niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział 21. Nowy Jork wita

- Cześć, Tess. - Zostałam przywitana tymi samymi słowa, co we śnie, jednak nie wypowiedział ich Michael, tylko Brad. Chłopak stał nad moim łóżkiem, wpatrując się we mnie swoimi niebieskimi oczami.
- Cześć - odparłam odrętwiała. - Miałam okropny sen...
  Rozejrzałam się dookoła i przyglądnęłam się wystrojowi pomieszczenia, w którym się znajdowałam. Białe ściany ze starości zrobiły się szarawe, dwa metalowe łóżka wyglądały tak samo jak w wyśnionym szpitalu, naokoło mnie znajdowały się różne półki a do ręki miałam podłączoną kroplówkę.
- Co ci się śniło?
- Michael. I jakiś dziwny szpitalny pokój, nie taki jak ten. Przekazał mi trzy wiadomości... Och. - Gdy przypomniałam sobie, co takiego Michael mi powiedział, łzy na powrót stanęły mi w oczach.
- Brad? Brad, co z Annabelle?
- Przykro mi, Tess. Nie udało im się jej odratować, miała zbyt głębokie cięcie na brzuchu - usłyszałam w odpowiedzi, ale to nie był głos mojego przyjaciela, tylko dawno niewidzianej przyjaciółki. Grace stała w drzwiach z zaczerwienionymi oczami.
- Ale... przecież... jak.. jak to się s-stało? - jąkałam się, bo roztargnienie, smutek i gorycz uniemożliwiały mi normalne funkcjonowanie.
- Kiedy odepchnęłaś ją na bok, a sama rzuciłaś się na jej ojca, ona pobiegła jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, po czym zadzwoniła na policję, która była w drodze. Następnie, zmieszana wróciła do ciebie, bo czuła się winna, że zostawiła cię samą z nim. Kopnęła go w głowę, a on machając jak wariat, ugodził ją potwornie w brzuch, po czym zaatakował ciebie, ale tu wkroczyli chłopcy. Dean był na spacerze z psem, a Brad wracał z uczelni i spotkali się niedaleko parku, gdy usłyszeli przerażające krzyki i szybko pobiegli w stronę, z której dochodziły. Dean pozbawił paroma kopnięciami przytomności pana McClide, a Brad zaopiekował się tobą. Niestety już wtedy Annabelle konała. W karetce odeszła.
  Rzewnie płakałam przez dobre dziesięć minut, zanim wstrzyknęli mi lek uspokajający i zapadłam w nagły sen.

***

Gdy otworzyłam oczy, Grace siedziała przy mnie z głową na łóżku. Od razu wyczuła ruch, bo uniosła ją w górę, a kiedy mnie ujrzała, uśmiechnęła się smutno.
- Hej, jak tam?
- Nie jest dobrze.
- No tak, głupie pytanie. Boli cię coś?
- Nawet nie. Czemu tutaj wylądowałam?
- Na kontrolę. Dzisiaj cię wypisują. - Dziewczyna spuściła wzrok. - Tess, posłuchaj, przepraszam za moje zachowanie w ostatnich tygodniach. Byłam trochę zazdrosna i nie przepadałam za Annabelle. Naprawdę mi przykro, że zginęła. I głupio mi, że tak się zachowywałam.
- Nie ma sprawy. Przyjaciołom się wszystko wybacza.
- Kocham cię, Tessie.
- Ja ciebie też, Gracie.
  Nie zwracałyśmy się do siebie w taki sposób, odkąd byłyśmy małe i bawiłyśmy się razem na placu zabaw. Przyjaciółka uścisnęła mnie lekko, okazując tym, że bardzo za mną tęskniła i że bardzo żałuje.

***



  Nadszedł dwudziesty drugi listopada. Od pogrzebu Annabelle minęło zaledwie czternaście dni. Dzisiaj wieczorem wybierałam się do Nowego Jorku. Do Michaela.
- Tessie! - Zawołał ktoś od progu. Siedziałam na ziemi przed granatową torbą podróżną mojego taty, do której wpychałam potrzebne rzeczy. Maddie przykucnęła obok mnie. Za nią, jak cień, wbiegła do pokoju i usiadła obok nas mała Nuka.
- Tak? - Przerwałam pakowanie na zielonej bluzce wyłożonej gdzieniegdzie cekinami i spojrzałam na moją siostrzyczkę. Z każdym dniem Maddie stawała się coraz większa i dojrzalsza. Miała zaledwie sześć lat, a tak wiele pojmowała.
- Pomóż ci w czymś? - Zaproponowała z uśmiechem.
- Nie trzeba. - Ale kiedy ujrzałam zawiedzioną minę dziewczynki, pośpiesznie dodałam: - Chociaż mogłabyś przynieść mi szklankę soku pomarańczowego? Od tego pakowania zaschło mi w gardle.
- Pewnie! - Odparła rozentuzjazmowana i biegiem opuściła moją sypialnię. Nuka pozostała na swoim dotychczasowym miejscu, merdając krótkim ogonkiem.
- Chcesz się ze mną zabrać, mała? - Zwróciłam się do pupila, chociaż wiedziałam, że nie uzyskam odpowiedzi. Pogłaskałam Nukę po główce, na co ta zaczęła lizać moje palce. - Zaraz przyjdzie Maddie, to się z tobą pobawi.
  Wtem rozległ się dzwonek mojej komórki. Szybko wstałam z ziemi, żeby zdążyć odebrać telefon, który leżał na niedbale pościelonym łóżku. Uśmiechnęłam się na widok numeru, który próbował się do mnie dobić już dwa razy, ale widocznie byłam zbyt pochłonięta pakowaniem i rozmyślaniem, żeby dosłyszeć dzwonek.
- Halo?
Tess, no zwariować idzie z tobą! - Usłyszałam podenerwowany głos przyjaciółki. Grace miała zamiar jechać razem ze mną, zabierając jeszcze Deana. Zachichotałam do słuchawki.
Jesteś już spakowana?
- Prawie. A ty?
- Już od wczoraj.
  Zaśmiałam się ponownie, mimo niezbyt dobrego humoru. Cała Grace.
- No dobra, to o w pół do dziewiątej będę u ciebie. Czeka nas jedenaście godzin jazdy, powiesz mi, jak my to przeżyjemy?
- A ty powiesz mi, dlaczego, do cholery, nie polecimy samolotem albo nie udamy się pociągiem?
 - Bo chcę mieć tam jakiś własny transport, a poza tym ty raczej prowadzić nie będziesz, więc nie wiem, na co narzekasz.
- Dobra, już dobra... Jakoś przetrwam. - Przyjaciółka westchnęła ciężko i po chwili dodała z zaciekawieniem w głosie: - Czemu Brad nie jedzie?
- Nie chce. I wcale mu się nie dziwię, nie musiałam pytać też, dlaczego nie ma ochoty na taki wyjazd.
- No w sumie racja, ale szkoda.
Czy ty właśnie przyznałaś, że jest ci przykro, bo mój przyjaciel nie jedzie?
- Hej, Brad jest też moim kumplem - oburzyła się.
- Przypomnieć ci, jak bardzo za nim nie przepadałaś? Wiesz, podczas wyjazdu nad jezioro...
- Tak, tak. Dobra już. Zmieniłam do niego stosunek, okay?
- Ciekawe czemu...
- Cholera, Tess, możesz dać sobie spokój? Czepiasz się. Tak, zaczęłam go trawić, odkąd wyjaśniła się sprawa pomiędzy wami. To chciałaś usłyszeć?
- Co ty taka podenerwowana? Nie chciałam cię wkurzyć, Grace, po prostu...
- Dobra. Nieważne. Do zobaczenia. - I rozłączyła się, nie czekając na moją odpowiedź.
  Wzruszyłam ramionami i dokończyłam pakowanie.


***


- Witam, Tess. - Mama Grace przywitała mnie bardzo ciepło.
- Dzień dobry, pani Desantis - odpowiedziałam jej grzecznie, ale nie pozwoliła mi przekroczyć progu. Spojrzała za to na mnie karcąco.
- Mam na imię Maggie. Ile razy wałkowałyśmy już ten temat? - Zaczęła tupać nogą i kręcić z politowaniem głową.
- Przepraszam, Maggie. Mogę wejść?
  Pani Desantis gestem zaprosiła mnie do środka. Przyjaźniłam się z Grace już od dawna, dlatego też często u niej bywałam. Już od paru dobrych lat jej mama każe mi się do siebie zwracać po imieniu, po to by "nie postarzać jej słowem pani".
- Chcesz coś do picia?
- Mogłabym prosić szklankę soku...
- Pomarańczowego - dokończyła za mnie Maggie. - Dość dobrze cię znam. A ten napój jest zawsze obecny w naszej lodówce.
- Dziękuję - odparłam przepełniona szczerą radością. Mama Grace była zawsze taka luzacka, nowoczesna, ale i miła, uprzejma i ciepła dla wszystkich. Idealny przykład matki, jednak nie takiej nadopiekuńczej, która nie pozwala dzieciom chodzić po szkole wraz przyjaciółmi na wspólny obiad czy lody. Nie takiej jak zastępcza matka Annabelle. Na myśl o mojej zmarłej przyjaciółce coś zmaterializowało się w moim gardle i za nic w świecie nie mogłam się tego pozbyć, dopóki nie napiłam się chłodnego soku.
- Dziękuję - powiedziałam raz jeszcze, kiedy już opróżniłam prawie połowę szklanki.
- Zawołać Grace? Pewnie się maluje u góry - zaproponowała, a ja pokiwałam głową, tonąc w pysznym posmaku pomarańczy w mojej buzi.
  Kobieta uśmiechnęła się pogodnie, tak bardzo podobnie do mojej mamy i wyszła na korytarz.
  Spytałam się siebie w myślach z przerażeniem, czy gdyby nie pani Desantis, zapomniałabym, jak się uśmiechała moja mama? Czy za parę lat jej obraz w mojej głowie będzie mniej wyraźny? Za wszelką cenę nie mogę do tego dopuścić.
- Cześć.  - Moje rozmyślania przerwał czyjś zachrypnięty głos. Odwróciłam głowę.
- Hej - przywitałam się z moją przyjaciółką. Grace splotła swoje gęste ciemnoblond włosy w krótkiego warkocza, a na twarzy miała delikatny makijaż. Założyła jasny wełniany sweter i czarne jeansy, a na nogach widać było ciepłe skarpetki.
- Dean zaraz powinien być. A dzieciaki jeszcze nie przyleciały do ciebie? - Grace była jakby trochę przygaszona, ale chyba za wszelką cenę nie chciała dać tego po sobie poznać. Jednak ja zbyt dobrze ją znałam.
- Nie, też mnie to zdziwiło. Widocznie mają ciekawsze zajęcia. Grace... - zaczęłam, wstając z kanapy i podeszłam do przyjaciółki - przepraszam za wcześniejszą rozmowę.
- Nie ma sprawy. Ja też zachowałam się dość niemiło. - Uśmiechnęła się słabo. - Tess, ostatnio mamy bardzo słaby kontakt.
- Zauważyłam. Ale to się zmieni, zobaczysz. Teraz wszystko będzie tylko i wyłącznie lepiej - pocieszyłam przyjaciółkę, a żeby rozluźnić atmosferę przytuliłam ją do siebie. Dziewczyna na początku wydała się zmieszana, ale po chwili odwzajemniła uścisk.
- Co to za przytulanie beze mnie, co? - Dean zawołał od progu, udając oburzonego. Ledwo zdążyłyśmy się obrócić, chłopak doskoczył i objął nas bezproblemowo.
- Przestań, co ty robisz?! - Grace zaczęła na niego wrzeszczeć, ale obie nie mogłyśmy się powstrzymać od śmiechu. Jak to możliwe, że Dean był zawsze taki rozluźniony i szczęśliwy? Chłopak zaczął jęczeć jak Grace, kiedy ujrzy małego bezbronnego kociaka w sklepie zoologicznym. Dziewczyna natychmiast pacnęła go łokciem w brzuch (bo tylko taki manewr mogła wykonać), kiedy zdała sobie sprawę, że chłopak się z niej nabija. Dean jęknął tym razem z bólu, ale nie rozluźnił uścisku. Zrobił to dopiero wtedy, kiedy do pokoju wkroczyła pani Desantis. Ptfu, Maggie.
- Dzieciaki - palnęła i cicho się zaśmiała, na co Grace się zarumieniła.
- To wszystko jego wina. Zachowuje się gorzej niż Carlos!
- Nie krzycz tak, bo obudzisz Kennetha - skarciła ją matka, na co ta naburmuszyła się jeszcze bardziej.
- Jak zwykle bierzesz jego stronę.
- Oj Grace, przecież wiesz, że zawsze jestem z tobą. - Maggie podeszła do córki i pocałowała ją w czoło.
- Mamo! - Moja przyjaciółka obruszyła się jeszcze bardziej, ale jej matki ani trochę się tym nie przejęła. Zaśmiała się cicho i mówiąc coś pod nosem na temat zachowania córki, wyszła w stronę kuchni lekkim, powabnym krokiem.
- Uroczo. - Dean skwitował ich wymianę zdań z wielkim zadziornym uśmiechem na twarzy.
- Czasami mam ochotę... - Grace nie dała rady dokończyć, bo chłopak zbliżył się do niej i pogłaskał ją czule po policzku.
- No? Na co masz ochotę? - Zachęcił ją do dalszego mówienia, ale ta tylko pokręciła głową z dezaprobatą.
- Jesteś głupkiem.
- Głupkiem? Skoczyłem level wyżej?
  Spojrzałam na nich z niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
- Wcześniej zwykła mnie nazywać matołem - chłopak odpowiedział mi na niezadane pytanie, które formowało się w mojej głowie. Uśmiechnęłam się z niedowierzania.
- Oboje jesteście siebie warci.
- Dlatego tak baaaardzo się kochamy, prawda, aniołeczku? - Dean przytulił Grace do siebie, a ta wywróciła oczami. - No co? Wolisz żabko? Księżniczko? Madame?
  Chłopakowi wyraźnie doskwierał dziś humor i nabijał się ze swojej dziewczyny, gdy tylko miał ku temu okazję.
- Wolę Grace. Bo wiesz, tak właściwie mam na imię. Żadne inne określenia nie wchodzą w grę. - Dziewczyna spojrzała mu prosto w oczy.  I wtedy zauważyłam na twarzy Deana pewne zmiany.
  Rozbawienie ustąpiło radości, a następnie przeistoczyło się w troskę i miłość. Chłopak ponownie pogłaskał Grace po policzku, jednak nie w geście rozdrażnienia lub zdezorientowania - jak poprzednio. Tym razem był to akt pełen uczucia. Nie mogłam ukryć podziwu, Dean był wspaniałym chłopakiem. Moja przyjaciółka naprawdę miała szczęście, że trafił się jej ktoś taki.
- Dobrze, w takim razie tylko Grace. - Chłopak nachylił się i czule musnął jej usta swoimi.
- To mi pasuje - skwitowała, po czym lekko odsunęła Deana od siebie, spoglądając w moją stronę. - Trzeba się zbierać.
  Kiwnęłam głową ze zrozumieniem.
- Mam iść po twą walizkę, madame? - Grace lekko poczerwieniała na twarzy.
- Dean, była umowa - warknęła, a chłopak podniósł ręce w obronnym geście, przybierając minę pokrzywdzonego szczeniaka.
- Spokojnie, Grace, żartowałem - odpowiedział jej grzecznie, dając nacisk na jej imię, po czym czmychnął na korytarz i parę sekund później było już tylko słychać kroki na schodach, krzątaninę w kuchni i nasze oddechy.
- Jesteście uroczy - zwróciłam się do przyjaciółki przymilnym tonem, szczerząc się jak dziecko. Nie chciałam jej już denerwować, ale ta cała sytuacja, która zaszła pomiędzy nimi, bardzo mnie bawiła.
- Może. Czasami. Właściwie... bardzo rzadko. - Grace odezwała się już opanowanym głosem, po czym parsknęła melodyjnym śmiechem. Jaka ta dziewczyna jest zmienna, pomyślałam. 
  Uśmiechnęłam się do niej i ruszyłam w stronę drzwi frontowych. Słyszałam, jak blondynka podąża za mną. Już naciskałam na klamkę, gdy usłyszałam pisk przyjaciółki. Natychmiast się odwróciłam, a to co zastałam, wzbudziło we mnie tak wielkie rozbawienie, że nie mogłam się powstrzymać przed wybuchnięciem głośnym śmiechem.
  Dean stał na półpiętrze z miną przerażenia i zdziwienia, a jego usta były otwarte niewiarygodnie szeroko. W jednej ręce trzymał uchwyt walizki Grace, która, ku zdziwieniu wszystkich obecnych, była otwarta i właśnie wysypywały się z niej różne ubrania dziewczyny. Kiedy prostownica przyjaciółki (jej nieodłączny przedmiot) staczała się ze stukotem po drewnianych schodach w domu państwa Desantis, Grace w końcu otrząsnęła się z szoku i ruszyła ku spadającej ulubienicy. Zanim urządzenie wylądowało na panelach, dziewczyna zdążyła je pochwycić w ręce, po czym spojrzała na Deana z wrogością w oczach.
- Coś ty narobił?! - Krzyknęła, na co do przedsionka wbiegła przestraszona mama dziewczyny.
- Co się stało? - Zapytała ze spokojem w głosie, kiedy już zdała sobie sprawę, że jej córce ani żadnej z zebranych osób nie stała się krzywda.
- Grace widocznie nie domknęła walizeczki - odpowiedziałam, ledwo powstrzymując się od śmiechu, bo Dean najwidoczniej nie był w stanie nic powiedzieć. Stał jak zahipnotyzowany, wpatrując się w swoją dziewczynę z przerażeniem. Za to Grace mierzyła go morderczym spojrzeniem. Nie pasowało to do mojej drobnej, małej, bezbronnej przyjaciółki, dlatego sytuacja wydawała mi się jeszcze bardziej komiczna.
- Przecież domknęłam! Na pewno! - Dziewczyna obruszyła się, ale nie przestała patrzeć na Deana. Chłopak za to wzruszył ramionami, po czym zaczął pakować wszystkie rzeczy, które zdążyły już wypaść, z powrotem do małej granatowej walizeczki.
- Grace, uspokój się, przecież nic się nie stało. - Maggie starała się uspokoić swoją córkę, ale ta patrzyła ze smutkiem w oczach na prostownicę.
- Nic się nie stało? Nic? A jak zepsuł mi prostownice? Poza tym wszystkie moje ciuchy... one były poskładane, idealnie ułożone, kosmetyczka... - zaczęła wyliczać szkody, na co jej matka tylko pokręciła głową z politowaniem. Ja za to podeszłam do Deana, żeby pomóc mu sprzątnąć.
- Przecież to ty nie zapięłaś walizki, złotko. Pozbierajcie to szybko i jedźcie, bo już późno! - oznajmiła, a następnie patrząc wymownie w stronę moją i Deana, wróciła do kuchni.
- Mogłem sprawdzić, przepraszam... - Chłopak zaczął się tłumaczyć, z pewnością dlatego że nie chciał, by wybuchła jakaś głupia kłótnia o taką błahostkę.
- Nie, to moja wina - odpowiedziała ze skruchą w głosie. - Ale martwię się o Fluently...
- Flu.. co? - zapytaliśmy jednocześnie.
- Fluently. Prostownicę.
- Czy ty ochrzciłaś swoją prostownicę? - Dean był wyraźnie rozbawiony. Chyba znalazł kolejny powód do nabijania się z Grace, pomyślałam i uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Nie, głupku. Znaczy się... w pewnym sensie. Ale... och, kurczę. Wam jest ciężko cokolwiek wytłumaczyć! - odparła wkurzona i opadła na pierwszy stopień schodów z rezygnacją. Zaczęła pomagać nam w pakowaniu ubrań do walizeczki i bez słowa układała wszystko po swojej myśli. Siedzieliśmy tak w milczeniu, dopóki Grace nie zasunęła zamka do samego końca.
- Tak na niej pisze - wyjąkała cicho.
- Co? - zapytałam, lekko rozdrażniona tą całą sytuacją.
- Fluently. Taki napis znajduje się na mojej prostownicy. Zaczęłam tak na nią mówić, bo samo słowo "prostownica" jest strasznie dziwne, nudne i zwyczajne - wytłumaczyła nieśmiało, po czym się zarumieniła. Widać było, że jest jej wstyd. Ale czy z powodu jej zachowania, czy dlatego że poniekąd nadała imię urządzeniu?
- Grace, jesteś niemożliwa - mówiąc to, złapałam przyjaciółkę w ramiona. Obie zachichotałyśmy, a Dean przeczesał ręką swoje gęste, blond włosy.
- Co za dziwny wieczór. Ruszymy się stąd w końcu? Pewnie jest już po dziewiątej.
  Faktycznie, była dwudziesta pierwsza osiemnaście. Powinniśmy byli wyjechać prawie dwadzieścia minut temu. Chłopak w pośpiechu zabrał granatową walizeczkę Grace, a swoją zgarnął z przed domu swojej dziewczyny. Następnie wpakował je obie do bagażnika mojego samochodu.
- Mam prowadzić?
- Jeżeli chcesz. - Rzuciłam mu kluczyki, a on odruchowo wyciągnął ręce, by je złapać. Pożegnaliśmy się jeszcze z Maggie i odjechaliśmy, zostawiając miasteczko za plecami na cały weekend.


***


  Droga minęła szybko i bez żadnych przeszkód, dlatego też przed dziewiątą zajechaliśmy na umówione miejsce. Mimo braku korków, mieliśmy lekkie opóźnienie, a to z powodu niedomkniętej walizki Grace i żartobliwych sprzeczek pary w domu państwa Desantis.
  Nowy Jork był ogromny, a tłumy ludzi na ulicach o tak wczesnej godzinie bardzo mnie zaskoczyły. Nigdy w życiu nie byłam w tym wielkim mieście, ale powoli przekonywałam się co do pogłosek na jego temat. Nie mogłabym tu mieszkać - zbyt tłoczno i za duży ruch. Zdecydowanie wolę spokój i ciszę. Tak jak w moim rodzinnym miasteczku.
  Dean dostrzegł parking dwadzieścia metrów od mieszkania Vivienne. Z daleka było widać, że jest on nieduży, ale na szczęście powitało nas wiele wolnych miejsc.
- Jak dobrze rozprostować nogi! - zawołała zrelaksowana Grace, kiedy przeciągnęła się leniwie, jakby dopiero co obudziła się z długiej drzemki.
  Po wyjęciu swoich bagaży, ruszyliśmy do naszego celu.
- Cześć, Tess! - powitał mnie melodyjny głos z wyraźnym brytyjskim akcentem. Evie otworzyła nam drzwi, po czym gestem zaprosiła do środka. Uśmiech nie schodził jej z twarzy.
- Hej, ty jesteś Evie, tak? - zagadnęłam, kiedy ściągnęłam kurtkę i buty, a walizkę odłożyłam na bok, żeby nie przeszkadzała w przejściu. Dziewczyna skinęła głową w geście potwierdzenia moich słów. Dopiero teraz, w świetle mieszkania i w otaczającej nas ciszy, mogłam dokładniej przyjrzeć się siostrze mojego chłopaka.
  Evie była dość wysoka, na pewno przerosła już swoją matkę, ale do Michaela jej jeszcze trochę brakowało. Na oko miała z metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Była bardzo podobna do swojego brata. Mieli takie same ciemne włosy, różniły się jedynie długością. Evie spięła je w elegancki kok na środku głowy i dzięki temu wyglądała bardzo dojrzale. Usta tego samego kształtu, co Michaela... Te same delikatne rysy twarzy... Jedno znacznie ich poróżniało - Evie miała orzechowe oczy, takie same jak jej mama. Ciekawiło mnie, czy ojciec tej dwójki ma tak samo intensywny kolor tęczówek, co jego syn? Wątpię. Barwa oczu Michaela była wyjątkowa, jedyna. Przywdziała się w długi, szary golf a na nogach miała ciemne legginsy. Stopy ukryła w wysokich po kostki, puchowych kapciach.
- Zapraszam, macie ochotę się czegoś napić? - zapytała, kiedy już wszyscy rozebraliśmy się z ciepłych ubrań i została na nas tylko jedna warstwa. W jej mieszkaniu było bardzo ciepło, dlatego cieszyłam się, że ubrałam bluzę, a pod spód zwykły czarny T-shirt - w razie czego mogę się bez problemu rozebrać. Nie to co Grace, która postawiła na wełniany, gruby sweterek.
- Masz może sok pomarańczowy?
- Tak, Michael uprzedzał, że za nim przepadasz - odpowiedziała, po czym weszła do zakątka przeznaczonego na kuchnię.
  Rozglądnęłam się teraz po mieszkaniu. Otwarty plan i duże okna doskonale doświetlające wnętrze sprawiały, że mieszkanie wydawało się większe niż w rzeczywistości. Ściany były jasne, a mocne akcenty kolorystyczne urozmaicały i dynamizowały przestrzeń. Charakteru dodawały też obrazki w stylu pop art. Cóż, musiałam to przyznać, Evie ma bardzo dobry gust.
- Proszę. - Wręczyła mi szklankę z moim ulubionym napojem. Deana uraczyła puszką pepsi, a Grace kubkiem ciepłej herbaty. Czyżby mojej przyjaciółce było zimno? To bardzo dziwne, zważając na temperaturę wewnątrz i jej ubiór. Podążyliśmy za siostrą Michaela w głąb mieszkania.
- Posłuchajcie - zaczęła, kiedy zajęliśmy sobie jakieś miejsce siedzące - mam nadzieję, że mój brat poinformował was, iż niestety nie jestem w stanie przenocować tutaj waszej trójki... Mam tylko jedną sypialnię, Michael zajął tę kanapę. Naprawdę mi przykro...
- Evie, nie ma problemu. Mamy już na oku pewien mały hotelik. Niczym się nie przejmuj - odpowiedział jej wesoły jak zawsze Dean. Szybko złapał dobry kontakt z siostrą jego przyjaciela, dlatego też rozmawiali bardzo swobodnie. Grace za to rzadko co włączała się do konwersacji. Gawędziliśmy chwilę o życiu w Nowym Jorku, kiedy zadałam pytanie, które miałam na końcu języka już od dobrych dziesięciu minut, ale ciągle nie było okazji, żeby się z nim wtrącić, nie urywając poruszanego właśnie w rozmowie wątku.
- A więc o której ma być Michael?
- Koło południa. Powiedział, że odwołali mu późniejsze zajęcia, ale jakoś mu nie uwierzyłam - mówiąc to, Evie spojrzała na mnie wymownie, a ja oblałam się rumieńcem.
- Dostanie opieprz, jak tylko pojawi się na mojej drodze - zapewniłam ją, na co ta parsknęła śmiechem.
- Na pewno tak będzie.
  Evie była bardzo przyjazna. Podobieństwo między nią a Michaelem było ogromne, jednak jej ruchy były bardziej opanowane, jakby każdy gest przepełniony był gracją. Mojemu chłopakowi niekiedy całkowicie brakowało właśnie gracji, dlatego też szybko przestałam ją tak bardzo porównywać do niego i zwracałam większą uwagę na rzeczy, które ich dzielą. Evie miała zdecydowanie bardziej wyrazisty brytyjski akcent niż Michael. Poniekąd jej tego zazdrościłam. Moja mowa była tak typowo amerykańska, że odechciało mi się odzywać.
  Dochodziła dwunasta, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Serce zabiło mi mocniej, bo uświadomiłam sobie, że w końcu, po trzech długich, ciężkich miesiącach, zobaczę Michaela. Podążyłam za Evie, nie zważając na zdziwione spojrzenia przyjaciół. Gdy siostra mojego chłopaka otworzyła szeroko drzwi, stałam obok zakątku z kuchnią. Na moją twarz wsunął się niepostrzeżenie najszerszy uśmiech, na jaki mogłam sobie pozwolić i momentalnie zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco. Czy aby Evie jakimś cudem podkręciła temperaturę? Odnosiłam wrażenie, że zaraz się roztopię, poczułam też, jak po plecach spływa mi pot. A może to tylko moje wyobrażenia? Moje serce waliło tak, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej i pognać w stronę swojej drugiej połówki. W stronę Michaela.
  Czarnowłosy miał na sobie uwielbianą przeze mnie skórzaną kurtkę, ciemny T-shirt i równie czarne jeansy. Jego włosy były zmierzwione przez Nowojorski wiatr i zgiełk panujący na ulicach miasta, a uśmiech, który zawsze działał na mnie jak magnes, zmusił moje nogi, by ruszyły się z miejsca. Gdy zrobiłam pierwszy krok, już nad nimi nie panowałam. Korytarz był krótki, dlatego też mój bieg nie trwał nawet pięciu sekund. Nim Grace z Deanem zdążyli wstać z kanapy, już byłam przyklejona do swojego chłopaka. Skoczyłam na niego, nie myśląc nad tym, co robię i oplotłam go nogami w pasie. Michael przyciągnął mnie do siebie w pocałunku, na szczęście nie tracąc równowagi przez mój nagły przypływ radości i spontaniczny gest.
  Po trzech miesiącach poczułam w końcu jego miękkie, cudowne usta, ciepło bijące od jego rozpalonego ciała, oddech, który był tak czysty i słodki, że myślałam, iż zaraz zemdleję. Ale wiedziałam, że nie mogę na to pozwolić. Muszę chłonąć każdą chwilę z nim, niczego nie mogę przegapić, stracić. Chłopak oderwał się ode mnie delikatnie dopiero po paru minutach. Moje stopy ponownie złączyły się z podłożem, ale nie przestałam go obejmować. Pogłaskał mnie zimną dłonią po moim gorącym policzku. Przez temperaturę mojego ciała odczułam chłód jego palców ze znacznie zwiększonym efektem, niż bym mogła przypuszczać - przeszedł mnie chwilowy dreszcz i poczułam, jak na ręce i nogi wskakuje gęsia skórka. Ale byłam blisko Michaela. Znowu. To było najważniejsze.
- Tess. Nawet nie wiesz, jak bardzo tęskniłem. - Gdy usłyszałam jego piękny, niski głos nie mogłam się powstrzymać przed westchnieniem. Nie uszło to jego uwadze, bo uniósł pytająco brwi. Potrząsnęłam głową, żeby zbyć jego zainteresowanie. Miałam wrażenie, że poza nami dwojgiem nie ma nikogo. Przez te parę chwil, kiedy byliśmy w swoich ramionach, nic innego nie istniało. W końcu uświadomiłam sobie, że za mną stoją jeszcze dwie osoby, które również stęskniły się za Michaelem. Jednak nie potrafiłam się od niego oderwać, to było silniejsze ode mnie. Musiałam być przy nim.
  Odwróciłam się delikatnie, żałując, że jego zielone oczy już nie wpatrują się w moje kocie z tym wyrazem tęsknoty, ale i radości, miłości. Spojrzałam na swoją przyjaciółkę i Deana, całkowicie ignorując obecność Evie - ona go miała na co dzień od trzech miesięcy, nie było potrzeby, żeby się z nim witała. Pierwsza podeszła Grace. Przytuliła Michaela jak starego znajomego, po czym uśmiechnęła się zawadiacko.
- Michael, nic się nie zmieniłeś. Chociaż nie, włosy troszkę ci urosły. - Dziewczyna złapała za jeden kosmyk i pociągnęła go filuternie. Chłopak syknął automatycznie, jednak nie minęło pół sekundy już się śmiał, a ja musiałam dyskretnie przytrzymać się ściany, żeby móc jeszcze ustać na nogach. Nie mogłam się doczekać, kiedy w końcu powrócimy do salonu (ja w ramionach Michaela), żebyśmy mogli sobie spokojnie usiąść, a moje nogi przypomniały sobie, z czego są zbudowane - nie z waty lecz z kości, do cholery jasnej. Skarciłam się w myślach, że tak reaguję na jego osobę. Jednak co ja mogłam poradzić? Od zawsze tak na mnie działał. Ale byliśmy przeważnie blisko siebie, dlatego zapewne potrafiłam utrzymać się na nogach w jego towarzystwie. Teraz było zupełnie inaczej.
  Trzy miesiące.
  Tak, po takiej ilości czasu przebywania z dala od Michaela moje kończyny dolne miały prawo trochę oszaleć.
- Grace ma rację. Nic a nic się nie zmieniłeś. Ten sam ryj, w tym samym byczym ciele. - Dean zaśmiał się donośnie. Jak dobrze, że Evie zdążyła zamknąć drzwi.
- Tak, stary, ciebie też dobrze widzieć. - Michael zawtórował przyjacielowi, po czym klepnęli się w plecy jak kumpel z kumplem.
- No dobra, skoro już się przywitaliście w dość ciekawe sposoby - zaczęła Evie, spoglądając na mnie wymownie - przenieśmy się do salonu, bo dostrzegam, że ktoś tutaj zaraz straci przytomność. - Nie spuszczała ze mnie wzroku, a ja czułam, że się rumienię. Cholera.
- Webs, ale ty na nią działasz, człowieku - zażartował Dean, a Michael skarcił go spojrzeniem, ale nie przestał się uśmiechać. Wziął mnie za rękę i pociągnął w stronę obszernego salonu. Grace zajęła miejsce w fotelu, a Dean przysiadł się do mnie i Michaela. W takiej sytuacji cała kanapa była zajęta, więc Evie musiała przynieść sobie bujane krzesło z tarasu. Rozsiadła się wygodnie i włączyła telewizor.
- To co mamy w planach, przewodniku? – Grace przypatrywała się mojemu chłopakowi z zaciekawieniem.
- Ale… jak to? – Zmarszczył brwi ze zdziwienia.
- No co będziemy robić w tym pięknym mieście, głąbie! Na pewno zdążyłeś już przez trzy miesiące rozglądnąć się po nim i zobaczyć coś ciekawego. Dużo czytałam o Nowym Jorku, dlatego też wiem, gdzie można dobrze zjeść albo…
- Właściwie to nie miałem za dużo czasu, żeby zwiedzić Nowy Jork – przerwał mojej przyjaciółce Michael. – Nawał pracy.
- A właśnie - przypomniałam sobie w mgnieniu oka, co obiecałam Evie - panie Michaelu Webs, czy pan teraz aby nie powinien mieć zajęć?
  Chłopak z jeszcze bardziej zmieszaną miną przejechał palcami już i tak dostatecznie zmierzwione kruczoczarne włosy.
- No wiesz, bo oni... odwołali.
- Odwołali mówisz?
- No tak jakby.
- Tak jakby?
- Dobra, Tess, zerwałem się, okay? - Michael nie mógł ukryć wkurzenia. Natychmiast jednak jego twarz się złagodziła i wstąpił na nią nikły uśmieszek. - Czego się nie robi, dla mojej dziewczyny.
  Chyba pierwszy raz powiedział tak na głos, a ja uzmysłowiłam sobie, jak to pięknie brzmi w jego ustach.
- Nie podlizuj się i tak przyrzekłam Evie, że cię za to ochrzanię.
- Tak, miałaś to zrobić tylko jak go zobaczysz...
- Plany się zmieniły - mówiąc to, czułam jak na twarzy pojawiają mi się czerwone wypieki.
- Skąd ja to wiedziałam... - powiedziała, bardziej do siebie.
- Mówiłaś coś?
- Skądże. Cieszę się, że dotrzymałaś obietnicy. - Kiedy Evie się uśmiechała, była bardzo podobna do brata. To przez ten kształt ust, pomyślałam.
- A więc obiad, tak? - Michael błyskawicznie zmienił temat, na co wyłączony do tej pory z rozmowy Dean ożywił się natychmiastowo.
- Zdecydowanie. Umieram z głodu.
- Dean, zjadłeś wszystkie kanapki, które mieliśmy przygotowane na podróż. Dosłownie. - Moja przyjaciółka miała bardzo poważny ton głosu jak i wyraz twarzy, chociaż na niej gościło jeszcze niedowierzanie.
- Ale ostatnią jakieś trzy, cztery godziny temu! - zaskomlał jak mały szczeniak, a Grace natychmiast się uśmiechnęła.
- Dobra, obiad. Naprawdę nie miałeś okazji jeść w żadnej z tutejszych restauracji?
- Naprawdę. Wiesz, Evie bardzo dobrze gotuje.
- Nie podlizuj się, Michael. I nie kłam. - Dziewczyna spojrzała na niego przenikliwie, po czym zwróciła wzrok z powrotem na ogromną, płaską plazmę.
- Jak to...? - Chłopak nie ukrywał zdziwienia i zażenowania słowami siostry. Wtem jakby go olśniło, uniósł głowę wraz z brwiami wysoko do góry i wydał z siebie przydługawe "aaaaa".
- O co chodzi? - zapytałam.
- Miałem zaszczyt jeść w jednej z restauracji, bardzo wykwintnej, raczyłbym dodać.
- Pewnie z jakąś laską - palnął Dean, po czym spojrzał na mnie z głupawym uśmiechem, ale ja utkwiłam wzrok w moim chłopaku. Czuł zapewne, że jest uważnie przeze mnie obserwowany.
- Tak - potwierdził słowa swojego przyjaciela bardzo beztroskim tonem, a ja wciągnęłam ze świstem powietrze. Zanim ułożyłam sobie w głowie, jak mam zbluzgać mojego chłopaka, ten szybko dodał: - Przyjechała do mnie... laska. - Przed ostatnim słowem jakby zawahał się, czy aby na pewno go użyć. – Jeżeli tylko uważasz, Clark, że moja matka jest bardzo atrakcyjna.
  Zapadła całkowita cisza, a nawet Evie zwróciła wzrok w stronę brata z rozbawioną miną. Po chwili wszyscy zanieśliśmy się śmiechem, a tylko ja dodatkowo w duchu odetchnęłam z ulgą.
- Tak, odwiedziła mnie matka. I wybraliśmy się do pewnej restauracji. Zabiorę was tam. Evie, idziesz z nami? - spytał ze wzrokiem wbitym w siostrę.
- Nie, mam biznesowy lunch z takim jednym... - Wzdrygnęła się, co mnie bardzo rozbawiło, ale postarałam się stłumić wybuch śmiechu.
- W takim razie, dobrej zabawy. - Michael wyszczerzył się jak dziecko. Nigdy właściwie nie opowiadał mi o jego kontaktach z Evie, więc w tym momencie zaczęło mnie ciekawić, czy aby się ze sobą kłócili, a może jednak żyli w zgodzie? Postanowiłam, że kiedyś go o to zapytam. Może nadarzy się okazja akurat w ten weekend, a jeżeli nie spytam go na skype lub przez telefon.
  Na myśl o tym, że w niedzielę będę się musiała z nim rozstać, ukłuło mnie w sercu. Stłumiłam tą myśl i odruch płaczu, żeby nie wzbudzić w nikim z obecnych żadnych podejrzeń, co do mojego stanu emocjonalnego. Byłam bardzo rozchwiana.
- Pójdę jeszcze do toalety - oznajmił Dean, po czym Grace wyjąkała, że też musi, więc chłopak jej ustąpił.
  Akurat kiedy moja przyjaciółka wyszła z łazienki, zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzeliśmy zaciekawieni na Evie, ale ona wzruszyła tylko ramionami i udała się, żeby otworzyć gościowi. Mężczyzna, a raczej chłopak, w drzwiach był bardzo wysoki i dobrze zbudowany. Ubrany był bardzo podobnie do Michaela, jednak jego włosy były w lepszym stanie niż mojego chłopaka. Różniły się też kolorem - kosmyki nieznajomego miały odcień kasztanowego brązu, a oczy były bardzo ciemne. Pierwszy raz u kogoś takiego widziałam taką barwę. Chociaż... Przez myśl przeszła mi pewna osoba, ale niemożliwe, żeby to była ona. Prawda?
- Zane? - Grace rozpoznała nieznajomego. Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem, po czym uśmiechnął się szelmowsko.
- Witaj. Grace. Dawno cię nie widziałem.
- Ale.. - Dziewczyna nie potrafiła wypowiedzieć składnego zdania. Całkowicie ją zamurowało. Z resztą mnie też. Już przypomniałam sobie, skąd kojarzę tę osobę.
- Grace? Skąd znasz Zane'a? - Michael był równie zdziwiony co Evie, kiedy ujrzeli zachowanie mojej przyjaciółki i ciemnookiego chłopaka.
- My... my byliśmy ze sobą. Rok temu - wyjąkała, nie móc odlepić wzroku od przybysza.

  Tak, stąd znałam tę twarz. Zane Withers. Chłopak, przez którego obie z Grace stoczyłyśmy się na złą ścieżkę. Chłopak, z którym moja przyjaciółka była w zeszłe wakacje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk