-TEEN" a druga kremowa i literki na niej układały się w skrót od słów "Best Friends Forever": BFF. Popatrzyłam na przyjaciółkę z szerokim uśmiechem.
- Jesteś najlepsza. - I ucałowałam ją w policzek.
Potem podeszła do mnie Kim, wręczając mi kolorową torebkę.
- Myślę, że nie przesadziłam - powiedziała z uśmiechem, jednak trochę niepewnie. - Kompletnie nie miałam pojęcia, co wybrać... - dodała, spuszczając wzrok.
Wzięłam od niej prezent. Napis na opakowaniu głosił "koniczynka szczęścia".
- Tu masz do wyhodowania czterolistną koniczynkę, ale użyj tego dopiero w domu, bo trzeba się tym zaopiekować i pielęgnować - wytłumaczyła onieśmielona Kim.
- To wspaniały prezent, bardzo ci dziękuję - powiedziawszy to, uścisnęłam Kim mocno i przyjaźnie. Widać było, że jej ulżyło. Bała się, że prezent mi się nie spodoba? Przecież to rewelacja, pomyślałam.
  Podszedł do mnie Dean i z tym jego zawadiackim uśmiechem wręczył mi opakowanie ze szklankami, ale nie zwyczajnymi.
- To radioaktywne szklanki. Napijemy się z nich potem. Jest sześć. Podoba się?
- Pewnie, dziękuję, są świetne. - Przytuliłam się do niego w podziękowaniu.
  Następnie podszedł Brad i również dał mi jakiś pakunek w kolorowym papierze.
- Pomyślałem, że ci się taka przyda, bo uwielbiasz biżuterię.
Odpakowałam podarunek i zaniemówiłam. Drewniana szkatułka była zdobiona techniką Decoupage, niemal w stylu lat 60'. Wieczko pokryte było pięknym wzorem kartki pocztowej. Uściskałam przyjaciela i pocałowałam go w policzek z zachwytu. Chłopak na chwilę zesztywniał, ale po chwili na powrót się rozluźnił.
    Wszyscy weszliśmy do środka. Kim uwielbiała gotować, więc zabrała się za przygotowywanie czegoś dobrego do przekąszenia na jachcie. Salon był po lewej stronie od wejścia, połączony z holem głównym. Znajdowały się w nim dwa fotele i kanapa z drewna kauczukowego z beżową tapicerką, staroświecki, ogromny kominek oraz telewizor. Na ścianach wisiały przeróżne obrazy efektownie zdobiące całe pomieszczenie. Michael usiadł na sofie, a Dean obok niego, włączając przy tym ścienny telewizor na kanał muzyczny. Brad udał się do kuchni pomóc Kim. Ja z Grace poszłyśmy obejrzeć resztę posiadłości, bo salon nas zachwycił.
    Na parterze, oprócz pokoju dziennego, znajdowały się jeszcze kuchnia, jadalnia i przestronna łazienka z wanną z hydromasażem i wielkim lustrem. Po zajrzeniu do toalety, przeszłyśmy do pokoju obok. Znajdował się tam potężny, drewniany stół, idealnie pasujący do klimatu tego domu, oraz wielka ława i trzy równie ogromne krzesła, również z jasnego drewna. Na ścianach, podobnie jak w salonie, wisiał rozmaity zbiór obrazów, a jasnozielone firanki w oknach wyglądały wręcz fantastycznie. Kuchnia prezentowała się równie elegancko, lecz potencjalnie zwyczajnie i pospolicie dla tego typu domków. Na ścianach wisiały szafki z ciemnego drewna dębowego, a poza tym wszystko wyglądało jak w zwyczajnej kuchni. Myjąc naczynia lub ręce, można było patrzeć przez okno na widok skąpanego w blasku słońca jeziora i pomostu oraz podwórka, na którym stał (wcześniej przeze mnie nie zauważony) stół ogrodowy przeznaczony do jedzenia przysmaków z grilla. Kim coś pichciła, a Brad kręcił się dookoła niej, pytając, w czym może pomóc, jednak dziewczyna całkowicie była pochłonięta pracą i tylko machała na niego ręką, w geście irytacji. Cichutko wycofałyśmy się z Grace na kręcone schody, prowadzące na pierwsze piętro. Zgodnie z moimi domysłami, na górze znajdowały się trzy sypialnie i dwie łazienki, jedna tak ogromna jak ta na dole (tylko wanna nie zawierała hydromasażu), a druga mniejsza i skromniejsza, posiadająca wyłącznie prysznic, umywalkę i sedes.

  Weszłyśmy do pierwszej sypialni. Łóżko było wielkie, drewniane i z zagłówkiem. Pościel miała kolor głębokiej czerni, ozdabiana gdzieniegdzie plamo-podobnymi, białymi wzorami. W sypialni znajdowały się też drzwi na taras, dębowa szafa i toaletka z tego samego drewna. Na ziemi leżał dywan ze skóry z jakiegoś zwierzęcia, pewnie sztuczne. Drugi pokój był urządzony podobnie. Łóżko było jednak z jaśniejszego drewna, a gładka pościel pomarańczowobrązowa. Na nocnej szafce stała lampka z bogatym w kolorowe paski abażurem. Na ścianie wisiało przerażające trofeum myśliwskie - głowa jelenia. Zasłony były w szampańskim kolorze, więc pasowały do całokształtu.

- Ja tu na pewno spać nie będę - oświadczyłam ze stanowczością w głosie.
  Kiedy przyjaciółka spojrzała na mnie pytająco, wskazałam jej dekoracje ścienną, a ona pokiwała głową ze zrozumieniem.
  W ostatniej sypialni wyróżniało się przepiękne bambusowe łóżko z jasnym, perłowym baldachimem. Słomkowy odcień drewna, z którego było zbudowane to posłanie dla dwojga, idealnie wpasował się w całe pomieszczenie, nadając mu zmysłowego klimatu. Pościel była w fiołkowym kolorze. W wazonie na stoliczku mieściły się piękne róże, których intensywny, szkarłatny kolor zrobił na mnie niemałe wrażenie.
- Zaklepuję! - krzyknęłam zwycięsko, a przyjaciółka lekko się naburmuszyła.
  Po pół godziny Kim przygotowała pyszne kanapki oraz sałatkę owocową, a chłopcy zaczęli rozpakowywać samochody. Tak jak zapowiedziałam, pokój z łożem z baldachimem był mój i Michaela, Brad z Kim zajęli pokój z myśliwskim trofeum, a Deanowi i Grace przypadł pierwszy, z toaletką i drewnianym łóżkiem i kawową pościelą. Dowiedziałam się, że dom letniskowy należy do znajomych rodziny Kim i ta pomyślała, że to miejsce będzie idealne na spędzenie czasu z przyjaciółmi, a sypialni było wystarczająco dla nas. Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Ze względu na znajomości, wynajęcie go na ile chcemy, nie było drożyzną.
  Było około jedenastej, kiedy po raz pierwszy weszliśmy na jacht. Zjedliśmy tam śniadanie, a potem siedzieliśmy w naszym gronie, opowiadając sobie kawały lub śmiejąc się do rozpuku ze swoich wpadek. Popołudniu, kiedy już zjedliśmy zupę jarzynową, którą Kim ugotowała z przywiezionych z domu składników, wszyscy przebraliśmy się w stroje kąpielowe i weszliśmy do jeziora, żeby popływać. Wszyscy - z wyjątkiem mnie. Stałam w wodzie po kostki z założonymi rękami, uśmiechając się do nich pogodnie i patrząc, co wyprawiają.
  Uwielbiałam jeziora, to prawda. Ale nie umiałam pływać i ten fakt był smutny. Podszedł do mnie Michael, kiedy Dean z Bradem podtapiali Kim dla zabawy, a Grace próbowała pomóc koleżance, jednak bezskutecznie.
- Co jest? Czemu nie wchodzisz?
- Nie umiem pływać - wyjaśniłam mu nieśmiało. Chłopak zaniósł się głośnym śmiechem, na co się naburmuszyłam.
- Dziecinna.- Znowu zaczynasz?! - okrzyczałam go.
- Oj, no dobra. Chodź, nauczę cię, dzieciaku.
  Chwycił mnie za rękę i mimo moich sprzeciwów, powoli weszliśmy głębiej. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie już musiałam stać na palcach, bo inaczej zamoczyłabym sobie głowę. Szepnęłam mu cicho, że się boję, a on z zabawnym prychnięciem chwycił mnie w ramiona i uniósł na wodzie. Zaczęłam wrzeszczeć, żeby przestał, ale w końcu spasowałam. Dryfowałam na jeziorze, wspierana przez Michaela, ale mimo to że czułam się wspaniale, miałam ochotę go zabić.
- Jesteś niemożliwie... - zaczął.
- No, co? Dokończ, kołku. - Byłam na niego wściekła. Wiedziałam, co chce powiedzieć: dziecinna.
- Piękna.
- O.
  Pocałował mnie czule w usta, a ja zamknęłam go w uścisku.
  Wieczorem wzięliśmy radio, dwie butelki szampana i przekąski i weszliśmy na jacht. Nie miałam pojęcia, że Kim potrafi nim sterować.
- Dziadek mnie tego nauczył, kiedy byliśmy pewnego razu, bodajże cztery lata temu, w odwiedziny u państwa Redblocków. Praktykowałam i udoskonalałam nową umiejętność jeszcze na starym, podniszczonym przez czas jachcie - wytłumaczyła mi Kim, kiedy ją spytałam, skąd się na tym zna.
  Dziewczyna szybko nauczyła tego Brada i chłopak cieszył się jak dziecko, że w końcu potrafi się obsługiwać łódką. Wtuliła się w niego, kiedy on trzymał ster.
  Minęły cztery dni. Świetnie się bawiliśmy, raz nawet przepłynęliśmy jezioro i weszliśmy na piaszczysty brzeg po drugiej stronie, gdzie żwirowaną drogą poszliśmy spacerkiem w kierunku miasteczka. Nie miałam pojęcia, w jakiej części kraju jesteśmy, ale nie było mi to potrzebne. Cieszyłam się po prostu spędzonymi chwilami z przyjaciółmi. Zjedliśmy wtedy kolację w jakieś staroświeckiej restauracji. Potem poszliśmy na mały rynek i obserwowaliśmy piękną, starą fontannę, a Kim poszła zrobić zakupy do spożywczaka.
  Tego czwartego tutaj wieczoru leżałam już z Michaelem w łóżku, wtulona w jego nagi tors. Przy kominku, kiedy popijaliśmy wino lub piwa (zależy, co kto wolał) rozmawialiśmy o college'ach, do których od września wybierają się Kim, Brad i Dean. Dziewczyna wybierała się na Duke University z nadzieją, że jak wróci z wczasów, dostanie list, bo jeżeli nie, to nie ma pojęcia, gdzie pójdzie. Za to mój przyjaciel i Dean mieli zamiar studiować na mniej znanym światu college'u blisko Goldhill, którego nazwy nie zapamiętałam. Michael powiedział, że nie jest jeszcze zdecydowany, ale zanim to uczynił, chwilę się zawahał i dyskretnie spojrzał na mnie, po czym spuścił wzrok. Ja jednak to zauważyłam.
- Michael? - spytałam delikatnie, nabierając odwagi, żeby podjąć temat.
- Słucham?
- Na pewno musiałeś się już zdecydować na jakąś szkołę, przyznaj - zaczęłam ostrożnie i wbiłam w niego wzrok.
- Nie za bardzo - odpowiedział po dłuższej chwili, marszcząc czoło. Mruknęłam szeptem "jasne" i zapadła cisza.
- Śpisz? - zwrócił się do mnie, bo przymknęłam oczy i cicho oddychałam.
- Nie.
- Coś nie tak?
- Nie.
- Aha.
  Po tej krótkiej wymianie zdań wstałam z łóżka i poszłam do łazienki. Gdy już wróciłam, Michael sztywno leżał na lewym boku z zamkniętymi oczami. Weszłam pod kołdrę.
- Powiedz mi, co jest źle - zwrócił się do mnie, obejmując delikatnie moje ciało. Byłam jedynie w cienkiej, szafirowej koszuli nocnej na ramiączkach, więc moja skóra była zimna w dotyku.
- Ufasz mi? - wypaliłam.
- Tak.
- Zależy ci na mnie?
- Przecież wiesz, że tak - odpowiedział trochę zdezorientowany.
- No to czemu, do cholery, nie chcesz powiedzieć mi prawdy?! - wybuchnęłam. Czułam, że jestem cała czerwona na twarzy.
- J-jakiej prawdy...? - Wyjąkał, lekko się odsuwając.
- Dostałeś się do Juilliarda! I nic mi nie powiedziałeś!
- Ale... daj mi wytłumaczyć.
- Nie.
- Brad Ci powiedział? - zapytał wyprowadzony już z równowagi.
- Nie, nie spałam, kiedy o tym rozmawialiście w aucie. Co, pewnie nie tylko Brad wie, prawda? Pewnie powiadomiłeś jeszcze Deana, Grace, a może nawet i Kim! Wiesz co? Mam tego dość. Czekałam, aż mi w końcu to wyjawisz, ale ty milczałeś, a teraz jeszcze kłamiesz. - Gwałtownie wstałam z łóżka i wychodząc, trzasnęłam drzwiami. Zbiegłam w dół po schodach i otworzyłam frontowe drzwi.
- Tess? - zawołał mnie ktoś z werandy. Siedziałam na brzegu jeziora, ocierając łzy.
- Zostaw mnie - powiedziałam stanowczo, wciąż cicho pochlipując. Michael chciał podejść i mnie objąć, ale ja odwróciłam się i odepchnęłam go ręką.
- Przepraszam. To nic oficjalnego, nie chciałem cię martwić...
- Martwić?! - Uniosłam głos. - Gdybyś mi powiedział sam, byłabym uradowana, że dostałeś się do tak renomowanej szkoły, że jesteś taki utalentowany! Tylko toby się dla mnie liczyło. Naprawdę nie przejmowałabym się jeszcze tym, że Nowy Jork jest cholernie daleko. Cieszyłabym się twoim osiągnięciem. Odejdź, chcę być sama. - Gdy skończyłam, oparłam głowę o złożone ramiona na podciągniętych kolanach.
- Tess, co się dzieje? - Usłyszałam drugi głos dochodzący od domu. Obejrzałam się i ujrzałam, że po schodkach schodził przejęty Brad.
- Spadaj - warknął Michael. Tego już było za wiele, pomyślałam.
- Nie, to ty stąd spadaj. Nie dotarło do ciebie, że nie chcę z tobą rozmawiać? - Wstałam z ziemi, wrzeszcząc na niego.
Michael zrezygnowany i wściekły udał się do domku, nie zapominając, żeby groźnie spojrzeć na mojego przyjaciela i trzasnąć drzwiami.
Opadłam na ziemię, zrezygnowana.
- Co się stało? - Brad spytał się mnie szeptem, kiedy przykucnął obok.
- Wiedziałeś.
- Tak. - Chłopak zgadł, o co mi chodziło.
- Czemu nie chciał mi powiedzieć?
- Nie wiem, mówił mi że..
- Wiem, co ci mówił. Słyszałam wszystko - weszłam mu w słowo.
- Domyślałem się. Poczułem, jak się przebudzasz, ale nie byłem tego do końca pewny.
- Co ja mam zrobić? - zapytałam bezradna, opierając się o niego głową. Płacz już ustał.
- On nie chciał źle.
- Może i tak. - Westchnęłam ciężko. - Powiedz mi, wyobrażasz to sobie teraz? Okłamał mnie. A od września będzie ode mnie tak strasznie daleko... - Łzy znowu stanęły mi w oczach. Brad mnie objął.
- Jakoś się to wszystko ułoży. Musisz z nim po prostu porozmawiać.
- Nie wiem, czy mam na to siłę.
- Jesteś silna.
Spojrzałam na niego, a on nieśmiało się uśmiechnął. Wyglądał bardzo uroczo.
- Obudziłam kogoś? - Zmieniłam temat.
- Kim się przebudziła, ale powiedziałem, że to nic takiego i poszła dalej spać. Widziałem też, że Grace wyszła z pokoju równie zdezorientowana co ja, lecz powiedziałem jej to samo i pobiegłem na dół.
- Teraz mi głupio, że tak wybuchnęłam.
- Moim zdaniem - zaczął - miałaś w pełni prawo. Nie przejmuj się, jutro nowy dzień. A właściwie chyba zaraz, bo wydaje mi się, że dochodzi północ.
- Ładny księżyc.
- I gwiazdy.
  Wtuliłam się w niego jakbym była na powrót małym dzieckiem, marszcząc brwi i zamykając oczy. Siedzieliśmy tak w milczeniu przez jakieś piętnaście minut, ale potem zrobiło się zimniej.
- Idziemy do środka? - Zaproponował.
- Nie chcę.
- Jest zimno.
- Wiem.
- Nie jesteś chętna do rozmowy?
Nie odpowiedziałam. Chłopak nagle się odsunął i zaczął ściągać bluzę, a ja przypatrzyłam się mu z szeroko otwartymi oczami.
- Za gorąco ci?
- Tak.
- Przed chwilą twierdziłeś, że ci zimno - szepnęłam ze zdziwieniem.
- Wiem.
- Musisz się ze mną drażnić? - Odparłam zażenowana tym, że odpowiadał tak samo jak ja przed paroma minutami.
- Tak - odparł, powstrzymując śmiech przez zaciśnięte zęby.
- Przestań! - Zachichotałam i dałam mu delikatną sójkę w bok. Chłopak przywdział mnie w swoją ciemną, o wiele za dużą, dresową bluzę i ponownie objął, żebym mogła się ogrzać.
- Chyba nie chcesz tutaj spać, co?

- Przecież jest bardzo wygodnie, co miałoby mi w tym przeszkodzić? - odpowiedziałam z pełnym przekonaniem w głosie. Złość mi już przechodziła i mogłam normalnie się uśmiechać.

- Może pająki, oślizgłe robactwo albo czyhająca zwierzyna w lesie?
- Możliwe - wyjąkałam - że masz rację.
Wstałam i chwyciłam go mocno za rękę.
- Nie pozwolisz mnie zjeść niczemu, kiedy będziemy wracać do środka?
- Ani nikomu. - Uśmiechnął się szarmancko i powoli podążyliśmy w stronę domku.
  Przed rozejściem się do swoich pokoi dałam Bradowi buziaka w policzek.
- Dziękuję.
- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. - I wszedł do sypialni.
  Stanęłam przed drzwiami, wahając się chwilę czy wejść, po czym delikatnie przekręciłam gałkę w lewo i przekroczyłam próg, idąc zmierzyć się z prawdą.
Michael siedział po swojej stronie łóżka z rękami zasłaniającymi twarz opartymi na kolanach. Był wyraźnie przygnębiony. Co miałam robić, do cholery? Ostrożnie zajęłam miejsce obok niego i nachyliłam się, przypatrując się mu ze smutkiem w oczach.
- Michael... - zaczęłam cicho.
- Nic nie mów - powiedział oschle, ale zaraz wziął ręce od twarzy i zauważyłam smutek, rozgoryczenie, gniew i żal na jego twarzy. - Przepraszam. Bardzo. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak źle mi z tym, że tak cię zawiodłem. Nie wiem, dlaczego nie chciałem ci tego powiedzieć. Bałem się, że wszystko się zacznie psuć już teraz, a chciałem uniknąć tego, bo.. Nie chcę cię stracić. Nie mogłem... Nie mogłem ci psuć wakacji. Odważyłbym się to oznajmić dopiero po przyjeździe do Goldhill, ale nie tutaj, bo wydawało mi się, że będziesz przygnębiona. Nawet jeżeli cieszyłabyś się z tego faktu, to wiem, że w głębi duszy, byś cierpiała. Znam cię, Tess. Wiem, że uwielbiasz ukrywać swoje uczucia. Tak samo było z decyzją wyjazdu nad morze, prawda? Gdybyśmy naprawdę zrealizowali tamte plany, nie byłabyś w pełni zadowolona z wczasów, każdy to wiedział. Juilliard to jeszcze nic pewnego. Dowiedziałem się o tym w dniu naszego wyjazdu i jak teraz pomyślę sobie o tym, jak zachowałem się w aucie, kiedy po ciebie przyjechałem, mam ochotę wydłubać sobie oczy albo odciąć język...
  Przerwał na chwilę, by wziąć głęboki oddech. Miałam na tyle rozsądku, by mu nie przerywać, tylko słuchałam z pełną uwagą.
- Gdy mówiłaś mi o prezentach... Boże. Naprawdę przepraszam, że tak olałem sprawę. Z jednej strony tak, cieszyłem się z wiadomości, jednak przygnębiał mnie fakt, że będę od ciebie tak bardzo daleko.
  Objęłam go ramieniem. Kiedy nie odezwał się przez następne pół minuty, postanowiłam zabrać głos.
- Już jest w porządku. Każdy popełnia błędy. Rozumiem, że nie chciałeś źle.
Chłopak popatrzył się prosto w moje oczy. Nasze twarze dzieliło zaledwie parę centymetrów. Cała złość na niego jakby ulotniła się, ponieważ jego spojrzenie działało na mnie kojąco.
- Co my teraz zrobimy? - zapytał bezradnie.
- Wszystko się jakoś ułoży - zacytowałam słowa Brada i przytknęłam swój mały nosek do nosa Michaela. Ujrzałam, że chłopakowi unoszą się prawie niezauważalnie kąciki ust. - Chodźmy spać.
  Obeszłam łóżko dookoła i weszłam pod kołdrę. Michael zrobił to samo zaraz po mnie i teraz oboje leżeliśmy od siebie jakiś metr. Przybliżyłam się do niego, przytulając się ponownie tej nocy do jego torsu. Michael objął mnie ręką.
- Fajna bluza - powiedział głosem wyzutym z emocji. Spojrzałam na jego twarz, ale wzrok miał wbity w baldachim łoża, wiszący nad naszymi głowami.
- Brad mi ją dał, bo było bardzo zimno.
- Nie musiałaś w ogóle wychodzić, nie byłoby ci zimno.
  Nie musiałeś kłamać, pomyślałam.
- Śpijmy - szepnęłam tylko i zamknęłam oczy.
  Chciałam powiedzieć, że go kocham, że wszystkiemu jakoś zaradzimy, że choćby trzeba było, przeprowadzę się do Nowego Jorku na ostatni rok nauki w liceum, by tylko móc być blisko niego. Jednak nie zrobiłam tego, bo instynkt podpowiadał mi, że zawracanie mu głowy tym tematem wcale go nie uspokoi, a może bardziej zasmucić. Domyślałam się też, że nie warto ciągnąć tego dalej. Przynajmniej już nie dziś.
  Po prostu zaśnij, pomyślałam sobie. Śpij, a gdy jutro się obudzisz, wszystko będzie w należytym porządku.
  Łudziłam się.
  Jego klatka piersiowa unosiła się, a następnie spokojnie opadała i taki rytm mnie zrelaksował, dlatego zasnęłam po paru minutach rozmyślań.
Tak zakończył się czwarty dzień naszego pobytu w rajskim miejscu, które nazwałam "Lake House", ponieważ wciąż nie miałam pojęcia, w jakim dokładnie miejscu mieści się ten cudowny zakątek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk