sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 22. Niesamowity dzień

- Kto to? - Dean wyszedł z toalety i ze zdziwieniem patrzył na nieznajomego.
- Zane Withers. - Brązowowłosy podszedł i przedstawił się, ściskając dłoń blondyna. Chłopak uśmiechnął się promiennie, jak zawsze, gdy na jego drodze staje nowa osoba.
- Dean, chłopak Grace.
- Chłopak? Ooo. - Zane wydał się tym zaciekawiony. Już chciał coś dodać, ale Grace poruszyła się gwałtownie.
- To jest kolega Michaela, tak? - Spojrzała na gościa znacząco, a ten zaśmiał się kpiarsko i ze zrozumieniem pokiwał głową. - Idziemy na ten obiad? - zwróciła się do przyjaciół. Wszyscy byliśmy zaskoczeni zachowaniem przyjaciółki.
- Pewnie. - Skinęłam głową i żeby rozluźnić atmosferę podeszłam do Michaela i pocałowałam go w policzek. - Chodź. - Złapałam go za rękę i pociągnęłam w stronę drzwi.




***


  The Little Owl to mała, skromna restauracja amerykańska, w której ponoć serwują pyszne dania.

  Wszystko jest cudowne: klimat, jedzenie, towarzystwo... no, z jednym wyjątkiem. Naprawdę nie cieszy mnie obecność Zane'a.
  Gdy wsiadaliśmy do mojego samochodu, zapytał się, czy mógłby jechać z nami. Michael, jako że traktuje go jako dobrego kolegę z zespołu, który założyli razem z paroma innymi uzdolnionymi uczniami z ich szkoły, zgodził się bez dłuższego namysłu.
  Grace ciągle trzymała się od niego na dystans - komu jak komu, ale jej na pewno ogromnie przeszkadzało jego towarzystwo. Chłopcy gawędzili cały czas na różne tematy, ale ja z moją przyjaciółką nie wgłębiałyśmy się w rozmowę. Blondynka wgapiała się we mnie błagalnie, jednak co ja mogłam poradzić na to, jak Zane na nią patrzy? Ciągle rzucał jej ukradkowe, zawadiackie spojrzenia, ale chyba tylko my to dostrzegałyśmy.
- Muszę wyjść do toalety - oznajmiła Grace i zerwała się szybko z krzesła, czemu towarzyszyło głośne szurnięcie.
- Pójdę z tobą - palnęłam i wybiegłam za przyjaciółką, rzucając przelotnie nikły uśmiech Michaelowi, a wszystko po to, żeby się nie zamartwiał, że coś jest nie tak.
  Łazienka była mała, skromna i zwyczajna - jak w wielu innych znanych mi restauracjach. Grace opierała się o jedną z umywalek.
- Co się dzieje? I czemu nie powiedziałaś jeszcze Deanowi, że chodziłaś z Zane'em? - zwróciłam się do przyjaciółki zdezorientowana jej dziwnym zachowaniem.
- A po co? Jesteśmy tu tylko na weekend i już nigdy ponownie go nie spotkam, więc niby dlaczego miałabym zamęczać głowę Deanowi bezsensownymi wiadomościami. Pamiętasz, co mówił Michael? Przeszłość nie jest ważna.
- Jak uważasz, ale on i tak prędzej czy później się dowie - stwierdziłam z przekąsem, na co ta się tylko jeszcze bardziej podburzyła.
- Nie dowie się, niby jak? Z resztą to jest mało istotne. Czy ty widzisz, jak Zane się na mnie gapi? Musisz coś z tym zrobić, to okropne.
- Chyba nie jestem w stanie zapanować nad jego oczami, Grace. Z resztą zaraz wychodzimy - pocieszyłam przyjaciółkę. - Chodź, wracajmy już.
  Gdy podeszłyśmy do naszego stolika, chłopcy rozmawiali o zespole.
- Słyszałem, ze twoja kapela jest załamana. Caleb szuka kogoś na twoje zastępstwo, ale jest bardzo ciężko - powiedział Dean.
- Domyślam się. Nie łatwo znaleźć tak dobrego wokalistę jakim jestem, no nie oszukujmy się. - Michael zaśmiał się donośnie, po czym spojrzał w naszą stronę.
- O, nareszcie. To co, idziemy? - Wstał i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Oczywiście.
  Zapłaciliśmy za obiad i opuściliśmy restaurację. Otworzyłam samochód jednym głośnym kliknięciem i już chciałam zajmować swoje miejsce kierowcy, kiedy ktoś pociągnął mnie za rękę.
- Co ty robisz? - spytałam swojego chłopaka lekko oburzona.
- Chodź - powiedział tylko.
- Ale co z…
- Nimi się nie przejmuj - przerwał mi - poradzą sobie, prawda? – zwrócił się do przyjaciół. – Chce coś pokazać Tess, spotkamy się później u Evie albo w hotelu. Zdzwonimy się w razie czego.
- Podobno nie znasz miasta! – fuknęła Grace.
- No bo nie znam - odparł beztrosko.
- To co chcesz jej takiego pokazać?
  Michael wywrócił oczami i pociągnął mnie za sobą w drugą stronę, ignorując dociekliwość Grace. Usłyszałam jeszcze ciche westchnienie mojej przyjaciółki i śmiech. Nie byłam tylko pewna do kogo należał, Deana czy Zane'a. Następnie mój samochód odjechał.
- Jeśli faktycznie nie znasz miasta, to gdzie mnie ciągniesz? – zapytałam, gwałtownie hamując.
Chłopak zrobił zdziwiona minę, a potem na jego twarz wstąpiło rozbawienie. Rozglądnął się dookoła i przysunął swoje usta do mojego ucha. Bawił się kosmykiem moich ciemnych włosów, mówiąc zmysłowym szeptem:
- Sam nie wiem, Tess, po prostu chciałem się wyrwać od nich, pobyć z tobą sam na sam.
- Chyba mnie porwać pod przykrywką romantycznego spaceru, przyznaj się - zażartowałam.
- Jesteś dziecinna - odpowiedział ze śmiechem i ruszyliśmy wolnym krokiem ulicami Manhattanu.


***


  Tabliczka przed bramą do parku głosiła nazwę "James J Walker Park".
- Podobny do tego w Goldhill - skomentowałam, na co chłopak tylko wzruszył ramionami.
  Spacerowaliśmy ścieżkami, a dookoła nas biegały gromadki dzieci. Piękny widok, pomyślałam sobie wtedy. Minęliśmy właśnie wielki plac zabaw dla maluchów, kiedy Michael zatrzymał się i wskazał na jedno z drzew.
- Chodź tam.
- Gdzie? Nie widzę żadnej ławki. - Wytężyłam wzrok, ale poza ogromnym drzewem i gromadką krzaków niczego nie dostrzegłam.
- Niepotrzebna nam ławka - odparł tajemniczo, a ja spojrzałam na niego zdezorientowana.
- Jak to? Nie usiądziemy?
- Skądże.
- W takim razie jak to niepotrzebna nam ławka? - Jego zachowanie coraz bardziej mnie dziwiło. Zamiast odpowiedzieć, pociągnął mnie za rękę w stronę drzewa.
  Gdy tak się zbliżaliśmy, mogłam dostrzec więcej szczegółów. Na krzakach rosły piękne kolorowe kwiaty - niespotykany widok. Drzewo było bardzo duże i posiadało wiele grubych gałęzi, których intensywny brunatny kolor kory, rzucał się w oczy spoza ogromnej ilości kolorowych liści.
- Chyba nie myślisz...
- Wskakuj - przerwał mi, uśmiechając się radośnie.
- Pogięło cię. Jesteśmy w parku. Publicznym.
- Nie ma nikogo, właź. Nie mów, że się boisz. - Michael spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a ja przez chwilę wahałam się, czy nie przyznać mu racji i odejść w poszukiwaniu ławki.
- Okay, ale jak się zabiję...
- Będę cię pilnować, nic ci się nie stanie - ponownie wszedł mi w zdanie, ale tym razem rozbawiony ton zniknął, a zastąpiła go troska i jakby nagła powaga.

- Jesteś stuknięty - wymamrotałam i podeszłam do drzewa. Zanim zdążyłam dokładnie przyjrzeć się miejscom, gdzie mogę zaczepić stopy, żeby się wspiąć, Michael podniósł mnie, a ja pisnęłam z zaskoczenia. Nie myśląc, co robię, złapałam za jedną z gałęzi i przewiesiłam się na niej, z trudem podciągając nogi w górę. Kiedy już zdyszana i zmęczona usadowiłam się na gałęzi, spojrzałam na swojego chłopaka spod byka. Potrząsnął głową z rozbawienia, a jego piękny śmiech rozniósł się po parku. Po kilku manewrach, zasiadł obok mnie. O wiele łatwiej mu to poszło.
- Brawo, udało ci się. Oczywiście gdyby nie moja pomoc, dalej stałabyś na ziemi, przemęczając się myśleniem.

- Nieśmieszne, daruj sobie - odparłam oburzona.
- Oj, Tess - wyjąkał i przysunął się do mnie, ale ja odepchnęłam go z użyciem całej swojej siły. Chłopak nie spodziewał się tego i ze zdziwieniem w oczach, zakołysał się niebezpiecznie, po czym, tracąc równowagę, zleciał z gałęzi.
- Michael! - krzyknęłam przestraszona i obejrzałam się ostrożnie za siebie. Chłopak leżał na ziemi z zamkniętymi powiekami w dziwnej pozycji. Szybko, ale z uwagą odwróciłam się na piętach i skoczyłam w dół, lądując koło mojego chłopaka. Potrząsnęłam nim lekko, ale dalej miał zamknięte oczy. - Przepraszam - wypowiedziałam przejęta. Przymknęłam oczy, żeby opanować niepokój i strach, a gdy je otworzyłam, ukazał mi się widok, którego się nie spodziewałam.
  Michael śmiał się donośnie, trzymając się za brzuch, a w jego zielonych oczach błąkały się łzy rozbawienia.
- Świnia! - fuknęłam i walnęłam go pięścią w ramię. Chłopak skrzywił się, ale nie minęło pięć sekund a ponownie zanosił się głośnym śmiechem.
- A gdzie twój zatroskany ton? Walnęłaś mnie pięścią, może zrobiłaś mi krzywdę? - Widząc moje spojrzenie, domyślił się chyba, że stąpa po cienkim lodzie, bo uśmiechnął się łagodnie, panując nad śmiechem. - Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać - powiedział przez łzy i przyciągnął mnie do siebie. Tym razem nie odsunęłam się gwałtownie, tylko przylgnęłam do niego w pocałunku.
- Nie rób tak nigdy więcej - wyszeptałam, kiedy już skończyliśmy się całować.
- To ty nie zrzucaj mnie z gałęzi - odparł, a z jego twarzy nie schodził uśmiech.
- To nie było specjalnie, Michael! A tak w ogóle to nic ci się nie stało?
- Nie, miękkie podłoże i szczęście. Poza tym nie było to zbyt wysoko, w końcu udało ci się tutaj skoczyć, nic sobie nie robiąc, prawda?
- Czego się nie robi dla swojego chłopaka.
  Michael uśmiechnął się jeszcze szerzej i podniósł się na łokciach. Rozglądnęłam się dookoła. Spodziewałam się ujrzeć zwyczajny parkowy trawnik, a przed sobą żwirowane ścieżki, którymi tutaj dotarliśmy.
- Pięknie tutaj - wyszeptałam, bo (ku mojemu zdziwieniu) ukazał mi się mały, cudowny zakątek. Otaczały nas krzewy z różnokolorowymi kwiatami i jedno wysokie, monumentalne drzewo, na którym niedawno siedzieliśmy. Zdałam sobie sprawy, że nie mogę skojarzyć jego nazwy. Może to jakiś nieznany mi gatunek? Teraz leżeliśmy na zielonej, niewielkiej polance, a mi zaparło dech w piersiach.
- Spodziewałabyś się? - spytał, równie zauroczony co ja.
- Nie. Mieliśmy szczęście, że tutaj przypadkowo wpadliśmy.
- Faktycznie, jest przecudownie.


***


- Nie powinniśmy już wracać? - Leżałam wtulona w Michaela, napawając się spokojem, o który ciężko w bijącym życiem mieście. Byliśmy tutaj już z dobrą godzinę.
- Nie chcę - wyszeptał spod przymkniętych powiek.
- Dobrze - odpowiedziałam mu i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek, na co na jego twarzy pojawił się półuśmieszek zadowolenia.
  Rozmawialiśmy praktycznie cały czas o tym, jak mu się tutaj żyje. Po jego relacjach z ostatnich kilku miesięcy przyznałam mu w duchu rację - faktycznie nie miał za dużo wolnego czasu, a gdy już natrafiła się okazja, wykorzystywał ją na odpoczynek lub naukę, a nie na przyjemności takie jak zwiedzanie miasta, pójście na jakieś widowisko sportowe czy zakupy, chociaż w tym ostatnim lubowała się Grace.
  - Zaraz, zaraz... - Nagle mnie oświeciło. Podniosłam się na łokciach i wlepiłam wzrok w jego rozluźnioną, piękną twarz. - Twoja mama nie przyjeżdżałaby chyba do Nowego Jorku, olewając wszystkie swoje zajęcia, tylko po to, żeby zjeść z tobą lunch. Coś się stało złego?


  Michael zesztywniał na krótką chwilę, po czym na jego twarz wstąpiło lekkie zdezorientowanie.- Nic się nie stało – odparł, a na jego twarzy zamajaczył lekki uśmiech – ale dobrze kombinujesz. Nie zawitała w Nowym Jorku, tylko dlatego że stęskniła się za synem. Po prostu… przyszedł list od taty. A nawet dwa. Nie chciała mi o nich mówić przez telefon, dlatego mnie odwiedziła.
- Wow, i co w nich takiego pisał? - Wyraźnie się zaciekawiłam. Michael w dalszym ciągu nie otwierał oczu. Zdawało mi się, że przywołuje sobie pod powiekami obraz kartek z pochyłym, bardzo charakterystycznym pismem jego ojca. Joshep pisał rzadko, ale jak już przyszła wiadomość od niego, zawsze była bardzo wyczerpująca i długa, a ciepłe uczucia, którymi mężczyzna darzył swojego syna i kochającą żonę, można było dostrzec w każdym słowie.


- Właściwie - zaczął, po wzięciu głębokiego wdechu - to co zawsze. Że nas kocha, że bardzo tęskni i bardzo chciałby wracać do domu. W pierwszym liście podjął temat, jak mu tam się żyje, o swoich przyjaciołach, a także o śmierci jednego z nich, zdawałoby się, że najważniejszego, najwierniejszego. Poznali się na początku jego służby. Tato zaczynał, a Jerry siedział w tym już parę dobrych lat i był w tym piekielnie dobry. Ojciec często nam o nim opowiadał, miałem wrażenie, że Jerry jest dla niego wzorem do naśladowania. Byli razem na pewnej akcji, bardzo niebezpiecznej. Jerry obronił go przed nieprzyjacielem. Nie zagłębiał się w ten temat, wiem tylko tyle, że właściwie oddał za niego życie. To był bardzo bohaterski czyn, ale tato nie może się po tym pozbierać, mimo że na wojnie to nie nowość, iż ktoś ginie. Nigdy nie będzie mu się mógł za to odwdzięczyć. Jeden z jego bliższych znajomych tłumaczył mu, że przecież zrobiłby to samo dla niego, jednak to nic nie pomagało. Zdarzyło się to jakoś w połowie września - nie określił bardziej daty. Przez miesiąc był przygnębiony... Załamanie nie chciało ustąpić, dlatego jego dowódca nie chciał puszczać go na akcje. W końcu ojciec zrozumiał, że nie może tak dalej, że musi wziąć się w garść. Ten list był z 25 października. - Otworzył oczy. Wyraz jego twarzy, jak zawsze, gdy rozmawialiśmy o Josephie, był niewiarygodnie spokojny, ale skupiony. Widać było, że darzy go wielkim szacunkiem i równie wyniośle o nim mówi.
- To niesamowite. Nie wyobrażam sobie... - nie dokończyłam, bo przed oczami pojawił mi się obraz Grace rzucającej się w mojej obronie przeciw napastnikowi... Tracącej przy tym życie. Następnie przypomniała mi się sytuacja sprzed paru lat - tak łudząco podobna do wytworów mojej wyobraźni i śmierci Jerry'ego. Moja mama. Wtedy myślałam, że nigdy się nie pozbieram. A teraz? Okej, nie jest ekstra, dalej sobie nie radzę tak jak powinnam, ale jest lepiej. Trzeba żyć. Mimo moich optymistycznych myśli, do oczu napłynęły mi łzy. Michael chyba zdał sobie sprawę, o czym myślę, bo przysunął mnie delikatnie do siebie, a ja przestałam opierać się na łokciach i moje dłonie spoczęły bezwładnie na jego torsie. - Ja też. - Pocałował mnie w czoło, a ja poczułam jakąś nieistniejącą więź między mną a tatą Michaela. Znaleźliśmy się oboje w podobnej sytuacji. Tylko że na wojnie ludzie giną, a nie w zwykły, marcowy dzień, podczas obiadu w restauracji. Wzięłam głęboki oddech, żeby się uspokoić.
- Poradzi sobie.
- Co? - wymamrotał zaskoczony moją odpowiedzią i opanowaniem zawartym w niej. 
- Mówię, że sobie poradzi. Da radę. 
- Na pewno - odparł i przekręcił głowę tak, żeby móc spojrzeć mi prosto w oczy. Intensywna barwa jego oczu zawsze działała na mnie kojąco, dlatego natychmiast zapomniałam o moich zmartwieniach i przeszłości. To była magiczna chwila. Ja i on. Nareszcie sam na sam. Nic tego nie zepsuje, a na pewno nie moja słaba psychika.
- Chcesz wiedzieć, co było dalej? - zapytał, a jego wargi wydęły się w lekki, pokrzepiający uśmiech. Nie było mnie stać na żadne słowa, dlatego zrobiłam tylko zdziwioną minę,a brwi ściągnęły się, tworząc zmarszczki zdezorientowania na moim czole. Chłopak parsknął uroczo. - W drugim liście. Tego ci jeszcze nie opowiedziałem.
  Pokiwałam głową w odpowiedzi, nie odrywając wzroku od jego zielonych oczów, które mnie uspokajały i tylko dlatego jeszcze nie wybuchnęłam płaczem. Skupiłam się na jego słowach.
- Na końcu drugiego listu było coś co było bardzo pozytywne. - Michael mrugnął figlarnie. Najwidoczniej humor mu wrócił, albo to tylko pozory, żebym się rozweseliła.  – Za miesiąc Joseph wraca do domu.
  Natychmiast się ożywiłam.
- To cudownie! - Mój piskliwy głos bardzo go rozbawił, bo znowu parsknął śmiechem i założył błąkający się na mojej twarzy kosmyk z powrotem za ucho. Następnie jego dłoń przesunęła się po moim policzku, a ja poczułam delikatne, mrowiące muskanie jego palców.
- Wiem.
- Cieszysz się, prawda? - Uśmiechnęłam się po raz pierwszy od poruszenia tematu o jego ojcu.
- Ogromnie.
  Pocałowałam go w jego roześmiane usta, po czym dodałam:
- Mam nadzieję, że go w końcu poznam.
- On też.
- Naprawdę?


- Tak. Wiele razy pisałem mu o tobie w swoich listach.
- Nigdy mi nie mówiłeś! - oburzyłam się, ale tak naprawdę bardzo się cieszyłam.
- Bo nie pytałaś.
- Standardowa odpowiedź. I co... o mnie myśli?
- Uważa, że jesteś cudowną dziewczyną, która ma na mnie niesamowicie dobry wpływ i cieszy się, że pojawiłaś się w moim życiu.
- Chyba wypisywałeś mu same kłamstwa - odparłam zawstydzona, a na moje policzki wstąpił różowy rumieniec.
  Chłopak pokiwał głową ze śmiechem, a ja szturchnęłam go przyjaźnie. Gdy opuściłam głowę na jego ramię, on nie spuszczał ze mnie wzroku, niespodziewanie przy tym markotniejąc. Powtórzył gest sprzed paru minut, a ja znowu poczułam to cudownie uczucie na swoim policzku. Zwykle Michael robił tak, żeby mnie uspokoić. Ale przecież teraz ponownie dopisywał mi humor, w takim razie dlaczego...
- Muszę cię o coś zapytać - oznajmił, przerywając mi moje rozmyślania, równocześnie nieświadomie odpowiadając na moje niedokończone w myślach pytanie, które chciałam zadać sama sobie.


- Wal śmiało - odpowiedziałam, siląc się na spokojny ton, a uśmiech nie schodził mi twarzy. Tym razem jednak trzymałam go tam na siłę, bo wcale nie odczuwałam potrzeby, żeby tkwił tam w takiej sytuacji.
- Jak sobie radzisz... po śmieci Annabelle?
  Te słowa były dla mnie jak niewidzialny (i zapewne niezamierzony) cios w brzuch. Żołądek zawirował mi niebezpiecznie, wydając dziwny dźwięk, a serce zabiło mocniej. Starałam się, żeby łzy nie wypłynęły na moje policzki, dlatego też głęboko oddychałam.
- Przepraszam - powiedział Michael, widząc moją reakcję, na jego pytanie - nie powinienem. Znaczy się, nie chcę, żebyś tłumiła swoje uczucia i smutki w sobie, to nie jest dobre. A zapewne tak robisz, bo cię bardzo dobrze znam. Dlatego cię o to zapytałem, ale nie musisz odpowiadać. Możemy już iść, jeśli...
- Nie - przerwałam mu. - Jestem silna, zapomniałeś? - Uśmiechnęłam się słabo. - Jest mi ciężko. Annabelle była niesamowitą osobą, kochałam ją, mimo że znałam ją dość krótko. Wiele przeszła i nie zasłużyła na taki koniec, ona... Ona powinna żyć. Jakim prawem ja mogę dorosnąć, chodzić do szkoły, normalnie funkcjonować, kiedy biedna, mała Annabelle, niczym sobie nie winiąc, nie żyje. Po prostu jej już nie ma. - Po policzku spłynęła mi, mimo moich postanowień, jedna gorzka łza. Michael starł ją pospiesznie.
- Widocznie tak musiało być, Tess - odparł spokojnie. - Ty masz szansę żyć dalej i korzystaj z tego. Annabelle na pewno nie chciałaby, żebyś była smutna. Wszyscy cię wolą, jak jesteś sobą. Moja wesoła, piękna, pomocna Tess.
  Jego słowa (jakimś cudem) koiły moje poszargane nerwy. Poleżeliśmy tak jeszcze przez paręnaście minut, po czym zdecydowaliśmy, że pora już wracać.
- To piękne miejsce - powiedziałam jeszcze, na co chłopak mi przytaknął i powiedział, że na pewno je zapamięta. Możliwe też, że będzie tu zaglądał, gdy będzie miał wolną chwilę. Jak mnie o tym powiadomił, uświadomiłam sobie po raz kolejny, jaki skarb mam przy sobie. Jak niesamowicie cudowna osoba mnie kocha.
  Michael podsadził mnie, bym mogła wyjść na drzewo, a potem sam zwinnie wspiął się na nie. Już chciałam skakać na trawnik, ale on mnie powstrzymał. Po paru sekundach już był na dole, wyciągając do mnie ręce. Popatrzyłam na niego z powątpiewaniem.
- Nie złapiesz mnie.
- Chociaż spróbuję - odparł zadowolony z siebie i z sytuacji w jakiej się znalazłam.
- Nie złapiesz mnie, nie ma szans - powtórzyłam się, ale on tylko pokręcił głową w geście dezaprobaty.
- Nie gadaj, tylko skacz. W najgorszym wypadku po prostu się przewrócimy. - Wzruszył ramionami, a mnie przeszedł dreszcz; zupełnie nie wiem, z jakiego powodu. Przecież się nie bałam, przeważnie nie odczuwam strachu.
  Nie zastanawiając się dłużej, skoczyłam w dół i momentalnie znalazłam się w silnych ramionach mojego chłopaka.
- Mam cię.
  Ruszyliśmy leniwym krokiem po alejkach parku, trzymając się za ręce. Byliśmy przy wyjściu, kiedy Michael odezwał się tajemniczym głosem.
- Tess, wiesz, że za niecały miesiąc są święta?

- No tak. Nawet o tym nie myślałam. I co?
  Zastanowiłam się chwilę, bo chłopak nic mi nie odpowiedział, czekając chyba aż coś do mnie dotrze.
- O jeju! - Krzyknęłam przejęta, uświadamiając sobie powagę sytuacji. - Muszę przecież jeszcze tyle zrobić… kupić prezenty dla wszystkich… Co ja podaruję Grace?… a Megan?…. O Boże, a tobie? I jak ja ci to dam? Myślisz ze paczka dojdzie szybko i na czas? – Zaczęłam się porządnie stresować, ale Michael uścisnął znacząco moją dłoń, zmuszając mnie do spojrzenia w jego zielone oczy, co (jak już wiele razy wspominałam) uspakajało moje serce a ciśnienie wracało do swojego normalnego poziomu.

- Wracam Tess.
- Co? Ale... - wymamrotałam zdziwiona.

- Na święta. Przez dwa tygodnie będę w Goldhill.
  Nie panując nad sobą, pisnęłam z radości i rzuciłam się mu na szyję.

- Czyli… dwa tygodnie razem… Znaczy się... rozumiem ze z rodzina też, ale… - jąkałam się - Boże, to cudownie! I , och sylwester… czy spędzimy sylwestra razem?
- Oczywiście - odpowiedział opanowany, a ja po raz kolejny wydałam z siebie bardzo wysoki dźwięk. Zdawałam sobie sprawę, że zachowuję się jak dziecko, ale ogarnęłam mnie taka radość, że nie mogłam się powstrzymać przed głupim zachowaniem. Czekałam tylko, aż chłopak zacznie się ze mnie śmiać i wyzywać mnie w żartach od dziecinnych, ale on tylko mnie pocałował, po czym ruszyliśmy w dalszą trasę.



***


- No i co ci takiego pokazał? - zapytała Grace, kiedy tylko usiedliśmy w salonie Evie. Było parę minut po osiemnastej. Zanim odpowiedziałam, zastanowiłam się, czym chcę się z nią podzielić, a co zachować dla siebie.
- Właściwie to nic. Spacerowaliśmy bez celu, aż w końcu skończyliśmy w pewnym parku. Nic szczególnego. - Ale to nie była prawda. Miejsce, które znaleźliśmy przypadkiem, tak ciche i piękne, wcale nie należało do "niczego szczególnego". Michael jakby wiedział, o czym myślę, uśmiechnął się lekko w moją stronę, a ja to odwzajemniłam. Grace popatrzyła na nas nieufnie, ale już nic nie powiedziała na ten temat. Zaczęła natomiast opowiadać, co było, gdy się z nimi rozstaliśmy.
- Zane nie chciał się odczepić! Evie wróciła ze swojego spotkania dopiero trzydzieści minut po tym, jak znaleźliśmy się pod jej mieszkaniem. Do jej przyjazdu musiałam znosić towarzystwo tego idioty.
- Przestań, Grace. Zane jest całkiem w porządku - wymamrotał Dean, przerywając spożywanie tostów, które siostra Michaela przygotowała dla wszystkich na kolację. Właściwie nikt inny nie jadł, tylko on razem z moim chłopakiem.
- To twoje zdanie - odburknęła szorstko, na co on tylko wzruszył ramionami, nie przejmując się niemiłym tonem swojej dziewczyny.
- Chodź, pójdziemy zrobić coś do picia - zwróciłam się do Grace, po czym spytałam wszystkich zebranych: - Herbaty, kawy? Soku pomarańczowego?
  Michael poprosił o herbatę, Evie o kawę, a Dean podziękował, bo miał już szklankę z mlekiem sojowym. Jak można pić to świństwo? - pomyślałam sobie. Zastanawiało mnie też, skąd się to wzięło w mieszkaniu Evie. Nie mogłam sobie wyobrazić, że ktoś jeszcze z mojego otoczenia lubi ten napój.
  Stałyśmy za ladą w kuchni, obserwując obżerających się chłopaków i pracującą na laptopie Evie.
- Zane powiedział mi, że się jeszcze zobaczymy. - Grace ponownie podjęła temat swojego byłego chłopaka. Zamyśliłam się, główkując nad odpowiedzią, ale ona kontynuowała - Nie mam pojęcia, jak to rozumieć... Co to znaczy, Tess?
  Spojrzała na mnie dziwnym wyrazem twarzy, którego nie mogłam odszyfrować.
- Prawdopodobnie to... że go jeszcze spotkasz.
- To nie jest śmieszne - oburzyła się.
- Ale dlaczego?
- Bo... Przecież wiesz - odpowiedziała jakby speszona, spuszczając wzrok, a na jej policzki wstąpiły małe, czerwone wypieki. - On był kiedyś dla mnie naprawdę ważny, Tess.

- I co? Boisz się, że twoje uczucia do niego się odrodzą? - Zdziwiłam się, kiedy ledwo zauważalnie pokiwała głową. - Nie ma się o co martwić. To palant i dupek, nie pamiętasz? Przez niego bardzo się stoczyłyśmy, a właściwie ty. Narkotyki, wódka i papierosy to była kiedyś twoja codzienność. Bardzo dobrze, że masz go już za sobą. - Wtem mnie olśniło. - Zapewne chodziło mu o to, że spotkacie się na koncercie.
- Pewnie tak - wymamrotała i zajęła się robieniem napojów, nie wracając już do tematu.
  O siódmej wyjechaliśmy od Evie, żeby zameldować się w hotelu. Podziękowaliśmy jej za gościnę, a ona uściskała nas na pożegnanie.
- Miło cię było poznać, Tess - powiedziała, po czym uśmiechnęła się po "Michaelowsku".
  O ósmej miał zacząć się koncert w pobliskim klubie. Przed małym, obskurnym budynkiem spotkaliśmy się z Michaelem. Towarzyszył mu Zane, którego widok nie ucieszył Grace.
- Witam ponownie. - Wyszczerzył się do nas, ale wzrok miał zwrócony głównie w stronę mojej przyjaciółki, która unikała jego spojrzenia, jak tylko mogła.
- Wchodzimy? - zapytałam, udając obojętność na nagłe napięcie wiszące w powietrzu. Michael przytaknął i pociągnął nas do środka. Ochroniarz przepuścił nas bezproblemowo, a z moim chłopakiem i jego nowym kumplem przybili sobie nawet piątkę na powitanie.
  Klubowa muzyka rozbrzmiewała dookoła. Pomieszczenie było małe i skromne, za to scena dość duża. Ustawiono na niej dwa mikrofony, perkusję, dwie gitary na stojakach i klawisze schowane w kącie. Rażące reflektory zwrócone były na podest, dlatego Michael oznajmił, że najwyraźniej już na nich czekają. Życzyłam mu powodzenia i przysunęłam się do przyjaciółki.
- Przetrwamy to - pocieszyłam ją bezgłośnie, bo i tak nie usłyszałaby moich słów w tym hałasie. Jeszcze chwilę bujaliśmy się automatycznie w rytm muzyki, gdy nagle ta zamilkła. Na scenę wyszedł spasiony łysol w potarganej kamizelce z jakiegoś beznadziejnego materiału i ciemnych dżinsach, które bardzo go opinały i wyglądało to dość niesmacznie. Odruchowo się skrzywiłam. Niskim, zachrypniętym głosem zapowiedział kapelę Michaela, a wszyscy zgromadzeni zaczęli bić brawo. Na scenę kolejno wychodzili członkowie zespołu. Na samym końcu wyłonił się Zane, machając i szczerząc się do niewielkiej publiczności, a za nim opanowany, ale bardzo radosny Michael. Spojrzał na mnie i mrugnął figlarnie, na co odpowiedziałam mu szerokim uśmiechem. Po dwóch minutach zajmowali już swoje miejsca. Rudowłosy chłopiec siedział przy bębnach (gdybym nie wiedziała, że jest to kolega Michaela z college'u, pomyślałabym, że ma on z szesnaście lat), a za klawiszami stanął wysoki ciemnowłosy, którego imię kojarzyłam z opowiadań Michaela. David. Mój chłopak razem z Zanem, zajęli miejsca na samym przodzie przy mikrofonach i "przyodziali" się w gitary. 

- Witamy serdecznie! - Zane nie ukrywał zadowolenia. Niemal jakby czuł, że jest już prawdziwą, popularną gwiazdą rocka, pomyślałam i zaśmiałam się cicho.
  Kapela zaczęła swój występ. Na początku zaprezentowali cover piosenki Lawsona "Juliet". Podobało mi się ich wykonanie, a gdy słuchałam, jak ludzie śpiewają razem z nimi refren, poczułam dumę z mojego chłopaka. Może czeka go naprawdę wielka kariera?
  Następnie zaśpiewali (pod przewodnictwem Zane'a) "The Jerk Song". Musiałam przyznać, faktycznie miał chłopak talent. Kolejnym utworem był solowy kawałek Michaela. Zdawało mi się, że śpiewa go tylko dla mnie. Przypomniałam sobie nagle, że pewnego razu u niego w domu natknęłam się (w okropnym bałaganie jaki zwykł mieć) na pomiętą kartkę, która nie trafiła do kosza. Rozprostowałam ją z ciekawości. Tytuł piosenki brzmiał "Had me @ hello" a pod nim widniało parę linijek tekstu. Gdy wrócił do pokoju, zapytałam się go, dlaczego chciał coś tak dobrego wyrzucić. Odpowiedział, że mu się jednak nie podoba, a ja, po pośpiesznym zmięciu kawałku papieru, rzuciłam w niego małą kulką z oburzeniem.
- To jest piękne, mimo że niedokończone i niedopracowane. Przemyśl to.
  Teraz, gdy wsłuchiwałam się w słowa, rozpoznałam tamten tekst. Jednak nie odpuścił, pomyślałam.
  Piosenka była cudowna - to chyba jego najlepszy utwór dzisiejszego wieczoru. Następna piosenka to "Tell me what to do", a kolejna "Hello, can you hear me", która była w zupełnie innym stylu niż pozostałe; bardziej ostra.
- A teraz - zapowiedział do mikrofonu Michael - ostatnie dwie piosenki tego wieczoru.
  W głośnikach zabrzmiała melodia hitu zespołu młodzieżowego R5  pt. "Loud". Zapowiada się kolejny cover, pomyślałam. Wyszedł im nawet lepiej niż poprzedni i tutaj każdy członek kapeli miał jakąś część, a nie wszystko było przeznaczone dla Zane'a i Michaela. Wszyscy, którzy ich słuchali, byli bardzo zadowoleni i od razu dostrzegłam, że się dobrze bawią. Nawet Grace, wcześniej spięta z powodu obecności swojego byłego chłopaka, rozluźniła się w ramionach Deana. Koncert naprawdę im wyszedł. Ale została im jeszcze jedna piosenka, a mnie zastanawiało, co przygotowali na koniec. Zdziwiłam się, bo melodii ostatniego utworu nie rozpoznałam.
  Nagle Zane zaczął śpiewać i nie zanosiło się na to, żeby Michael uczestniczył w tej piosence, poza - oczywiście - wygrywaniem dźwięków na gitarze. Zrozumiałam to, kiedy znacznie odsunął się w tył, z dala od mikrofonu. Reflektory, które przez praktycznie cały występ zwrócone były na nich obu, spoczęły teraz na głównym wykonawcy. Zane był bardzo rozluźniony, a słowa wypływały z niego z wielką swobodą. Tekst był bardzo piękny, ale kiedy doszedł do refrenu, zaczynałam rozumieć znaczenie tej piosenki.
  Utwór Michaela "you had me @ hello" dotyczył mnie, mogłam być tego pewna. Był bardzo romantyczny, uroczy i zawierał mnóstwo uczuć, którymi mnie żywił. Ten, który wykonywał Zane, był inny, ale również miał jakiś przekaz. Nie była to romantyczna piosenka o miłości i szczęściu. Raczej wyraz tęsknoty z dostrzegalną dawką przeprosin. Spojrzałam na Grace, żeby sprawdzić, czy ona też zrozumiała to co ja. Jej mina świadczyła, że odpowiedź na moje pytanie brzmi "tak". Dziewczyna wlepiała spojrzenie w Zane'a, który również wpatrzony był w nią. Miała lekko rozchylone usta, a na jej twarzy malowało się zdziwienie, zażenowanie, złość ale i jakieś pozytywne uczucie, tylko nie mogłam go do końca określić. Nie byłam pewna, czy była to radość czy może ulga. Albo zrozumienie? Ciężko było to pojąć. Kiedy Zane skończył śpiewać, wszyscy zgromadzeni nagrodzili zespół gromkimi oklaskami. Ktoś zagwizdał, a inni zaczęli wykrzykiwać słowa typu "woooho!" wyrażające podziw i zadowolenie występem.
- Tytuł piosenki to "I can't forget about you"! - ogłosił przez mikrofon Zane. Michael zbliżył się do swojego i dodał na pożegnanie:
- Dziękujemy, dobranoc!
  Brawa jeszcze chwilę brzmiały, gdy chłopcy schodzili ze sceny. Zdziwiło mnie, że Michael zamiast iść ze swoimi kumplami na zaplecze, zeskoczył ze sceny i udał się w moim kierunku. Poczułam się dziwnie obserwowana, ale nie mogłam oderwać wzroku od swojego chłopaka. Michael chwycił mnie za dłonie i zapytał:
- Podobało się?
- Było cudownie! - wykrzyknęłam w odpowiedzi, na co on się zaśmiał. - Piękna ta piosenka. "You had me...
- @ hello" - dokończył za mnie, a ja zachichotałam rozbawiona.
- Tak. Niesamowita. Cieszę się, że z niej nie zrezygnowałeś.
- Tylko dzięki tobie.
- I wyszła wprost genialnie! - Przytuliłam się do niego mocno. - Z resztą jak wszystkie inne.
- Dziękuję. W imieniu chłopaków również - odpowiedział. - Pójdę się przebrać i spotkamy się przed wyjściem z klubu, okay?
  Kiwnęłam głową.
- Masz ochotę wyskoczyć potem gdzieś? Wiesz, jakaś dyskoteka czy coś w tym stylu... Zane jest bardzo obeznany w miejscowych klubach, więc wie, w którym będzie najfajniej.
- Pewnie - odparłam ochoczo, mimo że imię wspomnianego przez Michaela chłopaka wzbudziło we mnie lekką niechęć pójścia oraz pragnienie odmówienia tej propozycji. Zielonooki musnął moje usta i pognał na zaplecze, a ja oblałam się różowym rumieńcem. Zapowiada się wspaniały wieczór, pomyślałam.


***

- To co? Gdzie idziemy? - zapytała rozochocona Grace, kiedy już członkowie zespołu z Juilliarda do nas dołączyli. Staliśmy przed klubem w mroźnym listopadowym powietrzu. Jak dobrze, że się ciepło ubrałam, pomyślałam. Michael podszedł do mnie i objął mnie w pasie.
- Zane? - zwrócił się do ciemnookiego kumpla. Chłopak spojrzał na niego nieodgadnionym wzrokiem i odpowiedział:
- Parę minut pieszo stąd jest pewien przyjemny klub.
  Zdziwiło mnie użycie przez niego słowa "przyjemny" w połączeniu z "klubem".
- To chodźmy.
- Ja nie mogę - wymamrotał rudowłosy. - Mam już inne plany - mówiąc to, obdarzył nas szerokim uśmiechem, po czym pożegnał się z nami i ruszył w przeciwną stronę.
- Ja nie za bardzo mam ochotę i jestem bardzo zmęczony. Jeszcze rano mam takie jedno spotkanie i muszę się wyspać... - Skrzywił się Timmy.
- Nie ma sprawy, stary. Powodzenia - życzył mu Michael, a następnie Timmy zniknął równie szybko co perkusista. - Zostaliśmy tylko my, tak?
- Właściwie wy - odparł Dean. - Nie czuję się zbyt dobrze, chyba wrócę do hotelu.
- Pójść z tobą? - zapytała zatroskana Grace.
- Przestań, idź się bawić.
  Moja przyjaciółka spojrzała na niego nieufnie, ale z przejęciem. Chłopak pocałował ją w policzek.
- Poradzę sobie.
- Okay. Ale jakby coś, to dzwoń.
- Okay. Tess, podwiozłabyś mnie?
- Pewnie, tylko... - zaczęłam - nie bardzo wiem, gdzie mam potem jechać. Nie znam tego miasta.
- Poczekamy na ciebie. Przy okazji pójdziemy pogadać z właścicielem lokalu.
- Tym spaślakiem, który ma twarz jak prosiak? - zapytała rozbawiona Grace. Michael przytaknął jej, powstrzymując wybuch głośnego śmiechu.
- To do zobaczenia. Będę za moment.
- Dobrej zabawy! - pożegnał się Dean i oboje ruszyliśmy do mojego samochodu.
  Po drodze rozmawialiśmy o Nowym Jorku i o koncercie Michaela. Kiedy zaparkowałam pod hotelem, Dean zamiast otworzyć drzwi, westchnął ciężko, wpatrzony w ciemność przed sobą.
- Chciałbym tam z wami być, naprawdę.
- Daj spokój Dean, imprezy nie uciekną! I przecież źle się czujesz - pocieszyłam go.
- Tak, do kitu. Chyba za bardzo się obżarłem - zażartował i otworzył drzwi. Zimne powietrze wtargnęło do mojego nagrzanego auta, na co przeszedł mnie krótki dreszcz.
  Kiedy wysiadł z samochodu i obrócił się twarzą w moją stronę, nachylając się tak, żeby dobrze mnie widzieć, spodziewałam się jakiegoś pożegnania.
- Ej, Tess?
- Tak?
- Pilnuj Grace, dobrze? - powiedział tylko, a w jego oczach ujrzałam, że dostrzegał tą dziwną relację między Zane'em a swoją dziewczyną, mimo że przecież nie wiedział o ich związku sprzed ponad roku. Pokiwałam głową ze zrozumieniem, po czym on zamknął drzwi. Ruszyłam samochodem w stronę klubu, rozmyślając, czy Dean cokolwiek podejrzewa, czy też po prostu widzi, że Zane przystawia się do Grace, a ta zawsze jest speszona lub zdenerwowana w jego towarzystwie.




***



Piosenki z rozdziału:


  • http://www.youtube.com/watch?v=e4QB4I9FnIU Lawson - Juliet
  • http://www.youtube.com/watch?v=5QEEqkYFsI0 Josh Henderson - Tell me what to do
  • http://www.youtube.com/watch?v=JhMnRjx-JJE Josh Henderson - Hello, can you hear me
  • http://www.youtube.com/watch?v=aLXO88Sl12Y R5 - Loud
  • http://www.youtube.com/watch?v=4NdR71bozts R5 - (I can't) forget about you + tłumaczenie: http://www.tekstowo.pl/piosenka,r5,forget_about_you.html
  • http://www.youtube.com/watch?v=davAhxmKNrs Luke Benward + tłumaczenie: http://www.tekstowo.pl/piosenka,luke_benward,had_me___hello.html
  • http://www.youtube.com/watch?v=D-3t-GL_P-s Josh Henderson - The Jerk Song

Zapraszam do przesłuchania :)

1 komentarz:

  1. Boskie! Tylko tyle mogę z siebie wydusić. Masz ogromny talent! Zazdroszczę *.* Czekam na kolejny i zapraszam do mnie i z góry dziękuję za pozostawienie po sobie komentarza xd http://holland-dylanowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Mrs. Punk