- Od małego byłam bita przez ojca, a matka nic na to nie reagowała - zaczęła nieśmiało i ze smutkiem w głosie. - Był alkoholikiem i gdy wracał wieczorami z baru, zawsze się do mnie doczepiał. Nie ważne, ile miałam lat i jaka była pora dnia. Kiedy miałam pięć lat, na przykład, leżałam z mamą, czytając książkę w łóżku. Była godzina 21. Ojciec wparował i zaświadczył, że powinnam już dawno spać, po czym wziął pasa i przywalił mi parę razy w plecy. Kiedy parę tygodni później byłam po prostu zmęczona i położyłam się spać o 19, mężczyzna wyrwał mnie ze snu, pociągnął za koszulę nocną w górę i zbił po głowie parę razy za to, że śpię zamiast iść się wykąpać. Potem zdarzały się podobne sytuacje. Albo za długo odrabiałam zadania domowe, albo odrobiłam za mało. Nie miało znaczenia to, że pani w szkole nam po prostu nie zadała wiele - nic nie dało mu się wytłumaczyć.
Kiedy skończyłam dwanaście lat, moja mama w końcu zareagowała i zamknęła drzwi na klucz, kiedy ojciec wyszedł, żeby się napić. Gdy wrócił, tłukł się do drzwi, aż je wyważył. Mama od razu pobiegła do kuchni, żeby zadzwonić na policję, ale ojciec ją dopadł i okrutnie pobił. Kiedy tylko usłyszałam łomot w drzwi, uciekłam do swojego pokoju, aby ukryć się pod łóżkiem. Następnego dnia, kiedy obudziłam się w tym samym miejscu, co się schowałam, usłyszałam głosy wielu obcych ludzi w domu. Nieśmiało i niepewnie wyszłam ze swojej kryjówki, potem pokoju, aż zaglądnęłam do kuchni, gdzie było pełno ludzi. Ktoś - jakiś mężczyzna - mnie zauważył. Podszedł ostrożnie, żeby mnie nie spłoszyć i otulił mnie kocem, wołając jakichś ludzi. Matka umarła w skutek wewnętrznego krwotoku, a mój ojciec uciekł i nikt go nie znalazł, a po policję zadzwoniła sąsiadka, kiedy okropne wrzaski w środku nocy nie pozwalały jej kontynuować snu. Nie miałam innej rodziny, więc trafiłam na parę dni do sąsiadki, a potem do domu dziecka. Przez dwa lata tkwiłam tam jak w więzieniu, cierpiąc przez zniszczone dzieciństwo.
Potem ktoś mnie zaadoptował. Parka wydawała się na początku dość miła, ale potem okazało się, że są nadopiekuńczymi snobami, którzy są przesadnie religijni - facet był pastorem. Pewnego dnia wracając ze szkoły do domu, zadzwonił mi telefon - nieznany numer. Odebrałam, a w słuchawce rozbrzmiał głos, którego nie chciałam nigdy więcej słuchać. Dzwonił mój ojciec. Powiedział tylko dwa słowa "Widzę Cię", a ja zaczęłam biegnąć szybko w stronę domu. Schroniłam się w swoim pokoju, a gdy moja zastępcza matka weszła do mnie, pytając, czemu nie przyszłam na obiad, zobaczyła mnie całą bladą na twarzy z żyletką w ręce. Wtedy dowiedziała się o moim uzależnieniu, chorobie. Zaczęłam to robić już w domu dziecka, na myśl o psychicznie chorym ojcu alkoholiku i biednej matce, którą zamordował w cierpieniach. Nie wiedziałam, jak poradzić sobie z bólem psychicznym, byłam do tego małym dzieckiem, nic nie wiedzącym o świecie. Żyletka stała się moją przyjaciółką, bronią przeciwko całemu społeczeństwu i złu na tym świecie. Ból fizyczny odganiał ból psychiczny - przynajmniej na parę momentów, a wtedy czułam się najszczęśliwsza, mimo że z rąk czy nóg ciekła mi ciemna, czerwona krew. Kiedy mnie zaadoptowano, przestałam to robić tak często, jednak mój umysł wciąż ciągnął mnie do okaleczania się za przeszłość. Wręcz się tego domagał. Kiedy matka tamtego dnia zobaczyła mnie z żyletką w ręce, zadzwoniła po specjalistę, jednak ten ani trochę nie pomógł. Nic mu nie chciałam mówić, psychiatrzy sami są chorzy. Nie potrafię zwierzyć się takiej osobie. Koszmar ustał wraz ze spotkaniami u specjalisty. Matka kontrolowała mnie i moje wszystkie rzeczy. Nie jedynie blizny na rękach i nogach przypominały mi o moim uzależnieniu, ale też umysł w dalszym ciągu domagał się ponownego, tak znanego mi już, bólu. Próbowałam się ciąć szkłem, ale matka wszystko to zauważała. Po parunastu tygodniach przestałam próbować, jednak zaczynałam wariować. Opuściłam się w nauce, ale jakoś skończyłam szkołę i wtedy, w dniu zakończenia, stało się coś okropnego.
Poprosiłam rodziców, czy mogę tego dnia wyjść na shake'a z moimi przyjaciółmi, ponieważ od roku nie ruszałam się z domu - jedynie do szkoły albo kościoła. Zgodzili się, ponieważ moje próby samookaleczenia ustały. Kiedy tak siedziałam w McDonaldzie z moimi znajomymi, zadzwonił telefon, domowy. "Mamo, będę za dziesięć minut, wszystko w porządku", tymi słowami zaczęłam się tłumaczyć, ale po drugiej stronie nie usłyszałam ani taty, ani mamy. To był mój prawdziwy ojciec. Powiedział mi, że czeka na mnie w domu. Przerażona nie miałam pojęcia, co robić, musiałam wrócić, żeby dowiedzieć się, co się stało z moimi zastępczymi rodzicami. Kiedy weszłam do domu ujrzałam mojego biologicznego ojca-potwora nad szklanką whisky, a przed nim leżał nóż. Zakrwawiony. "-Odebrali mi cię, słoneczko. Teraz mają to, na co zasłużyli", ojciec nie patrząc na mnie, wypowiedział te okrutne słowa, a ja krzyknęłam "Nie! To niemożliwe!", bo ujrzałam, co wystaje zza lady. Zakrwawione ciała państwa Hollowayów. Komórkę miałam w plecaku, który rzuciłam w przedpokoju, a telefon domowy leżał koło mojego ojca na stoliku. Nie wiedziałam, co robić, bo gdybym rzuciła się do ucieczki, biorąc po drodze plecak, rzuciłby się w pogoń za mną. Zrobiłam jedyne, co przyszło mi mądre do głowy. Byłam strasznie spanikowana, działo się to zaledwie trzy miesiące temu... - Annabelle przerwała na chwilę swoją opowieść, bo wyraz jej twarzy świadczył o tym, że źle się poczuła. Nikt sięnie odzywał, a kiedy wznowiła historię, głos miała silniejszy, jednak wciąż dało się wyczuć w nim strach i smutek. Pełno smutku.
- Chwyciłam za nóżkę lampki i z całej siły walnęłam mężczyznę w głowę, który upadł na ziemię i stracił przytomność, może nawet nie żył, wtedy tego nie wiedziałam. Uciekłam na górę i wyjęłam wszystkie oszczędności swoje i rodziców. Wiedziałam, gdzie trzymają cały swój dobytek - nie mieli nawet konta w banku, dziwni ludzie... Biorąc po drodze plecak, uciekłam szybko na pierwszy lepszy autobus, który udało mi się złapać, a potem pociągiem przyjechałam do jakiegoś małego miasteczka. Pieniędzy miałam bardzo dużo. Na pewno wystarczająco, żeby się utrzymać. Zmieniłam numer, żeby ojciec nie mógł się ze mną skontaktować. Kiedy jechałam w autobusie zadzwoniłam na policję podając adres i mówiąc "tam leży nieprzytomny bądź nieżywy Theodor McClide, proszę się pospieszyć, bo może się przebudzić, boję się" i rozłączyłam się. Zaraz potem kartę z telefonu wyrzuciłam przez okno. Spałam w motelach, podróżowałam po kraju przez całe wakacje. W końcu wylądowałam tutaj. Nikt się do mnie nie odzywał przez dwa miesiące. Byłam zagubioną nastolatką, ale w tym miejscu znalazłam pokój u starszej pani, która bez szczególnych trudności przyjęła moją wersję zdarzeń. "Czekam na matkę, która dojedzie do mnie, kiedy będzie ją stać na samolot, proszę się nie martwić, nie jestem tutaj na długo". Kobieta jest bardzo miła i akceptuje wszystko. Naprawdę ją uwielbiam. Pomyślałam, że tutaj zacznę nowe życie. Przez te dwa miesiące samookaleczenie się powróciło, nie mogłam bez tego wytrzymać. Miałam spokój przez tak długi czas... Myślałam, że może ojciec nie żyje albo dał sobie spokój z szukaniem mnie. Możliwe było również, że policja go złapała i będę mogła żyć spokojnie do końca swoich dni. Gdy dzisiaj zadzwonił mi telefon, na chyba czwarty nowy numer od mojej ucieczki, usłyszałam "w końcu, Annabell, tęskniłem". Wtedy przerażona uciekłam do toalety i tam mnie znaleźliście. Chciałam ze sobą skończyć, używając do tego żyletek, dobrze wiedziałam, co zrobić, jak ją ułożyć, żeby w moment się wykrwawić. Jednak zaczęłam od zwykłych metod, które pozbawiły mnie wiele krwi i dlatego zemdlałam. Przepraszam za swoje głupie zachowanie. Nie chciałam, żeby mnie znalazł, chciałam, żeby dał mi spokój i żebym mogła wieść normalne życie. A jeżeli nie pozwalał mi na to, jedynym wyjściem było skończyć ze sobą, bo nie potrafię tak dłużej wytrzymać. To jakiś koszmar. Nikomu wcześniej tego nie opowiadałam... - Annabelle ukryła twarz w dłoniach. Kompletnie nie wiedziałam, co powiedzieć. Spojrzałam na Brada. Chłopak miał wypisane na twarzy przerażenie, a nie był osobą, która łatwo tego doznaje.
- Tak mi przykro, Annabelle... - Tylko na tyle było mnie stać na tą chwilę. Widocznie teraz i ja musiałam dojść do siebie po tym, co usłyszałam. To naprawdę potworne. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mógł być tak nienormalny. Annabelle musi się czuć okropnie, nie dziwię się jej zachowaniu. Zbliżyłam się do przyjaciółki i przyjaźnie ją objęłam, szepcząc, że poradzimy sobie z tym problem, ale nie warto popełniać głupot takich jak samobójstwo.
- Wszystkiemu da się zaradzić - pocieszałam ją, aż dziewczyna zasnęła, zmęczona wydarzeniami nocy.
***
- I co o tym wszystkim myślisz? - Brad siedział na kanapie obok mnie, popijając kawę. Była ósma rano, a Annabelle dalej spała. Chłopak zdecydował, że opuści wykłady, a my naturalnie nie udałyśmy się do szkoły. Ciekawe tylko, co tata myślał o tym, że nie ma mnie w domu na noc.
- Nie mam pojęcia. To straszne. Tylko nie rozumiem, dlaczego nie chce tego zgłosić na policję. Jest jeszcze dzieckiem.
- Zaczynam żałować, że wam to opowiedziałam - usłyszałam zaspany głos od progu. Obejrzałam się i ujrzałam rozczochraną dziewczynę z podkrążonymi oczami. W takim stanie wyglądała na jeszcze młodszą.
- Przepraszam. Usiądziesz? - Zaproponowałam natychmiast. - Chcesz się czegoś napić?
- Mogłabym prosić trochę kawy, jeżeli to nie problem - odparła nieśmiało, po czym przysiadła się obok nas. Popatrzyłam się znacząco na Brada, a ten udał się do kuchni, żeby zaparzyć ciepłego napoju. Kąciki ust lekko mi się uniosły, kiedy pomyślałam o tym, że chłopak jest taki dobry.
- Pytaj, o co chcesz.
- No więc dobrze. Annabelle... Dlaczego nie pójdziesz z tym na policje?
- To nie takie proste. Jak sama stwierdziłaś, jestem dzieckiem. W takim znaczeniu, że na pewno nie pozwoliliby szesnastolatce samej mieszkać i się utrzymywać. Nie jestem pełnoletnia.
- Rozumiem, ale przecież trafiłabyś do rodziny zastępczej jakiejś. Mogłabyś chodzić do zwykłej szkoły i mieć normalne życie, a nie tylko ucieczka i chowanie się przez psychopatą.
- Nie chcę rodziny zastępczej. Jestem samowystarczalna, radziłam sobie przez ostatnie tygodnie.
- Ale on wrócił, znalazł cię.
- No i co? Ucieknę znowu.
- Musisz z tym skończyć - mój ton okazał się za bardzo stanowczy.
- Nic nie muszę.
- Nie uciekaj, masz nas. Pomożemy ci.
- Nie oczekuję pomocy, ja jestem...
- Samowystarczalna, tak wiem - przerwałam jej z lekkim uśmiechem, żeby rozluźnić sytuację.
Brad wrócił z kubkiem gorącej kawy i wręczył go Annabelle, a ta uśmiechnęła się delikatnie i dziewczęco w geście podziękowania.
- Wydaje mi się, że musimy to zgłosić na policję. A potem nie wiem... Mój tato cię zaadoptuje albo no... Coś się wymyśli, obiecuję. - Chwyciłam przyjaciółkę za rękę, nie pozbywając się uśmiechu z twarzy.
- Boję się.
- To zrozumiałe. Coś na to wszystko poradzimy - Brad jak zawsze ofiarował wsparcie.
***
- Nie uważam tego za dobry pomysł, naprawdę nie jestem pewna... - Annabelle ciągle mamrotała przeciwwskazania co do tego, co chcę zrobić, ale jakimś cudem razem z Bradem przekonaliśmy ją, że tak będzie najlepiej.
Dziewczyna bała się sama iść z tym na policję, więc postanowiłam, że w takiej sytuacji jesteśmy w stanie posunąć się tylko do tego, żeby poinformować mojego tatę. Dziś kończył pracę w szkole o dziesiątej trzydzieści, więc na naszą korzyść, bo nie musieliśmy długo czekać.
- Daj już spokój, Annabelle, proszę. To najlepsze, co mogło jej przyjść do głowy, uwierz mi. Jej ojciec jest świetny, bardzo go polubisz i on będzie wiedział, co robić. - Brad starał się ciągle udobruchać nastolatkę, kiedy ja prowadziłam auto.
- Wiem, że jest świetny, już go poznałam - wyznała cicho naburmuszona dziewczyna.
- W takim razie wiesz, że to jest dobry pomysł, tylko nie chcesz uwierzyć w to, że w końcu będzie się to dało radę wyjaśnić. Pomożemy ci, Annabelle.
Nikt nie odezwał się już słowem, aż zajechaliśmy pod mój dom.
- Najpierw trzeba cię doprowadzić do porządku.
- Pójdziesz z nią na górę, a ja przywitam się z twoim tatą i - o ile nie masz nic przeciwko - zrobię sobie coś do jedzenia, bo umieram z głodu. - Brad zrobił zbolałą minę, a ja mimowolnie zachichotałam. W lusterku dostrzegłam, że Annabelle też lekko uniosły się kąciki ust.
Weszłyśmy do domu i głośno zawołałam, że to ja, po czym szybko wyszłam po schodach, ciągnąc za sobą przygnębioną przyjaciółkę. Kiedy jeszcze nie przekroczyłyśmy progu pokoju, usłyszałam z dołu wesoły głos Brada, witającego się z moim ojcem. Wszystko w twoich rękach przyjacielu, pomyślałam.
Pożyczyłam Annabelle niebieską koszulkę, szarą bluzę i najmniejsze spodnie, jakie miałam w szafie, a następnie wręczyłam jej moją kosmetyczkę.
- Szczotka leży na półeczce po lewej, zauważysz. Tylko nie rób głupot! Przyjdę, jak wybiorę dla siebie jakieś świeże ciuszki. - Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco, po czym zaczęłam grzebać w szafie za jakimś wygodnym strojem. Zdecydowałam się na szary wełniany sweter i jasne jeansy.
- No no, pięknie wyglądasz - powiedziałam na wstępie, przekraczając próg łazienki. Annabelle spięła kruczoczarne włosy w kitkę, lekko pociągnęła rzęsy tuszem i pokryła skórę pod oczami delikatną warstwą jasnego fluidu, żeby ukryć fioletowe "worki", które pojawiły się w skutek wielu nieprzespanych nocy i hektolitrów łez. Moje ubrania były na nią (naturalnie) za duże, jednak i tak wyglądała jak całkowicie normalna nastolatka, ale dobrze wiedziałam, że jest to dziewczyna, która dźwiga na barkach brzemię przeszłości. Przeczesałam splątane włosy czerwoną szczotką, po czym poinformowałam przyjaciółkę, że trzeba już iść na dół. Annabelle z westchnieniem i wrodzoną nieśmiałością udała się za mną na dół, w stronę salonu. Ojciec siedział na kanapie, wpatrzony w telewizor, a Brad jadł niechlujnie zrobione kanapki z serem i szynką.
- Cześć, tato. Pamiętasz Annabelle?
- Oczywiście, że pamiętam. Co słychać? Brad wytłumaczył mi tylko tyle, że byliście zmęczeni seansami i poszliście do niego. To zrozumiałe, że opuściłyście dzisiaj szkołę. - Pablo odpowiedział luźnym, wesołym tonem, spoglądając na gościa.
Annabelle zdezorientowana pokiwała krótko głową i spuściła wzrok. Pokrzepiająco pogłaskałam ją po ramieniu.
- Brad, zanim zaczął się objadać - ojciec mówiąc to, popatrzył się znacząco na mojego przyjaciela, po czym się zaśmiał - wspomniał mi jeszcze, że musimy porozmawiać o czymś ważnym.
- Tak, to dość poważna sprawa. - Posmutniałam, odpowiadając tacie.
Zajęłam miejsce na skórzanym fotelu naprzeciwko ojca, a Annabelle z niechęcią usiadła na miejscu obok - w drugim fotelu.
- Zamieniam się w słuch. - Pablo wyłączył telewizor i założył nogę za nogę.
Na przemian z Bradem opowiadaliśmy historię Annabelle. Wiedziałam, że pewnie dużo szczegółów pominęliśmy (między innymi wczorajsze okaleczenie się przyjaciółki), ale dość szybko streściliśmy ważniejszą część. Na twarzy taty malowało się przerażenie, zdziwienie i współczucie, przeplatające się z frustracją, gniewem i niedowierzaniem. Wszystko to byłam w stanie zauważyć, bo bardzo dobrze go znałam i mogłam spodziewać się jego reakcji. Po naszych relacjach ojciec przymknął powieki i zaczął sobie masować skronie.
- Annabelle, to bardzo poważna sytuacja, zdajesz sobie z tego sprawę? - Pablo nie mógł przestać kręcić głową z niedowierzania.
- Tak, proszę pana. - Dziewczyna przez większą cześć historii siedziała ze spuszczoną głową wbita w fotel, lecz teraz wyprostowała się i wpatrzyła się w mojego tatę gotowa przyjąć, co ma jej do powiedzenia. Współczułam jej, że jest w takiej trudniej sytuacji.
- Posłuchaj, drogie dziecko. Musimy z tym iść na policję, dobrze? Tego nie można tak dłużej ciągnąć, to głupie i niebezpieczne. Ten człowiek jest niebezpieczny. Zdecydowanie udamy się z tym na komisariat i to jeszcze dzisiaj. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ci pomóc, Annabelle. Nie bój się, nie zostaniesz sama. Przyjmę cię pod swój dach, jeżeli będzie taka potrzeba, z tym nie ma najmniejszego problemu! - Ojciec uśmiechnął się do niej pokrzepiająco i wstał, żeby ją przytulić. Coś ścisnęło mnie w sercu - mój tata był naprawdę najukochańszym człowiekiem na całym świecie. Zdając sobie z tego sprawę, bardziej zrobiło mi się żal Annabelle, bo ona nigdy nie doświadczyła podobnego uczucia. Brad uśmiechał się do mnie delikatnie i z ruchu jego warg wyczytałam słowa "będzie dobrze".
***
Po godzinie siedzieliśmy w poczekalni na komisariacie. Tata rozmawiał z jednym z policjantów, siwym panem Jensonem, który mieszka blisko szkoły i często widuję go, kiedy rano jedzie granatowym radiowozem do pracy. Annabelle była podenerwowana i ściskała mnie za rękę. Brad stwierdził, że nie ma zamiaru wracać do domu i nie chce nas opuszczać, za co byłam mu dozgonnie wdzięczna. Kiedy tak czekaliśmy, zadzwonił mi telefon.
- Przepraszam, pójdę odebrać. Zaraz wrócę - mówiąc to, puściłam rękę przyjaciółki i przeniosłam się w drugi kąt pomieszczenia, by móc spokojnie porozmawiać.
- Cześć, Tessie - odezwał się tak bardzo znajomy głos po drugiej stronie słuchawki.
- Cześć, Michael - przywitałam chłopaka równie serdecznie, co on mnie. - Nie spodziewałam się twojego telefonu.
- Wybacz, akurat mam trochę wolnego i pomyślałem, że już nie śpisz po tej "nocy horrorów". A nawet jeżeli byś spała, to co byś mi mogła zrobić?
- O, nawet nie wiesz, jakbyś żałował tego, że zostałam obudzona. Jestem bardzo nieznośna, kiedy ktoś przerwie mi sen, szczególnie jeżeli jest ładny.
- O mnie?
- Chciałbyś, głupku. Wtedy to byłby koszmar.
- Małpa.
- Kretyn.
Przekomarzalibyśmy się tak jeszcze długo, gdyby nie to, że przypomniałam sobie, w jakim miejscu się znajduję i że pewna osóbka potrzebuje mojego wsparcia non stop.
- Hej, przykro mi, że przerwę to nasze przezabawne dogadywanie sobie nawzajem, ale muszę. Więc masz mi coś konkretnego do powiedzenia, czy mogę zadzwonić później, bo obecnie nie jestem w stanie za bardzo rozmawiać. - Skrzywiłam się, wypowiadając te słowa.
- Oczywiście, nie ma sprawy. Zadzwonię jakoś wieczorem, będziesz wolna?
- Myślę, że już wtedy tak.
- A mogę wiedzieć, czemu nie masz teraz dla mnie nawet minutki?
- Obrazisz się, jeżeli powiem, że wytłumaczę ci potem?
- Pewnie, że nie, ale będzie mnie zżerała ciekawość przez cały dzień.
- Wobec tego będziesz musiał jakoś przetrwać, a wieczorem zadzwonię na skype i wszystko ci opowiem, dobrze?
- Tylko pod warunkiem, że włączysz kamerkę.
- Jeżeli ty włączysz.
- Umowa stoi.
- To do zobaczenia.
- Do zobaczenia. I, aha, Tess?
- Tak?
- Cieszę się, że przyjeżdżasz za dwa tygodnie.
Uśmiech wstąpił mi na twarz i szepnęłam do słuchawki tylko, że ja też, po czym wcisnęłam czerwony przycisk kończący połączenie.
Wróciłam do przyjaciół i zanim zdążyłam usiąść, ojciec szedł w naszą stronę z tym samym policjantem, z którym przed chwilą cały czas zaciekle konwersował.
- Dzień dobry, nazywam się Clark Jenson.
- Miło mi, Tess Rodriguez, a to Annabelle i Brad.
Oboje przywitali się ze starszym panem.
- Annabelle, czy mogę cię prosić na słówko? Chciałbym porozmawiać o sytuacji, w jakiej się znajdujesz.
Dziewczyna niepewnie spojrzała na mnie, a w jej oczach ujrzałam strach i zgubienie, ale lekkim uśmiechem zachęciłam ją, by wstała i poszła za policjantem.
- Dobrze. - Nastolatka zrobiła to, o co ją poproszono.
Czekaliśmy na korytarzu prawie dwadzieścia minut, zanim Annabelle wyszła z tajemniczego pomieszczenia. Opowiedziała wszystko, co wiedziała na temat jej ojca i jeszcze raz przytoczyła swoją historię, żeby stróże prawa mogli sporządzić potrzebne im notatki. Po paru minutach pan Jenson wraz z (młodszym od siebie o wiele) prawdopodobnie początkującym policjantem wyszli z tego samego pokoju, w którym przebywała na przesłuchaniu Annabelle.
- Zawiadomiliśmy wszystkie posterunki policji w obrębie prawie pięćdziesięciu kilometrów. Myślę, że szybko go znajdą. Z tego co wiem, jest poszukiwany już od dłuższego czasu. - Policjant Jenson wyjaśnił nam wszystko, co na razie zrobili w tej sprawie. - Annabelle, jeżeli zadzwoni do ciebie jeszcze raz, odbierz, zachowaj zimną krew. Zapytaj się, czego chce. Zapewne pragnie spotkania z tobą, więc niepewnie umów się z nim w jakimś miejscu, a potem poinformuj nas. Ktoś ciągle musi być przy tobie, żeby mieć na ciebie oko, więc najlepiej by było, gdybyś została przez pewien czas u pana Rodriguez'a. Wszystko będzie dobrze, złapiemy go.
Dziewczyna była spięta, czułam to po jej mocnym uścisku prawej dłoni. Nieśmiało pokiwała głową.
- Dziękuję. Ale jeszcze chciałabym wiedzieć... - zaczęła cicho.
- Tak, dziecko? - Zachęcił ją do dokończenia pytania pan Jenson.
- Co się stanie ze mną teraz?
- Nie do końca rozumiem, o co pytasz. - Mężczyzna zmarszczył brwi, a Annabelle zmieszała się jeszcze bardziej.
- No... Teraz zostanę u pana Rodrigueza. Ale co będzie potem? Gdy już wyjaśni się sprawa z... moim ojcem?
- Nie wiem. Pewnie poślemy cię do domu dziecka...
- Nie, tylko nie to, proszę - wyszeptała cicho, a w jej oczach pojawiły się łzy.
- Może zostać u nas - wypowiedziałam szybko i głośno te słowa, po czym uścisnęłam dłoń przyjaciółki w geście wsparcia.
- Co? Jak to? - Na twarzy policjanta malowało się zdziwienie.
- Mój tata powiedział, że gdy będzie taka potrzeba, zaadoptuje Annabelle. Nie będzie z tym żadnego problemu. Prawda, tato?
- Oczywiście. Annabelle jest przyjaciółką Tess, a także dziewczyną, która potrzebuje wsparcia, miłości i pomocy. Myślę, że jesteśmy w stanie jako rodzina zapewnić jej wszystko to.
- Byłoby cudownie - wtrąciła się równie cicho co przedtem lekko zdezorientowana Annabelle.
- No to wszystko załatwione. Myślę, że pan Rodziguez może już jutro udać się do urzędu wraz ze mną, żeby załatwić wszystkie sprawy. Nie będzie to takie proste, jak wam się zapewne dzieciaczki wydaje, ale powinno wszystko pójść dobrze. Już my o to zadbamy - mówiąc to, obdarzył nas szczerym uśmiechem, po czym skinął głową na pożegnanie i odszedł wraz z milczącym towarzyszem.
- To jedziemy na jakiś lunch, co? - Odezwał się pierwszy raz od dłuższego czasu Brad, klepiąc w kolana i podrygując niespokojnie, jakby już nie mógł się doczekać, żeby coś przekąsić.
Pomyślałam wtedy, wszystko się musi jakoś ułożyć, prawda?
***
Siedziałam u siebie w pokoju na łóżku, a przede mną leżała sterta zadań domowych.
Był poniedziałek, 5 listopada. Na polu delikatnie wiało, a kolorowe liście spadały z drzew. Gdyby nie szkolny obowiązek już dawno byłabym w parku razem z Annabelle.
Kiedy w piątek przyszłam do szkoły, nie odpuszczałam przyjaciółki na krok - jedynie w czasie trwania lekcji. Grace nie zagościła dzisiaj na zajęciach, a kiedy rozmawiałam z Patricią - dziewczyną, z którą chodzi na historię - dowiedziałam się, że mojej drugiej przyjaciółki wczoraj również nie było. Dziwne. A do tego nic się do mnie nie odzywała. Martwiło mnie to.
Michael zareagował podobnie jak mój tato na historię Annabelle, kiedy opowiedziałam mu ją w czwartek wieczorem przez skype. Rozmawialiśmy jeszcze parę razy, a wczoraj nawet dwie godziny. Tęskniłam za nim bardzo. Brakowało mi tego, co było przed wakacjami: ja, Grace, Michael i Dean - nierozłączna czwórka, która robiła wszystko wspólnie.
Kiedy tak o tym rozmyślałam, zadzwonił mi telefon. To Annabelle.
- Dzwonił, Tess. Rozmawiałam z nim.
- Zaraz będę, siedź i się nie ruszaj z domu!
Zbiegłam na dół i krzyknęłam, że wychodzę, gdy mała siostrzyczka przybiegła do mnie.
- Gdzie idziesz?
- Do przyjaciółki, muszę jej w czymś pomóc.
- Zostawisz mnie samą?
- Jak to samą? - Zdziwiłam się.
- Tata ma jakąś radę w pracy, a Megan jest w szpitalu, bo ma zrobić poważny zabieg. - Maddie wytłumaczyła mi wszystko, jak tylko umiała. Westchnęłam.
- To ubieraj się szybciutko, pojedziesz ze mną.
Mała włożyła płaszczyk i czerwone buciki, a ja owinęłam ją szalikiem i nałożyłam wełnianą czapkę. Maddie była chorowitym dzieckiem, dlatego musiała być bardzo dobrze ubrana, inaczej od razu złapałoby ją przeziębienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz