Wyszłyśmy na zimne powietrze, a ja pożałowałam, że sobie również nie sprawiłam tak ciepłych dodatków jak Maddie, poza brązowymi nausznikami i wełnianymi rękawiczkami bez palców. Wzdrygnęłam się, kiedy mocniej zawiało. Jednak gdy spojrzałam na siostrę, była w bardzo dobrym humorze, co oznaczało, że nie odczuwa tak jesieni jak ja dzięki czapce i szalikowi. Wsiadłyśmy do samochodu, który tata kupił mi w ramach gratulacji za zdanie prawa jazdy. Naprawdę nie wiem, skąd wziął na to pieniądze, a gdy pewnego październikowego dnia go o to zapytałam, odparł tylko, że był przygotowany.
Po paru minutach byłyśmy pod domem Annabelle.
- Dzień dobry, dzieci, wchodźcie, Annabelle czeka na was na górze.
- Witam, pani Goffrey. To jest Maddie, moja młodsza siostrzyczka.
Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko i przywitała się ze starszą kobieta, po czym wbiegła do środka. Rozebrałyśmy się i pobiegłyśmy po schodach do pokoju nastolatki.
Annabelle siedziała skulona na łóżku, a gdy na mnie spojrzała, oczy miała zaczerwienione od łez.
- Maddie, może pójdziesz zapytać się pani Goffrey, czy mogłaby przygotować nam coś do przekąszenia i picia?
- Oczywiście - Maddie odpowiedziała wesoło, zanim ujrzała w jakim stanie jest moja przyjaciółka i zeszła z powrotem na dół.
- Więc? Jak przebiegła rozmowa? Zadzwoniłaś już na policję? - Zapytałam od razu, kiedy zajęłam miejsce koło dziewczyny.
- Nie dzwoniłam, czekałam aż przyjedziesz. Możesz ty to zrobić? Ja nie mam odwagi. Od zawsze.
- Pewnie, już dzwonię. A ty idź przemyć twarz, proszę. Nie lubię cię takiej. - Starałam się uspokoić Annabelle, mimo że wiedziałam, iż sytuacja jest bardzo poważna.
Rozmowa z panem Jensonem nie zajęła mi nawet minuty. Wspomniałam tylko, że ojciec Annabelle dzwonił do niej, ale ona nie opowiedziała mi jeszcze, o czym dokładnie gadali. Pan Jenson kazał mi się odezwać, kiedy już się czegoś dowiem, po czym zabrać ją do swojego domu, zanim sprawy przyjmą niebezpieczny obrót.
Kiedy Annabelle wróciła (już w lepszym stanie) zajęła miejsce obok mnie i opowiedziała mi, jak przebiegła rozmowa.
- Wróciłam ze szkoły i zjadłam obiad, a potem poszłam do góry, żeby odrobić pracę zadaną na angielski. Nagle zadzwonił mi telefon. Kompletnie nie spodziewałam się, że to może być on. Myślałam, że to prawdopodobnie ty. Jednak się pomyliłam, a gdy zobaczyłam, że to ten sam nieznany numer wyświetlony na ekranie, który dzwonił do mnie podczas seansu w kinie, przeraziłam się. Po odebraniu usłyszałam ten sam zachrypnięty głos pijaka, który prześladował mnie w koszmarach. Ojciec powiedział, że nareszcie mnie znalazł, a ja już miałam się rozłączyć, kiedy przypomniałam sobie, że muszę być silna. Zapytałam się, czego chce, a ona na to, że pragnie, bym do niego wróciła i żebyśmy byli normalną rodziną. Prychnęłam i już miałam mu nawrzucać wszystko, co uczynił, jednak się powstrzymałam. Zachowałam zimną krew. Powiedział, że chciałby się ze mną spotkać, a ja się zapytałam gdzie. Wtedy on poinformował, że czeka w parku do osiemnastej, później przyjdzie po mnie. A potem się rozłączył. Tess, co ja mam zrobić? Boję się. - Dziewczyna wtuliła się we mnie. Gdy siedziała w takiej pozycji, wydawała się taka krucha i bezbronna, że poczułam w sobie rosnący gniew na tego mężczyznę, który tak bardzo uprzykrza jej życie.
- Po pierwsze, dzwonię na policję, żeby poinformować, jak wyglądają sprawy. Która jest godzina?
- 17:08 - odpowiedziała dziewczyna, spoglądając na budzik leżący na stoliku nocnym.
- Mam jeszcze prawie godzinę, Annabelle. Będzie dobrze.
Wykonałam telefon do pana Jensona, który stwierdził, że moja przyjaciółka ma się wybrać do parku natychmiast, a ja mam jej towarzyszyć. Jej ojciec nic nie wspominał, żeby była sama. Ma zachować spokój i udawać normalną córkę, która chce porozmawiać z tatą. Oni wkroczą, kiedy uznają to za stosowne i go pojmą, my tylko mamy odgrywać normalne nastolatki.
Zeszłyśmy na dół.
- Może pani chwilę popilnować mojej siostry? Musimy wyjść, ale za niedługo wrócimy. To naprawdę ważne, może to pani dla nas zrobić? - Poprosiłam starszą kobietę, ubierając buty i kurtkę.
- Nie ma sprawy, dzieci. Chociaż zrobiłam dla was grzanki, ale zjecie jak wrócicie, tak?
- O tak, oczywiście. Dziękujemy bardzo - pożegnałam się z panią Goffrey, a następnie wyszłyśmy z domu. Stąd do parku było dość daleko na nogach, a musiałyśmy się pospieszyć, więc wsiadłyśmy do mojego Chevroleta.
Po paru minutach byłyśmy na miejscu. Zaparkowałam dwadzieścia metrów od wejścia do "Zielonego zakątku".
- Oddychaj spokojnie, wszystko będzie dobrze, Ann. - Pierwszy raz skróciłam jej imię, a ona uśmiechnęła się do mnie smutno.
- Tak mówiła moja mama, kiedy byłam mała.
- Przepraszam, już nie będę.
- Nie, nie. To całkiem miłe.
Wysiadłyśmy z samochodu i skierowałyśmy się w kierunki bramy od parku.
- Dziękuję, że to wszystko dla mnie robisz. Nie spodziewałam się, że spotkam kogoś takiego kochanego jak ty.
- Nie ma sprawy, od czego ma się przyjaciół?
Szturchnęłam ją delikatnie biodrem, a ta się roześmiała. Bardzo dobrze, że akurat teraz się rozluźniła, bo na ławce niedaleko od nas, siedział mężczyzna w czarnej kurtce z butelką wódki w ręce. Gdybym nie znajdowała się w takiej sytuacji, tylko po prostu byłabym na spacerze, pomyślałabym, że to zwykły bezdomny pijak, bo często tu takich można napotkać. Jednak po wzroku faceta oceniłam, że nie jest to jeden z tych żuli, tylko ojciec Annabelle. Z daleka nie byli do siebie podobni, ale gdy zbliżyłyśmy się do niego, przypadkowo dostrzegłam, że mają taki sam kształt ust, a gdy mężczyzna się uśmiechnął, stwierdziłam, że to również Annabelle odziedziczyła po nim. Jednakże nic więcej. Facet był wysoki - mogłam to dostrzec, mimo iż siedział na ławce. Jego głowę pokrywały siwe włosy, których nie było zbyt wiele. Zdziwiłam się na ten widok, bo ojciec mojej przyjaciółki nie miał więcej niż 45 lat. Ciekawe więc dlaczego zsiwiał?
- Witam, Annabelle! - Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej i klasnął w dłonie. Annabelle szła ze mną pod rękę, więc poczułam, jak sztywnieje. Nic mu nie odpowiedziała, więc musiałam improwizować.
- Dzień dobry, panie McClide. Jestem przyjaciółką Annabelle, miło mi pana poznać.
Z niesmakiem uścisnęłam gorącą dłoń mężczyzny, który pokiwał głową jakby z podziwem.
- No, no. Znam moją córeczkę, nie spodziewałem się, że z kimkolwiek będzie w stanie się zaprzyjaźnić. - Theodor trochę bełkotał, ale chyba jeszcze nie wypił dość dużo, bo oczekiwałam gorszego zachowania.
- Widocznie Ann się zmieniła, ponieważ ma mnie.
- Ann? - Mężczyźnie zszedł uśmiech z twarzy momentalnie, po czym zobaczyłam jak zacisnął zęby.
- Tak. Ann. Ładny skrót jej wymyśliłam, prawda? Pomyślałam, że Annabelle jest dość przydługie.
- Nie podoba mi się.
- Przykro mi z tego powodu - odparłam pewnie. Dość swobodnie mi się z nim rozmawiało, ale delikatnie szturchnęłam Annabelle, bo to ona miała udawać normalną, nie ja. Inaczej jej ojciec może nabrać podejrzeń. Bałam się tylko, że albo będzie zbyt przerażona, żeby zdobyć się na granie małej, ukochanej córeczki, albo wybuchnie gniewem tłumionym przed nim przez kilkanaście lat.
- Mi się jak najbardziej podoba - Annabelle miała pełno swobody w głosie, co mnie ucieszyło. Rozglądnęłam się niezauważalnie dookoła, żeby ocenić, czy pan Jenson z posiłkami zjawili się gdzieś w pobliżu. Jednak niczego ani nikogo znajomego nie dostrzegłam. Miałam tylko nadzieję, że nie zobaczyłam ich, dlatego że tak dobrze się schowali, a nie dlatego że ich jeszcze nie ma.
- Dlaczego zachowywałaś się tak nieposłusznie wobec mnie przez ostatnie parę miesięcy? A jak mnie zraniłaś w tamtym domu w czerwcu... No, nie ukrywam, że głowa dalej niekiedy mnie boli.
Kiedy wstawał, dostrzegłam na jego głowie w resztkach siwych włosów zaczerwienioną bliznę.
- Byłeś z tym w szpitalu? - Zapytała dziewczyna, nie szczycąc się na przeprosiny. Przestraszyłam się, że to może urazić Theodora, jednak ten tylko pokręcił przecząco głową.
- Nie mogłem, ponieważ przez ciebie jestem poszukiwany, złotko.
- Przeze mnie? - Annabelle traciła nad sobą panowanie. W jej głosie dało się usłyszeć podenerwowanie i złość. Nic nie mogłam zrobić, żeby ukryć jej reakcję, inaczej jej ojciec mógłby się zorientować, że coś jest tutaj nie tak. Teraz wszystko zależało od niej.
Pan McClide podszedł do nas chwiejnym krokiem.
- Dokładnie tak. To ty zadzwoniłaś po policję po tamtym incydencie w domu Hallowayów. A oni mi ciebie zabrali, co mogłem innego zrobić, skarbie? Poza tym z tego co słyszałem, pani Halloway trzyma się bardzo dobrze, a myślałem, że się jej pozbyłem.
Dziewczyna zadrżała, tak samo jak ja.
- Tato, czego ode mnie chcesz? - Zdziwiło mnie opanowanie w głosie Ann, które nagle powróciło. I ten ton, jakim zwróciła się do tego potwora "tato"...
- Chcę, żebyśmy byli razem, kochanie. Tato i córka. Chcę, żeby się wszystko ułożyło. Ale ty mi to uniemożliwiałaś przez tak długi czas... Zasłużyłaś na karę, myszko. Przykro mi.
Mężczyzna miał przez chwilę zaszklone oczy i mogłabym przysiądź, iż zaraz się rozpłacze, gdyby nie to, że zauważyłam, co błyszczy w jego lewej ręce za plecami.
Nóż.
- Annabelle, uciekaj. - Szepnęłam przyjaciółce i popchnęłam ją w stronę trawy, a sama rzuciłam się na Theodora. Co mogłam innego zrobić? Policja nie zareagowała, widząc, co szaleniec trzyma w ręce? Przecież musieli dostrzec to o wiele wcześniej niż ja. To oznacza, że jeszcze ich nie było na miejscu. Byłam przerażona i moje spontaniczne działanie zaskoczyło nawet mnie, ale już nic nie dało się cofnąć. Mężczyzna był na początku zdezorientowany takim obrotem spraw - naprawdę uwierzył naszemu zwykłemu zachowaniu. Jednak ten stan nie trwał długo, nie minęło pół minuty, a on już tarzał się ze mną po żwirowym chodniku w parku, a oczy błyszczały mu od ilości alkoholu we krwi i od wściekłości, którą czuł do mnie i do mojej przyjaciółki. Facet zamachnął się na mnie, kiedy ktoś kopnął go w głowę, a on zawył z bólu, ale nie zelżał uścisku w lewej dłoni, żeby móc mu wyrwać niebezpieczny nóż. Annabelle stała nad nami i płakała.
- Kretynko, biegnij! Dzwoń do pana Jen... - ale nie dano mi dokończyć. Oberwałam mocno w prawe ramię czymś ostrym, a rękę przeszył potworny ból. Z gardła wyrwał mi się krzyk. Wtedy uświadomiłam sobie, że przecież ktoś musiał być w parku. Było poniedziałkowe, jesienne popołudnie. Ktokolwiek na pewno był na spacerze. Zaczęłam wołać o pomoc i modlić się, że policja albo jakiś przechodzień będzie w pobliżu. Chociaż właściwie nie chciałabym, żeby ktokolwiek ucierpiał, więc może to i lepiej, że nikogo nie było? Nagle ktoś mnie poderwał do góry, a ja ujrzałam Brada i Deana. Wtuliłam się w mojego przyjaciela, który mnie odciągnął od potwora, ale niestety Theodor jeszcze zdążył poharatać mi nogę ostrzem noża. Łzy skapywały mi po policzkach. Nagle uprzytomniłam sobie, że nie byłam sama. Rozejrzałam się spanikowana i ujrzałam Annabelle leżącą na ziemi i trzymającą się za brzuch.
- Annabelle! - Chciałam krzyknąć, ale z mojego gardła wyrwał się tylko zachrypnięty szept. Brad krzyknął coś do Deana, a ja w oddali zauważyłam biegnące parę osób. Nie byłam w stanie ich zliczyć, bo obraz szybko mi się rozmazywał. Zwróciłam głowę w stronę Brada, który pogłaskał mnie po włosach a następnie wziął na ręce. Wtedy przed oczami pojawiła mi się głęboka ciemność.
***
- Cześć, Tess.
Otworzyłam oczy. Znajdowałam się w przestronnym, białym pomieszczeniu, w którym umieszczone było jedynie wielkie metalowe łóżko, na którym leżałam. Byłam przykryta śnieżnobiałym prześcieradłem. Przed moimi oczami ujrzałam chłopaka, w którym zakochałam się bez pamięci parę pięknych miesięcy temu i mimo że było wiele problemów, a nawet ciężkich kłótni, przetrwaliśmy to i teraz stał przede mną z szerokim uśmiechem na twarzy. Michael trzymał mnie za rękę.
- Hej - odparłam cicho. Mój głos był czysty, bez żadnej chrypki i wyczułam w sobie rozpierającą mnie energię. Najchętniej rzuciłabym się na mojego chłopaka z uściskami - tak długo go już przecież nie widziałam... - Co tu robisz?
- Przyjechałem cię odwiedzić.
- Dlaczego akurat teraz?
- Stało się coś okropnego. Potrzebujesz mnie - chłopak dalej był uśmiechnięty, mimo że według niego "stało się coś okropnego".
- Zawsze cię potrzebuję. Ale co się stało, Michael? - zapytałam zdezorientowana.
- Mam jedną dobrą wieść, drugą złą, a trzecia... sama ocenisz, skarbie, jaka jest według ciebie.
- Zacznij od dobrej. Potem zła. A potem ta nijaka. - Nie byłam pewna, czy chce usłyszeć cokolwiek poza tą pierwszą wiadomością. Odetchnęłam głęboko, żeby się uspokoić i pozbyć się uczucia, że to coś, co chce mi przekazać Michael, porządnie mną wstrząśnie.
- Theodor McClide został złapany i przebywa w areszcie, czekając na wyrok.
Wstrzymałam oddech, bo nagle zaczęło mi świtać i uprzytomniłam sobie, gdzie się prawdopodobnie znajduję. Szpital. Mimo że to miejsce nie przypominało przeciętnej przychodni.
- Okay. - Starałam się zachować spokój. - A zła?
- Tess... - Chłopak przestał się uśmiechać. - Annabelle... ona...
Nie musiał dokańczać. Poczułam, jak w oczach zbierają mi się łzy smutku, gniewu, strachu.
- Przykro mi. Chcesz usłyszeć tą trzecią wiadomość?
Zdziwiło ją to, że Michael nie okazuje współczucia, poza suchymi słowami "przykro mi". Tak jakby musiał je wypowiedzieć. Byłam na niego wściekła. Ale bardziej odczuwałam złość na siebie, że dopuściłam, żeby takie coś spotkało moją przyjaciółką. Biedną, drobną Annabelle. To nie tak miało wyglądać. To nie może być prawda...
Mimowolnie pokiwałam głową, odpowiadając tymże sposobem na pytanie Michaela.
- To wszystko tutaj... Ja... To sen, Tessie. Obudź się.
Obudź się.
Obudź się.
Te słowa brzmiały w mojej głowie, kiedy szybko i z przerażeniem otworzyłam oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz