wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 18. Annabelle

  Kiedy rok temu z początkiem września stałam przed murami mojej szkoły ubrana w strój galowy, nie przeszło mi przez myśl, że tak bardzo mogę się zmienić. Ja i moje otoczenie. Spodziewałam się tego, że może przytyje, może zrzucę parę kilo, może przyjdzie mi ochota do przefarbowania włosów na inny odcień, albo chęć ścięcia ich na krótko. Brałam pod uwagę również to, że mój charakter bardziej się ukształtuje, jednak nie spodziewałam się, że aż tak. Znalazłam miłość, nowych przyjaciół, wrogów...
  Rok temu mogłam powiedzieć o sobie, że jestem przeciętną nastolatką z wielkimi marzeniami i gronem znajomych, z którymi spędzałam czas. Dzisiaj, trzeciego września, mogę śmiało stwierdzić, że totalnie się zmieniłam, a kupę koleżanek i kolegów, zamieniłam na Grace, Brada, Deana i Michaela. Przez wakacje, na przykład, nie kontaktowałam się z nikim ze starych znajomych. Niektórych prawdopodobnie to uraziło, a może nawet kilkoro z nich się przejęło lub zasmuciło. Kto to wie.
- Najstarsze, huh? - Zagadnęła mnie Grace, kiedy wygramoliła się ze swojego auta.
- O tak. Wiesz, co? Będzie mi brakowało towarzystwa Michaela czy Brada. Albo Deana. Teraz zostałyśmy właściwie same.
- No cóż, możemy rządzić. - Przyjaciółkę rozpierała energia i z żartobliwym nastawieniem zaczęła paplać o tym, jak to fajnie jest być w ostatniej klasie.
  Ruszyłyśmy w stronę budynku głównego, w którym miał odbyć się uroczysty apel otwierający nowy rok szkolny.
- Poczekaj, coś uwiera mnie w bucie - oznajmiając to, Grace stanęła na środku chodnika, podpierając się na mnie z zamiarem ściągnięcia buta. Nagle ktoś drobny zawadził o mnie i o mało co nie straciłam równowagi.
- Przepraszam, nie chciałam - burknęła jakaś dziewczyna, niewiele niższa ode mnie, jednak widać po rysach twarzy, że jest młodsza. Możliwe, że jest jedną z pierwszoklasistek, które podekscytowane nową szkołą nie zwracają uwagi na to, czy ktoś stoi im na drodze, tylko mkną przed siebie z głową w chmurach.
- Nie ma sprawy, następnym razem patrz przed siebie. - Nie chciałam zabrzmieć niegrzecznie, jednak coś w moim głosie wykazało zdenerwowanie czynem dziewczyny. Oby go nie rozpoznała, naprawdę nie chciałam wywierać złego wpływu na nowych. Nie należałam przecież do osób takich jak Sam, wywyższających się z powodu wieku czy (jak ona zapewne sądziła na swój temat) urody.
  Jeżeli chodzi o Samanthe Faucher, po zakończeniu szkoły miała wyjechać i wrócić z ojcem do Los Angeles, jednak (jak słyszałam od Deana, który miał swoje źródła) postanowiła zostać tutaj i studiować na miejskim college'u wraz z przyjaciółką Tiffany - drugą wredną idiotką, która jest tak samo egoistycznie nastawiona do wszystkich, jak i sama Królowa Czirliderek.
  Na auli było dość tłoczno. Tyle nowych twarzy przelatywało mi w te i z powrotem przed oczami, że zaczynało mi się kręcić już od tego w głowie. Zajęłyśmy miejsca pod ścianą, skąd mogłyśmy obserwować wszystko, co dzieje się na sali. Po dziesięciu minutach harmidru panującego w pomieszczeniu, w końcu nastała wystarczająca cisza, a tylko jednostki uczniów szeptało coś pomiędzy sobą. Na podest wyszła dyrektorka Jocelyn Grand. Uśmiechnęła się do wszystkich nienaturalnie i uniosła w górę prawą rękę, w geście prośby o całkowitą ciszę. Wszyscy zajęli już jakieś miejsca, a w tłumie nie mogłam wypatrzyć ani jednej znanej mi osoby z mojego rocznika.
- Witam wszystkich w nowym roku szkolnym w liceum Hillstone - rozpoczęła swoją przemowę zachrypniętym głosem, rudowłosa, pulchna dyrektorka.
  Nie skupiłam się na tym, co mówi, ponieważ moje oczy wędrowały po setkach ludzi zgromadzonych w sali. Dziwnie się czułam, mając świadomość, że jestem w ostatniej klasie. Nagle moją uwagę przyciągnęła ciemnowłosa dziewczynka, która potrąciła mnie przypadkowo przed budynkiem. Wiedziałam, że od zawsze w każdej szkole są przeróżni ludzie o innych stylach. Emo, skejci, hipisi, lalunie, kujony, metalowcy.... Jednak tę dziewczynę ciężko było przydzielić do jakiejkolwiek znanej mi "grupy społecznej". Przychodziła mi na myśl tylko jedna - aspołeczni ludzie, samotnicy. Aczkolwiek czułam, że nie jest taką z charakteru. Patrząc na nią, wydawała mi się osamotnioną, zamkniętą w sobie, nieśmiałą nastolatką. Głowę miała spuszczoną, nie była wyprostowana, tylko prawie leżała na krześle. Całkowicie olewała to, co mówiła pani Grand. Zachowywała się tak jakby... chciała się wtopić w tłum i zniknąć. Zaintrygowała mnie i szepnęłam do Grace parę słów na temat ciemnowłosej.
- Wydaje się dziwna - przyjaciółkę wcale nie poruszyło dziwne zachowanie dziewczyny i zbyła to jednym zdaniem. Postanowiłam, że zrobię jak ona i do końca apelu wpatrywałam się tylko w dyrektorkę.
 

***


 Minął tydzień szkoły, w którym nic ciekawego się nie wydarzyło. Z Michaelem rozmawiałam codziennie. Opowiadał, że w Juilliardzie jest niesamowicie, ta atmosfera, ci wszyscy ludzie, nauczyciele... Widać było, że ta szkoła wywarła na nim niemałe wrażenie. Czułam, że jest tam szczęśliwy. Jednak wyznał, że bardzo mu mnie brakuje i najchętniej miałby mnie cały czas obok siebie. To przypomniało mi o mojej rozmowie z tatą pod koniec wakacji, kiedy to chciałam wyjechać razem z moim chłopakiem, lecz on się na to nie zgodził.
  Przedwczoraj zdałam egzamin pisemny na prawo jazdy, jeszcze tylko praktyczny, ale czułam, że potrafię to zrobić, wierzyłam w siebie.
  Grace była przeziębiona i nie poszła do szkoły, a to oznaczało, że muszę iść na nogach. Egzamin na prawo jazdy miałam zapowiedziany dopiero na dwunastego września. Kiedy wyszłam z domu za piętnaście ósma, byłam przekonana, że się spóźnię. Stwierdziłam, że nie ma sensu iść na pierwszą lekcję, bo i tak na hiszpańskim mieliśmy powtórkę z tamtego roku, a nieźle to pamiętałam. Poszłam do Armaniego, gdzie zamówiłam sobie kubek cafe late i wyjęłam książkę, którą właśnie czytałam. "Safe haven" napisana przez Nicholasa Sparksa niesamowicie mnie poruszała, zwłaszcza, że byłam bardzo wrażliwą osobą.
  Wypiłam kawę i pożegnałam się z panią Susan, która pracowała tutaj już od dawna i byłam jej stałym gościem. Niestety moje wypady z Grace na wtorkowe obiady się zakończyły, właściwie bez konkretnego powodu.
  Kiedy weszłam do szkoły, nawet nie zajrzałam do szatni, żeby ściągnąć kurtkę czy przebrać buty, bo chciałam jeszcze kupić drożdżówkę i butelkę wody w sklepiku. Byłam już prawie pod klasą, kiedy dostałam sms'a od Michaela. Czytając go z uśmiechem na twarzy, nie zauważyłam stojącej przede mną osoby. Zdałam sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy wpadłam na nią przez rozkojarzenie. Dziewczyna pisnęła z zaskoczenia i schyliła się na ziemię, żeby pozbierać książki, które wypadły jej z rąk przez moje potrącenie.
- Przepraszam, zapatrzyłam się.
- Dobrze, dobrze - odpowiedział mi znajomy głos. Kiedy nastolatka się wyprostowała i spojrzała na mnie, dostrzegłam, że to tamta dziewczyna, która wpadła na mnie pierwszego dnia.
- Hej, to ty.
- Tak. Jestem Annabelle, hej - odparła nieśmiało, zakładając kosmyk kruczoczarnych włosów za ucho.
- A ja Tess. Widzisz, jesteśmy kwita - zażartowałam, a dziewczyna lekko się uśmiechnęła i odeszła spłoszona. Poczułam się dziwnie, zazwyczaj nie tak się kończy rozmowę. Wzruszyłam ramionami i poszłam pod klasę.
  Na stołówce siedziałam sama. Nie miałam jakoś ochoty jeść, więc wzięłam tylko jabłko i sok owocowy. Nagle moją uwagę przykuła pewna sytuacja. Pewne czirliderki doczepiły się do jakiejś dziewczyny, zapewne o zajęty stolik. Przyjrzałam się dokładniej i ujrzałam w niej drobną Annabelle. Pokręciłam głową i westchnęłam ciężko z niedowierzania. Naprawdę? Czy to zawsze muszą być czirliderki?
  Jedna z nich właśnie "przypadkowo" strąciła kubek z sokiem pomarańczowym lub oranżadą (nie mogłam lepiej ocenić co to takiego) z tacki nastolatki i porządnie ochlapało to właścicielkę. Tego już za wiele, pomyślałam.
- Dobra, czyli która przejęła kierowanie grupą lafirynd po Królowej Sam? - Zagadałam do nich z założonymi rękami, na co wszystkie cztery odwróciły się zdziwione i zaskoczone.
- Tak się składa, że ja - odpowiedziała mi szatynka o zgrabnej budowie ciała. Widywałam ją w towarzystwie Sam w tamtym roku, ale nie kojarzyłam jej imienia. - Mam na imię Alice i nie pozwolę, żeby jakieś brzydkie pierwszoklasistki zajmowały nam miejsce. - Dziewczyna, jakby czytając mi w myślach, natychmiast się przedstawiła i wyjaśniła, o co chodzi w tej całej bezsensownej kłótni.
- Nie uważasz, że to dość dziecinne? Myślałam, że kiedy Sam już wyjdzie ze szkoły, nikt nie będzie się zniżał do jej poziomu, ale widzę, że jednak się myliłam. To dość smutne, ale i śmieszne.
- Ty jesteś Tess, tak? Pamiętam, jak dobrze dogadywałaś się z Sam w tamtym roku. Niemal Tiffany i ja byłyśmy zazdrosne.
- Och, nie bój się, naprawdę. Ostatnio kontakt nam osłabł, spokojnie, dalej możesz być jej prawą czy tam lewą rączką. Zależy która jest jest bardziej potrzebna z waszej dwójki. - Moje słowa przesiąknięte były sarkazmem. Koleżanki Alice przyglądały się nam zszokowane moją postawą i zmieszanym wyrazem twarzy ich Królowej. - Ale z tego co wiem, to z Tiffany poszła do szkoły i myślę, że jest dla niej istotniejsza w tym momencie. Ty prawdopodobnie nic nie znaczysz, bo w końcu jesteś od niej młodsza.
- Wiek nie jest istotny.
- W takim razie dlaczego stawiasz się do tej pierwszoklasistki? A i tak by the way nie uważam, że ona należy do brzydkich. Zdaje mi się nawet, że ogląda się za nią więcej chłopaków niż za tobą. Czyż to nie smutne dla ciebie? - Uśmiechnęłam się do niej krzywo, a w głosie słychać było pogardę. - Serio, dajcie sobie spokój i spadajcie stąd, stolik jak stolik, nie wiem o co afera.
  Czirliderki odeszły z zadartymi nosami, kręcąc tyłkami na wszystkie strony.
- Nie musiałaś tego robić - zwróciła się do mnie równie cicho co poprzednim razem Annabelle.
- Ale chciałam. Nie przepadam za czirliderkami, więc jak nabiję sobie u nich kolejne minusy, to trudno, mogę to traktować jako zaszczyt.
- Co za szkoda, bo bardzo chciałam wstąpić do drużyny - Annabelle trochę się rozluźniła, a jej żart przepełniony był ironią i obie zachichotałyśmy.
- Masz mokrą bluzkę - zwróciłam uwagę na jej poplamiony, czarny T-shirt.
- Wiem, ale nic na to nie poradzę. Nie mam drugiej.
- Zawsze mam jakieś zapasowe w szafce, chodź to ci dam.
  I obie ruszyłyśmy w stronę wyjścia ze stołówki.
- Dzięki. Jesteś bardzo fajna. - Annabelle podziękowała mi, kiedy przebrała się w mój biały top. Był na nią trochę za duży, bo dziewczyna była bardzo drobnej budowy, ale przynajmniej był czysty.
- Czirliderki mają o mnie inne zdanie - udałam przejętą, a nastolatka zachichotała.
- Częściowo przeze mnie.
- Oj, nie. Ty jesteś tylko małym epizodem. Już i tak dziwne było to, że nie spięłam się z nimi o coś wcześniej. To była kwestia czasu. Nabiłam sobie więcej minusików w tamtym roku u ich byłej królowej, niż możesz sobie wyobrazić.
  Ze śmiechem, udałyśmy się w stronę sal lekcyjnych. Zajęcia miałyśmy obok siebie, więc rozmawiałyśmy dotąd, aż nasi nauczyciele nie przyszli.
- Annabelle jest miłą pierwszoklasistką. Na pierwszy rzut oka wydaje się zamknięta w sobie, ale to nieprawda. Kiedy się nią dłużej pogada, żartuje i śmieje się bez przerwy.
  Rozmawiałam z Grace parę dni po tym incydencie, kiedy już wróciła do szkoły. Zapoznałam je ze sobą, ale po Grace zauważyłam od razu, że nie jest przekonana co do Annabelle. Nie ruszyło mnie to i następne dni spędzałyśmy w swoim towarzystwie.
  Mijały dni szkoły. Z Michaelem układało mi się cudownie, jednak mimo że w końcu zdałam prawo jazdy, wyjazd musiałam przełożyć, ponieważ chłopak nie dał rady spotkać się ze mną w najbliższym czasie przez nawał pracy i nauki w college'u. Obiecał, że dostanę zaproszenie na jego występ, a potem spędzimy cały weekend razem. Zasmucał mnie fakt, że ten występ będzie dopiero 23 listopada, ale dobre i to, pomyślałam. Nie było sensu mu się narzucać wcześniej, jeżeli naprawdę nie miał czasu. Wierzyłam mu.
  Z Annabelle bardzo dobrze się dogadywałam. Mało mówiła o sobie, ale nie naciskałam. Sama nie otworzyłam się przed nią na tyle, żeby wyjawić jej, na przykład, jak zginęła moja mama. Grace ostatnimi dniami była cichsza, ale pytałam się jej, co się dzieje, ta zbywała to zmianami tematu. Kiedy zainteresowałam się, jak układa jej się z Deanem, poinformowała mnie, że jest bardzo dobrze. Zupełnie nie wiedziałam, w czym tkwi problem.
  Nadszedł dziewiętnasty września. Skończyłam już lekcje i siedziałam w przestronnej kuchni w domu Grace.
- Wiesz, który dzisiaj jest?
- Dziewiętnasty chyba, a co?
- Urodziny Brada - wyszeptałam i trochę posmutniałam.
- Nie rozmawiałaś z nim odkąd...
- Tak, odtąd - przerwałam jej, nie chcąc słyszeć nic na temat ostatniej rozmowy z moim przyjacielem.
  Miał się odezwać, pomyślałam. Nie zrobił tego. Było mi ciężko, ale co miałam poradzić?
- Zadzwoń do niego.
- Może mieć wykład.
- Nie mów, że się tym przejmujesz. - Usta Grace wygięły się w lekkim uśmiechu. Dziewczyna nie przepadała za Bradem, ale wiedziała, że jest dla mnie ważny i jak źle się czuję z tym, że go zraniłam.
- Faktycznie. - Sięgnęłam po telefon i wykręciłam numer do Brada. Chłopak odebrał po trzech sygnałach.
- Halo?
- Cześć, Brad. Posłuchaj, możemy się spotkać?
- Chyba nie za bardzo mam czas - odparł szybko, lekko zmieszany.
- Proszę.
- No nie wiem...
- Brad... - Wyjąkałam błagalnie.
  Przez chwilę w słuchawce była tylko cisza.
- Dobrze. Gdzie?
- Park?
- Okej, do zobaczenia za dziesięć minut.
  Chłopak rozłączył się, nie czekając na moją odpowiedź.
- Boję się tego spotkania - wyznałam Grace.
- Nie masz czego. Wydaje mi się, że wszystko pójdzie bardzo dobrze. A ja i tak umówiłam się z Deanem, więc nie miałabym dla ciebie czasu, przepraszam. - Uśmiechnęła się łagodnie, a ja szturchnęłam ją w ramię.
- Spoko, najwyżej zadzwoniłabym do Annabelle.
- A no tak.
  Grace lekko spochmurniała, po czym wstała i teatralnie westchnęła.
- Pójdę już, żeby się nie spóźnić. Pa - mówiąc to, pocałowałam przyjaciółkę w policzek i udałam się do wyjścia.
  Stąd do parku było dosyć blisko, ale chciałam być przed czasem. Usiadłam na jednej z ławek blisko stawu i podkurczyłam kolana, obejmując je rękami. Lekki wrześniowy wietrzyk owiewał mi przyjemnie twarz. Przymknęłam oczy, żeby móc wczuć się w klimat odchodzącego lata.
- Cześć, Tess. - Po paru minutach całkowitej ciszy, zakłócanej jedynie od czasu do czasu śpiewem ptaków lub śmiechem dzieci, słowa przyjaciela wywarły na mnie zaskoczenie.
- Brad. - Wymówiłam jego imię, patrząc prosto na niego.
  Chłopak nie się zmienił od naszego ostatniego spotkania w ogóle. Miał na sobie czarny T-shirt i dżinsowe spodnie. Jego włosy były jak zwykle dobrze ułożone, a twarz miał spokojną. Na pierwszy rzut oka nie wydawałoby się, że jest spięty. Stwierdziłam, że muszę coś powiedzieć, bo w końcu to ja zaaranżowałam całe to spotkanie.
- Usiądziesz? Chciałam porozmawiać.
  Brad bez żadnej odpowiedzi zajął miejsce na ławce obok mnie, jednak zasmuciło mnie, że dzieliła nas tak duża odległość.
- Wszystkiego najlepszego - wyszeptałam z głową spuszczoną w dół.
- Dziękuję, Tess. - W głosie starego przyjaciela nie było słychać radości, raczej obojętność, która mnie cholernie przerażała. Odważyłam się ponownie na niego spojrzeć.
- Wiem, że to ty miałeś się pierwszy odezwać. Wiem, że chciałeś to przemyśleć. Ale ja... nie mogłam już dłużej wytrzymać bez twojego towarzystwa. Naprawdę za tobą tęsknię - wyrzuciłam z siebie te słowa jak najszybciej, jakby każda głoska paliła mi język. - Do tego zdałam sobie sprawę z tego, że masz dzisiaj urodziny i nie mogłam się powstrzymać, żeby do ciebie nie zadzwonić. Jeżeli źle zrobiłam, to przepraszam, ale kierowałam się chyba tylko egoizmem, który ostatnio towarzyszy mi na każdym kroku.
- Przemyślałem to wszystko już dawno, Tess. Po prostu nie mogłem zdobyć się na rozmowę z tobą - zupełnie nie wiem dlaczego. Zawsze, kiedy wykręcałem twój numer, rezygnowałem ze strachu przed tym, że nic już dla ciebie nie znaczę. Cieszę się, że zadzwoniłaś.
- Więc do jakiego wniosku doszedłeś? - Nie mogłam się powstrzymać już dłużej przed zadaniem tego pytania. W końcu musiałam usłyszeć odpowiedź, właściwie po to tu przyszłam.
- To było dla mnie trudne, ale... - chłopak jakby szukał słów, żeby określić swoje uczucia. - Kocham Kim. I kocham ciebie. Ale mamy ciężkie relacje i nie wyobrażam sobie, że mogłoby nas łączyć coś więcej niż przyjaźń. Chciałbym, żeby było jak dawniej, a może nawet jeszcze lepiej. Myślisz, że jesteśmy w stanie to zrobić? Razem?
  Momentalnie się rozpromieniłam.
- Oczywiście, że tak. Nawet nie wiesz jak się cieszę! - Uściskałam chłopaka mocno, nie myśląc nad swoim impulsywnym zachowaniem. Brad nie odepchnął mnie, ale po paru sekundach lekko się odsunął. Na szczęście na jego twarzy malował się szczery, łobuzerski uśmiech.
- Przykro mi, ale nie mam dla ciebie prezentu. - Od razu posmutniałam na myśl o tym, jak spontaniczne było to spotkanie i że kompletnie go nie przemyślałam.
- Nic się nie stało, będziemy kwita, kiedy będę ci opustoszał lodówkę z jedzenia.
- Umowa stoi.
  Uścisnęliśmy sobie ręce w ramach potwierdzenia przymierza i zaśmialiśmy się jak za dawnych czasów.
  Od tej pory wszystko miało zacząć się układać.


***


- Spóźnimy się, Annabelle! - krzyknęłam ze srebrnego Chevroleta w stronę przyjaciółki.
- No przecież biegnę! - odkrzyknęła, po czym trzema susami pokonała długość dzielącą ją od domu do samochodu.
- Kiedyś cię zabiję - stwierdziłam z przekąsem, a następnie odpaliłam silnik mojego nowego nabytku.
  Był 31 października i wybierałam się z Annabelle na noc horrorów. Bardzo zbliżyłyśmy się do siebie w przeciągu dwóch ostatnich miesięcy. Smuciło mnie tylko to, że oddaliłam się znacznie od Grace, bo ta nie za bardzo akceptowała moją znajomość z pierwszoklasistką. Ciekawiło mnie, czemu tak bardzo jej nie lubi. Kiedy powiadomiłam ją parę dni temu, że idziemy na noc horrorów i czy chce iść z nami, popatrzyła się na mnie, jakby po raz pierwszy widziała mnie na oczy, uznając za kompletną świruskę i odeszła bez słowa wyjaśnienia. Od tej pory nic się do mnie nie odezwała, czyli prawdopodobnie się obraziła. Na szczęście z Michaelem i Bradem było bardzo dobrze, co trochę podniosło mnie na duchu.
  Noc horrorów zaczynała się o 21:30, czyli za pięć minut, dlatego tak bardzo zezłościłam się na kumpelę, która ma w naturze to, że się spóźnia.
  Kiedy zajęłyśmy swoje miejsca w sali kinowej, seans już trwał. Leciał teraz film, którego nazwy nie znałam, ale wydawał się interesujący. Oglądałyśmy z uwagą wszystko, co kolejno pojawiało się na ekranie - począwszy od horroru o psychicznym, seryjnym mordercy, poprzez paranormalny film, który właściwie nie był taki straszny. Byłyśmy w połowie "Wrong Turn IV", kiedy Annabelle zaczął wibrować telefon. Na chwilę tylko spojrzałam na przyjaciółkę, bo akurat leciała drastyczna scena i chciałam ją zobaczyć. Zszokowało mnie zachowanie Annabelle, która wybiegła z sali kinowej w popłochu. Przynajmniej pół minuty siedziałam w otępieniu zdziwiona jej ucieczką. Wyszłam na korytarz, żeby jej poszukać. Zadzwoniłam do niej, jednak telefon był poza zasięgiem. Wybrałam numer do jedynej osoby, która przyszła mi teraz na myśl.
- Brad. Potrzebuję pomocy.
  Po wyjaśnieniu mu jaka zaistniała sytuacja, starałam się dobijać do Annabelle, wciąż do niej dzwoniąc, jednak wszystkie próby poszły na marne. Wbiegłam do toalety, całkowicie zrezygnowana, że znajdę zgubę.
  Ku mojemu zdziwieniu zauważyłam postać w kabinie. Widziałam tylko szczupłe, wręcz kościste nogi, ale po butach i legginsach w panterkę poznałam, że to moja przyjaciółka. Gdy otworzyłam drzwi, zakryłam sobie dłońmi usta, tłumiąc okrzyk przerażenia.
  Dziewczyna, na wpół leżąc, opierała się o ściankę kabiny głową. Była nieprzytomna, a na jej nadgarstku widać było świeże nacięcia, z których ciekły stróżki krwi. Spanikowałam.
- Coś ty zrobiła, kretynko?! - Wrzasnęłam, po czym oderwałam rękaw swojej koszuli i mocno zawiązałam go poniżej zgięcia łokcia jej lewej ręki, żeby uniemożliwić dopływ krwi.
  Brad zjawił się w tym momencie, kiedy dziewczyna cuciła ciemnowłosą przyjaciółkę. Tess zadzwoniła do niego w między czasie, żeby powiedzieć mu, w jakim stanie zastała Annabelle i gdzie są.
- Cholera jasna - chłopak ukląkł obok nas i pomagał mi ją obudzić. Byłam przerażona, a widok krwi mnie obrzydzał i mdliło mnie, ale musiałam być twarda. Nie mogłam przecież zostawić tak przyjaciółki.
  Annabelle ocuciła się po paru minutach, od razu zanosząc się w szloch. Przytuliłam dziewczynę do siebie, prosząc, żeby się uspokoiła i wyjaśniła, co takiego się wydarzyło.
- Trzeba zadzwonić po pogotowie. - Brad był bezwzględny w swoich zamiarach i już wyciągał komórkę, ale ciemnowłosa przemówiła słabym, zachrypniętym głosem, zmęczonego dziecka.
- Nie! Proszę, nie rób tego... Nie możecie, proszę...
- Dobrze, Annabelle, ale musisz opowiedzieć, co się stało - nalegałam, a Brad widząc moje spojrzenie, schował telefon z powrotem do kieszeni dżinsów.
- Nie tutaj, proszę. Zabierzcie mnie, gdzieś, gdzie jest bezpiecznie.
  Zdawało nam się, że dziewczyna majaczy, ale faktycznie dobrym pomysłem było, żeby zabrać ją z miejsca publicznego. Na szczęście wiele osób nie było do obsługi, bo było około godziny drugiej w nocy. Kiedy jedna z pracownic kina popatrzyła się na Brada niosącego drobną Annabelle na rękach, chłopak skłamał, że dziewczyna źle się poczuła i że rezygnują z dalszych seansów. Blondynka, lat około dwadzieścia dziewięć, jedynie wzruszyła ramionami i wróciła do papierkowej roboty.
  Droga do domu Brada zajęła nam około siedmiu minut, ale dłużyło nam się to w nieskończoność. Najbardziej zależało nam na tym, żeby Annabelle znowu nie straciła przytomności. Chłopak poinformował mnie, że jego rodzice wyjechali na Karaiby i ma wolny dom przez parę kolejnych dni, dlatego Annabelle będzie tutaj bezpieczna.
  Zaniósł ją do swojego pokoju, po czym poszedł do kuchni, żeby zaparzyć nam po zielonej herbacie.
- Dobrze się czujesz? - spytałam się swojej przyjaciółki, trzymając ją za nieokaleczoną rękę.
- Znakomicie.
  Dziewczyna praktycznie wróciła już do siebie, była tylko trochę zamroczona, ale to dlatego, że straciła trochę krwi. Kiedy Brad wszedł do sypialni, popatrzyła się na nas przepraszająco i znowu zaczęła płakać.
- Opowiesz nam, co się stało?
- Dobrze - Annabelle nie była do końca pewna, czy chce to zrobić, ale chyba rozumiała, że nie ma wyboru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk