sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 16. "Mam, na co zasługiwałam."

  Serce podskoczyło mi do gardła, a talerz, który trzymałam w ręce, spadł na ziemię i rozbił się z głośnym łoskotem. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Grace w mgnieniu oka przybiegła do mnie z drugiego końca sali z pytaniem, co się stało.
- Jest w szpitalu. Prosił tylko, żebym poinformowała jego dziewczynę Kim, ale żebym tobie nie zawracała tym głowy, nawet jeżeli Kim będzie nalegać. Coś mi jednak podpowiedziało, że muszę do ciebie zadzwonić, mimo że mi tego zabronił.
- Dziękuję z informację, proszę pani. - Wydusiłam z siebie w końcu te parę słów, jednak głos mi się łamał, a w oczach miałam łzy.
  Grace miała przerażoną minę. Kobieta rozłączyła się, a ja padłam na krzesło zdezorientowana. Łzy pociekły mi po policzkach.
- Co się stało?! - Przyjaciółka przykucnęła obok mnie, kładąc mi rękę na ramieniu w geście wsparcia.
- Brad.. miał wypadek. Jest w szpitalu. - Rozpłakałam się na dobre. Dziewczyna przytuliła mnie mocno do siebie.
- Musimy tam pojechać, muszę go zobaczyć. - Moja deklaracja była tak oczywista, że Grace tylko kiwnęła głową i obie jak najszybciej pojechałyśmy do miejscowego szpitala.

***

  W recepcji zapytałam, gdzie Brad leży, a pielęgniarka (która była dość niemiła) poinformowała mnie, że w sali 54. Szybkim krokiem ruszyłam w tamtą stronę, a dotrzeć tam pomagały mi różne znaki. Grace podążyła za mną, ale kiedy stanęłyśmy pod drzwiami sali i za przeszklonym oknem ujrzałyśmy Brada, powiedziała, że poczeka tutaj. Wzięłam głęboki wdech i otarłam twarz z łez, a potem delikatnie nacisnęłam klamkę.
  Pokój był odrażający, za bardzo kojarzył mi się ze szpitalnym klimatem. Dwa metalowe łóżka zaścielone białą pościelą, dwie metalowe, równie białe co pościel szafki nocne oraz stolik z dwoma plastikowymi krzesłami. Jedno łóżko było tylko zajęte, a na nim spoczywał Brad.
Kroplówka obok chłopaka przerażała mnie tak bardzo, że szybko odwróciłam od niej wzrok. Brad miał poharataną twarz, podbite lewe oko i posiniaczoną rękę. Na prawej nodze miał gips, a spał snem spokojnym.
Usiadłam na krześle koło niego i opierając łokcie na materacu, ukryłam twarz w dłoniach i cicho zapłakałam.
  Poczułam dotyk czyjejś lodowatej dłoni na mojej ręce i szybko podniosłam głowę. Brad miał lekko uchylone powieki i kąciki ust uniosły się w niemrawym uśmiechu.
- Cześć piękna, czemu płaczesz? - Zapytał głosem zmienionym od chrypki.
- Kroiłam cebulę przed chwilą i tak jakoś wyszło. - Parsknęłam śmiechem, chwytając chłopaka za rękę. - Co ci odbiło?
- O co ci chodzi? - Zapytał zdezorientowany, ale ciężko mu było chyba mówić, bo krzywił się z każdym wypowiedzianym słowem.
- Motor? Serio?
- Jeżdżę od ponad roku. Zapomniałem ci chyba powiedzieć. Przez dwa miesiące nie miałem go, bo był w naprawie po ostatnim wypadku. Który nie był aż tak tragiczny w skutkach, jak ten. Wtedy to motor bardziej oberwał, nie ja.
- Proszę, nie jeździj na motorze! Widzisz, ile złego to przynosi. Nie chcę, żeby ci się coś stało.
- Chyba za późno nie uważasz? - Zadrwił lekko, a ja ścisnęłam jego dłoń.
- Przestań się wygłupiać. Co ci jest?
- Mam złamaną w dwóch miejscach nogę, nic poważnego.
- Mhm, a dalej?
- Podejrzewali wstrząs mózgu, ale wszystko wydaje się być w porządku. Mam obitą szczękę i moja twarz nie wygląda za dobrze, ale byłoby gorzej, gdybym nie miał kasku. Mam też problemy z prawą ręką, ale tego im nie powiedziałem, bo nie chciałbym być unieruchomiony.
- Brad! Zaraz zawołam pielęgniarkę i jej wszystko powiem.
- Kim poszła to zrobić.
  Znowu mnie wcięło. Totalnie zapomniałam o Kimberly.
- Jaki to był wypadek? - Zapytałam, zmieniając temat.
- Na drodze.
- Przestań. Się. Wygłupiać. - Powiedziałam stanowczo, dając nacisk na każde wypowiadane słowo.
- Przepraszam. Jechałem sobie jak codziennie praktycznie. Tym razem wracałem od Kim. Jakieś dziecko przejeżdżało na rowerku trójkołowym przez jezdnię. Miało góra pięć lat. Wszystko zdarzyło się natychmiast. Jechałem z dużą prędkością, więc ciężko mi było zrobić jakiś stosowny manewr. Musiałem ryzykować i... Impulsywnie skręciłem w prawo, wjechałem na mokry od zraszaczy trawnik, ślizgałem się, wywróciłem.. Zahaczyłem o drzewo..
- Brad! - Pisnęłam przerażona.
- Taka oto historia.
  Rozpłakałam się na nowo.
- J-jakiego ty m-masz p-pecha. - Wyjąkałam. - Mogło c-ci się stać, coś b-bardzo poważnego. M-mogłeś.. u-u-umrzeć... - Ukryłam twarz w dłoniach.
- Wszystko będzie dobrze. - Chłopakowi zszedł uśmiech z twarzy, kiedy zobaczył mnie w takim stanie.
  Było mi głupio, że aż tak się rozpłakałam.
- Pielęgniarka nie była zadowolona, kiedy poinformowałam ją o twoich dolegliwościach. - Kim weszła niespodziewanie do malutkiego, szpitalnego pomieszczenia. Przerwała wątek, widząc zapłakaną mnie z trzymającym mnie za rękę przejętym Bradem. Jej mina z podenerwowanej zmieniła się na szok, a następnie na odrazę. Przynajmniej ja to tak interpretowałam, kto wie, jak było naprawdę. Mogę się tylko domyślać, że choćbym się pomyliła, to niewiele.
- Cześć, Kim - pozdrowiłam koleżankę, uspokajając nagły spazm. Brad dalej trzymał mnie za rękę, mimo że lekko próbowałam mu się wyrwać.
- No, hej. Co ty tu robisz? - Zapytała, a w jej głosie można było usłyszeć wściekłość, która z niej biła.
- Moja mama po nią pewnie zadzwoniła. To moja przyjaciółka, przyjechała mnie odwiedzić. - Brad odpowiedział za mnie, zanim zdążyłam się zastanowić, co powiem jego dziewczynie.
- No dobrze. - Kim skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i zaczęła tupać nogą.
- I co z tą pielęgniarką? - Brad nie odrywał teraz wzroku od rudowłosej.
- Przyjdzie zaraz z lekarzem.
- Chyba już pójdę... - Wstałam, niemal wyszarpując dłoń z dłoni Brada i nerwowo założyłam kosmyk włosów za ucho.
- Nie, dlaczego? - Przyjaciel popatrzył się na mnie ze zdziwionym wzrokiem.
- Grace na mnie czeka. Musimy... jeszcze trochę zrobić na sali.
- O, przepraszam. Nie będę mógł przyjść na ślub twojego taty, przeproś go ode mnie. Przykro mi.
- Mnie też. No nic, szkoda. Przekażę mu. Zdrowiej. - Nachyliłam się i z zawahaniem pocałowałam przyjaciela w policzek. Brakowało mi tej bliskości. - Odezwę się. - Dodałam, po czym szybko wyszłam z pokoiku, mrucząc pod nosem jakieś denne pożegnanie kierowane w stronę Kimberly.

***

  Grace czekała na mnie w aucie. Gdy tylko zobaczyła mnie wychodzącą ze szpitala, wysiadła, a ja z płaczem podbiegłam do niej i mocno się wtuliłam.
- Co z nim? - Przyjaciółka zapytała się mnie, kiedy już siedziałyśmy w nagrzanym aucie w drodze do domu (wieczór był wyjątkowo chłodny).
- Ma złamaną nogę, coś z ręką i poobijaną twarz.
- Jak to się stało?
  Opowiedziałam Grace o tym, że Brad jeździ na motorze i o tym, jak przebiegł wypadek i co go spowodowało.
- To zwykły pech, a on musiał coś zrobić w tej sytuacji. Niemądre dziecko, ale w końcu to tylko dziecko. I tak dobrze, że nic mu się gorszego nie stało, na przykład się nie zabił.
- Grace!

- No co? A nie taka prawda? Też nie preferuje tych pojazdów na dwóch kółkach.

  Kiedy weszłyśmy do mnie do domu zaparzyłam nam zielonej herbaty i zrobiłam kanapki z serem, pomidorem i solą. Michael przyjechał niespodziewanie dwadzieścia minut później. Opowiedziałam mu, co się przydarzyło Bradowi, a chłopak pogłaskał mnie po policzku i zapewnił, że mój przyjaciel na pewno z tego wyjdzie.
- A co ty myślisz o tych paskudztwach?
- Kanapki są przepyszne, nie rozumiem, dlaczego tak je nazwałaś - powiedział zaskoczony, a ja popatrzyłam się na niego z politowaniem.
- Mówię o motorach, głąbie.
- Aaaaaaaaaa - Michael udawał, że już załapał, o co chodzi. Przyznam, że miał niezłe poczucie humoru. - Nazywaj rzeczy po imieniu.
  Grace zachichotała, a ja nie powstrzymałam się, żeby się uśmiechnąć.
- Cóż... Praktycznie rzecz biorąc... Są niebezpieczne - stwierdził. - Ale - dodał pośpiesznie - niektóre zapierają dech w piersiach, a jazda no przyznam... jest niesamowita.
- Jeździłeś kiedyś?! - Oczy wyleciały mi z orbit.
- Poniekąd tak, ale to dla rozrywki, jeszcze jako głupi 16-latek.
- Większe zagrożenie - wtrąciła się Grace, a ja wskazałam na nią dłonią z otwartą buzią w geście przyznania jej racji.
- Wcale nie. Może i 16-latkowie są mniej dojrzali niż 19-latkowie, toteż nie odznacza, że ryzyko jest większe, kiedy jest się młodszym. Każdemu może się zdarzyć wypadek, nawet doświadczonemu człowiekowi, który robi to od paru lub parunastu lat i ma cholerną wprawę.
- Teoretycznie. Miałeś kiedyś jakiś wypadek?
- Niewielki. Jak zaczynałem jeździć, ale nic mi się nie stało - dosłownie.
- No dobrze, a jak długo jeździłeś? Czemu ja nic o tym nie wiedziałam i dlaczego przestałeś?
- Hej, hej, co to? Komisariat?
- Przepraszam, po prostu nie trawię motorów no i... przerażają mnie.
- Bo nigdy nim nie jeździłaś.
- No dobra, już nie wymiguj się. Odpowiadaj.
- Jeździłem może z rok, półtora... Nie więcej. Przestałem, bo mama nie tolerowała mojego hobby i nie chciała, żeby mi się coś stało. Mój dobry kolega... stracił życie w wypadku na skrzyżowaniu. Nie chciała, żeby to samo spotkało i mnie, zwłaszcza, że ojca nie było w domu i nie chciała zostać sama.
- To.. przykre. Jak się nazywał?
- Chris Royal. Znaliśmy się niedługo, ale zafascynował mnie ścigaczami. Wszędzie razem jeździliśmy, uwielbialiśmy to. Aż stało się, co się stało.
- Pewnie było ci ciężko - wtrąciła się Grace.
- To prawda. Ale takie życie, potem się przeprowadziliśmy, sprzedałem motor i wszystko zaczęło się na nowo układać.
- A dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
- A czy ty powiedziałaś mi, że jeździłaś bądź jeździsz na rolkach? Lub rowerze? Albo na łyżwach. Czy powiedziałaś mi, że jakaś twoja koleżanka zdarła sobie kolano lub łokieć podczas jazdy? Albo coś sobie złamała, wpadła pod auto... To nie są ważne rzeczy. To przeszłość.
- Przeszłość jest ważna. Poza tym porównujesz faktycznie mało ważne rzeczy do... czegoś takiego, co przytrafiło się twojemu kumplowi. - Nie potrafiłam wypowiedzieć, że zginął, że jazda na motorze zafundowała mu śmierć. Nawet nie potrafiłam o tym myśleć. Zrobiło mi się niedobrze, gdy przez myśl przemknęło mi, iż Brada od kopnięcia w kalendarz dzieliło bardzo niewiele.
- Zależy o jakie sprawy chodzi. Jeżeli kogoś zabiłeś to tak, chyba dobrze by było jakbyś powiedział o tym swojej drugiej połówce, ale takie drobnostki?
- Rolki a motor to jednak różnica. Lub zdarte kolano vs. śmierć. Mówisz brednie - Grace była zawsze odważniejsza ode mnie, poza tym jej mama nie zginęła w tak okrutny sposób, jak moja. Wręcz przeciwnie - żyje i ma się dobrze.
- To prawda, przynajmniej ja tak to widzę. - Tymi słowami zakończył się temat motorów oraz przeszłości. - Grace, zostajesz u niej?
- Tak, rano mamy fryzjera, a potem kosmetyczkę.
- Okej, czyli w dobrych rękach będzie moja piękność. - Michael wstał od stołu i pocałował mnie w usta. - Do zobaczenia jutro, princesso. Siema Grace. Przypilnuję, żeby Dean nie odstawił się jak jakiś laluś i żeby nie zapomniał przyjść.
- Dzięki, Mich. Na tobie zawsze można polegać. - Grace uśmiechnęła się szeroko i chłopak wyszedł.
  Kiedy Grace poszła się umyć, zadzwoniłam do Brada.
- Hej, jak się masz?
- Cześć, bywało lepiej. A ty? Jak przygotowania do wielkiego dnia?
- Jakoś. Grace u mnie nocuje, właśnie się kąpie. Powiedz mi, co z tą twoją ręką?
- Nic wielkiego, naprawdę.
- To dobrze.
- Też tak myślę.
  I zapadła niezręczna cisza.
- Brakowało mi ciebie - powiedział Brad nieśmiało, a mi zmiękły kolana.
- Mi ciebie też.
- Nie tak.
- Wiem.
  I znowu cisza.
- Jak ci się układa z Michaelem? - To pytanie zbiło mnie z pantałyku i całkowicie zepsuło piękną chwilę.
- Dobrze. A tobie z Kim?
- Też.
  Wzięłam głęboki wdech.

[Plumb - Don't deserve you]

- Posłuchaj Brad, bardzo tęsknię. Kiedy zobaczyłam, w jakim stanie jesteś, myślałam, że tam zejdę na zawał. Bardzo się przestraszyłam. I jeżeli chodzi o moje uczucia... Wiem, że to może nie na telefon. Jednak no... bardzo, ale to bardzo mi na tobie zależy i naprawdę już nie wiem, co robić. To wszystko jest takie... skomplikowane. Nie widziałam cię tyle, prawie nie rozmawialiśmy, myślałam, że zapomnę... Ale te chwile z tobą z wyjazdu wróciły, nie mogę odtrącać od siebie tych uczuć, zamykając je głęboko w umyśle i nie pozwalać im się ujawniać, po prostu nie mogę.
  Po drugiej stronie słuchawki nastała kompletna cisza. Nagle usłyszałam westchnięcie, ale nie doszło ono z aparatu. Odwróciłam się zaskoczona, widząc Michaela. Chłopak opierał się o framugę drzwi mojej sypialni ze spuszczoną głową. Zrobiło mi się niedobrze, chciałam cofnąć tą chwilę szczerości w stosunku do Brada, chciałabym, żeby to nie nastąpiło. A teraz miałam milczącego przyjaciela w telefonie i zasmuconego chłopaka w pokoju.
- Rozumiem cię. - W końcu usłyszałam cokolwiek, a głos Brada przerywający tak długą ciszę był jak woda dla spragnionego człowieka. - Chociaż nie do końca, jednak w pewnym stopniu. Chyba czujemy to samo... Ee, tak samo. Kocham Kim, naprawdę. Ale tęsknię za tobą, zależy mi na tobie, nie mogę tego również ukrywać.
- Brad... Porozmawiamy o tym kiedy indziej, dobrze? Przepraszam, nie mogę już dłużej gadać, bo.. Grace wróciła z łazienki i teraz moja kolej. Odezwę się, dobranoc.
- Dobranoc, Tess.
  Rozłączyłam się i odłożyłam komórkę na szafkę nocną, wpatrując się w Michaela. Chłopak dopiero teraz uniósł głowę i popatrzył się na mnie ze łzami w oczach, a mi zrobiło się okropnie przykro. Wstałam, z chęcią przytulenia go, ale chłopak zrobił krok do tyłu, jak zbliżyłam się do niego, niemal już dotykając jego rąk.
- Ty wciąż go kochasz.
  Łzy ściekły mi po policzkach.
- Michael...
- Nie, Tess. Łudziłem się, że zapomniałaś. Oszukiwałem samego siebie, myśląc, że już przestało ci aż tak zależeć. Jaki ja jestem głupi...
- Michael... - powtórzyłam ze łzami w oczach.
- Proszę cię. Mam tego dość. Ja...
- Nie chcę cię ranić.
- Już to zrobiłaś. - Chłopak wpatrywał się we mnie oczami pełnymi bólu, a teraz po jego policzkach jak i po moich, wielkie łzy ciekły strumieniami.
- Ja nie wiem, co do niego czuję. Uwierz mi.
- Jak to nie wiesz? - Prychnął podenerwowany. - Co innego mówiłaś mu przed chwilą. O, co się stało? Już nie pamiętasz? - Pierwszy raz słyszałam w jego głosie taką nutę. Niemiłą, pewną gniewu i żalu...
- To nie tak. Spanikowałam. Musiałam coś powiedzieć, a potem nie mogłam przestać. To nie do końca prawda, nic nie rozumiem...
- Ja też. I to nurtujące.
- Przykro mi, że cię zraniłam.
- Mnie też.
  Michael odwrócił się i wyszedł, a ja zdesperowana szybko wyjęłam z szuflady długopis i karteczkę samoprzylepną. Koślawym pismem napisałam wiadomość Grace "zaraz wrócę. Muszę pogadać z M.".
  Nie zważając na to, że wszyscy domownicy śpią, a nieświadoma niczego Grace spokojnie się kąpie, zbiegłam po schodach i wybiegłam na pole. Było bardzo ciemno, pomimo tego byłam w stanie zauważyć oddalającą się postać chłopaka.
- Michael! - Krzyknęłam za nim, a on odwrócił się zdziwiony.
- Co ty tu robisz?! - Michael odkrzyknął przejęty, kiedy z powodu dużej prędkości nie zdążyłam wyhamować i wpadłam w niego, łkając.
- Nie możesz tak po prostu odejść. Musimy porozmawiać.
- Już rozmawialiśmy. Wiem, co czujesz. Po co się oszukiwać, nie mogę być z osobą, która kocha kogoś jeszcze.
- Michael, nie... Proszę. Nie poradzę sobie bez ciebie, kocham cię najmocniej. Nie zostawiaj mnie.
- Przykro mi. Wracaj lepiej do domu.
- Michael...
- Idź już.
  Chłopak odtrącił mnie i poszedł przed siebie, a ja zapłakana stałam w miejscu, nie wiedząc, co właściwie ze sobą zrobić.
  Michael mnie zostawił. Rzucił mnie. Przez moją głupotę. Mam, na co zasługiwałam. Po co ja gadałam takie rzeczy Bradowi?! Czemu w ogóle się waham z tym, co do niego czuję?! To tylko przyjaciel. Tylko cholerny przyjaciel. Nie może być dla mnie nikim więcej. Nawet jeśli go kocham, to jedynie jak brata. Nie wyszło by nam. Za bardzo kocham Michaela. Jemu za bardzo zależy na Kim. Po co to wszystko?!
  Biłam się z myślami, wracając do domu. Zostawiłam drzwi na oścież otwarte i skarciłam się za to w głowie.
  Wchodząc do pokoju, ujrzałam przyjaciółkę siedzącą na łóżku z ręcznikiem na głowie i karteczką ode mnie w ręce.
- Co się stało? - Zapytała przejęta i przerażona, kiedy ujrzała w jakim stanie jestem. Rzuciłam się jej w ramiona i zaniosłam się płaczem.
  Ostatnim razem, kiedy tak płakałam, była wiadomość o śmierci mamy. Na to wspomnienie mój smutek jeszcze się zwiększył, a Grace nie mogła mnie uspokoić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk