Klub był o wiele większy od tego małego lokalu, w którym odbył się występ chłopaków. Typowa dyskoteka - wielki bar, tłumy nastolatków, podesty do tańczenia, kolorowe światła tańczące nad głowami ludzi i podwyższenie dla DJ'a wraz z jego sprzętem. Musiał to być bardzo popularny klub wśród Nowojorczyków z Manhattanu, ponieważ ciężko był znaleźć parę metrów przestrzeni, nie wpadając na jakiegoś nieznajomego, a w kolejce staliśmy prawie dwadzieścia minut! Nie wiedziałam, która była godzina, ponieważ telefon zostawiłam w samochodzie. Na takich imprezach łatwo o niezauważone kradzieże, dlatego wolałam nie ryzykować.
Zane z Michaelem udali się przodem do baru, wcześniej pytając nas, co chcemy się napić.
- Piwo z sokiem może być - powiedziała Grace.
- Nie jestem pewny, czy mają tu takie zwyczajne trunki - zażartował Zane, a ona spojrzała na niego spod byka.
- Ja nic nie piję - oznajmiłam. - Prowadzę.
- Nie musisz się tak poświęcać, mogę ja nas potem odwieźć - zaofiarował się Michael, ale ja potrząsnęłam głową, nie zgadzając się na jego propozycję.
Chłopcy zamówili sobie parę kolejek, a ja z Grace poszłyśmy tańczyć. Kiedy po paru piosenkach wróciłyśmy do Zane'a i Michaela, kończyli drinki.
- Ile wy już wypiliście?! - zapytałam głośno, żeby przekrzyczeć muzykę dudniącą w uszach. Grace zabrała się za swoje piwo.
- Niedużo - odpowiedział ciemnooki, po czym donośnie zarechotał. - Grace, idziemy tańczyć?
Dziewczyna spojrzała na niego z konsternacją.
- Nie mam ochoty.
- Żartujesz, przecież widziałem, jak przed chwilą wywijałaś z Tess. No, nie daj się prosić.
- Nie, Zane, nie uważam, żeby to był dobry pomysł... - wymamrotała, ale po jej minie mogłam być pewna, że zaraz się złamie. Dokończyła swoje piwo.
- No chodź. - Chłopak nie ustępował i złapał ją za rękę. Grace nawet nie zdążyła mnie uraczyć spojrzeniem, bo już bezradnie ruszyła za nim wgłąb sali.
Michael objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie.
- My też pójdziemy?
Nie wahałam się długo, tak jak Grace.
Świetnie bawiliśmy się jeszcze przez parę dobrych godzin a dobry humor nas nie odstępował, z resztą tak jak przez cały weekend.
W sobotnie południe wybrałam się z Grace do galerii handlowej Macy's. Liczy aż dwadzieścia dwa piętra i łatwo się w niej zgubić. Spędziłyśmy tam prawie cztery godziny. Kiedy wróciłyśmy, chłopcy byli już zniecierpliwieni, bo bardzo chcieli iść na kręgle. W czasie naszej nieobecności, Michael i Dean poszli między innymi na jakiś mecz, ale nie interesowałam się tym zbytnio. Wieczór spędziliśmy w kręgielni, śmiejąc się i grając do zmęczenia.
W niedziele pozwiedzaliśmy trochę Nowy Jork, a moje nogi pod koniec dnia odmawiały mi posłuszeństwa. Nadszedł czas pożegnania. Wtuliłam się w Michaela i poczułam, jak w oczach zbierają mi się łzy.
- Zobaczymy się za niedługo - pocieszył mnie, ocierając mi policzek.
- Dla mnie to wieczność.
- Dwadzieścia sześć dni. Damy radę.
- Właściwie nie mamy innego wyjścia.
- Kocham cię - powiedział cicho i pocałował mnie namiętnie.
- Ja ciebie też - odparłam, kiedy już odkleiliśmy się od siebie.
Z Evie pożegnaliśmy się około godziny trzeciej, kiedy to skończyliśmy wspólny obiad w małej restauracji w środku miasta.
- Cieszę się, że przyjechaliście - oznajmił wesoło Michael, zwracając się bardziej już do Deana i Grace niż do mnie. Czułam, że zaraz całkowicie się rozkleję, więc (jak na ironię) chciałam jak najszybciej wsiadać do auta.
Po paru minutach już jechaliśmy w stronę Goldhill.
***
Około szóstej zajechałam pod swój dom.
Deana dostarczyłam jako pierwszego do siebie. Miał zajęcia od godziny jedenastej, więc stwierdził, że mimo zmęczenia pójdzie, bo ma sporo czasu, żeby trochę odpocząć po podróży. Grace pod swoim domem oznajmiła mi, że nie idzie dzisiaj do szkoły.
- Jestem wykończona! Dzisiaj sobie jeszcze odpuszczę.
Ciekawe co ją tak zmęczyło, skoro ona ani razu nie prowadziła, tylko drzemała na tylnym siedzeniu, pomyślałam i uśmiechnęłam się pod nosem.
Michael poradził mi, żebym ja również zrobiła sobie wolny dzień, ale wolałam już nie opuszczać lekcji, zwłaszcza że jest to ostatni rok, a za niedługo kończy się semestr.
Pierwszą lekcją w tym dniu była matematyka, która bardzo mi się dłużyła. Nie rozumiałam nic, co pani Muffler chciała mi przekazać. Kolejny był angielski.
Pani Lisa Harris, nauczycielka mojego ulubionego przedmiotu, to niewysoka szczupła kobieta w średnim wieku. Ma burzę jasnych loków na głowie, a na czubku nosa zawsze nosi swoje przestarzałe okulary. Ubiera się zgodnie z własnym stylem, a nie modą panującą wśród wielu kobiet w jej przekroju wiekowym. Często ma na sobie bawełniane spódnice po kolana i eleganckie koszule. Rzadko widywałam ją w spodniach. Jest to chyba jedna z najmilszych osób, jakie było mi dane poznać. Ponadto świetnie znała się na swojej pracy i miała genialne podejście do uczniów, nawet tych, którzy nie wykazywali zbytniego zainteresowania ojczystym językiem. W prosty sposób potrafiła wyjaśnić i dostarczyć potrzebnych wiadomości dotyczących angielskiego. Należała do wymagających nauczycieli, to prawda, ale nie jest wredną, surową jędzą, jak na przykład pani Muffler. Mogłabym uznać, że pani Harris to całkowite przeciwieństwo nauczycielki od matematyki, zważając na wygląd i sposób nauczania oraz na podejście do uczniów. Kluczową różnicą pomiędzy tymi dwoma kobietami jest stosunek do mnie: pani Lisa wprost mnie uwielbia, a pani Muffler nie znosi.
- Tess, mogłabyś do mnie podejść? - zagadnęła donośnie, kiedy stanęłam przed drzwiami z zamiarem udania się na przerwę. Inni uczniowie przepychali się do wyjścia, kiedy ja brnęłam do biurka nauczycielki.
- Tak, pani Harris? - zapytałam grzecznie.
- Myślałaś już nad jakimiś studiami?
Zaskoczyło mnie to pytanie nie mniej niż obecność Zane'a w Nowym Jorku i jego przyjaźń z Michaelem.
- Nie, proszę pani - odpowiedziałam pospiesznie.
- Tak właśnie myślałam. - Uśmiechnęła się do mnie szeroko, a w kącikach jej ust zamigotały lekkie zmarszczki. - Mam tu plik kartek z opisem niektórych znakomitych uczelni. Pomyślałam sobie, że przyda ci się jakaś pomoc, a uważam, że studia na jednym z tych uniwersytetów dadzą ci wielkie możliwości, Tess.
Wzięłam od niej teczkę. Podziękowałam, będąc naprawdę wdzięczna za trud, który zapewne włożyła w wyszukanie tych uczelni oraz informacji na ich temat. Pani Harris patrzyła na mnie wyczekująco, nic się nie odzywając. Zaczęłam przeglądać kartki, a z każdą nazwą kolejnego uniwersytetu coraz bardziej markotniałam.
- Proszę pani... - zaczęłam cicho - moim zdaniem, nie mam zbyt wielkiej szansy na dostanie się na żadną z tych uczelni. - Byłam bardzo zawstydzona, ale taka jest prawda. Jak ona mogła pomyśleć inaczej? Przecież to najbardziej prestiżowe szkoły w całych Stanach! Może dwie z nich były mniej mi znane, ale reszta...
- Ależ bzdura, Tess! Jesteś bardzo obiecującą osobą, moja droga i masz wielkie predyspozycje. Ktoś z takim talentem do pisania, tworzenia i umiejętności bezproblemowego porozumiewania się z ludźmi nie powinien uczęszczać na zwykły, tani uniwersytet w pobliżu tego małego miasteczka. Zasługujesz na więcej i wiem, że cię na to stać.
Nie było sensu kłócić się z nauczycielką, choćbym naprawdę miała rację i mogła to udowodnić wieloma dowodami. Odpuściłam.
- Zastanowię się - powiedziałam, a na jej twarz ponownie wstąpił spokojny uśmiech. - Jeszcze raz dziękuję za trud.
- Nie ma za co, Tess. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać. - Puściła do mnie oko i zajęła się papierami na jej biurku, co znaczyło, że dyskusja skończona. Pożegnałam się kulturalnie i wyszłam z sali, kierując się w stronę klasy historii.
***
Tato czekał na mnie w domu po czwartkowych zajęciach. Był szósty grudnia, a dziś mieliśmy wspólnie jechać po babcię do niewielkiego miasteczka, w którym ojciec się wychowywał, kiedy całą rodziną przeprowadzili się tutaj z Hiszpanii. Od Goldhill dzieliło go czterdzieści kilometrów. Była tam pewna mała galeria handlowa, w której co roku kupowałam prezenty.
Dojechaliśmy na godzinę czwartą trzydzieści, więc miałam sporo czasu dla siebie i na zakupy. Jak dobrze, że mam sporo zaoszczędzonych pieniędzy właśnie na takie okazje, pomyślałam. Tym razem tato zabrał ze sobą Megan i Maddie, które udały się razem z nim do domku babci. Druga - mama mojej mamy - wraz ze swoim drugim mężem miała przylecieć z Dallas dopiero dwudziestego czwartego grudnia.
Kiedy ojciec wysadził mnie pod galerią, od razu udałam się do środka, kierując się ku mojemu ulubionemu sklepowi dla dzieci. Znalazłam tam gorącego kotka - nieziemsko wyglądającą maskotkę, którą należy włożyć w całości do kuchenki mikrofalowej, aby po wyjęciu cieszyć się jej ciepłem. Maddie uwielbia pluszowe zwierzaki, a szczególnie uraduje ją widok nowego przyjaciela, który będzie ją ogrzewał w mroźne zimowe dni. Nie miałam tylko pojęcia, co kupić Grace. Na szczęście w "This&That" znalazłam piękny różowy, pikowany, skórzany portfel; dość drogi, ale raz w roku mogłam zaszaleć z wydatkami. W końcu to święta!
Dla Megan wybrałam olejki zapachowe i sól do kąpieli. Ojcu postanowiłam dać stojak na gazety w kształcie napisu "NEWS", ponieważ bardzo lubił czytać oraz notes nazwany "przypominaczem". Michaelowi kupiłam płytę jego ulubionego zespołu i nowe słuchawki, a dla Deana koszulkę z jednego z markowych sklepów, na której znajdował się czarny napis "DRUNK" i wielka, pisana gruba czcionką litera "d" pośrodku. Dla Brada nie musiałam główkować nad prezentem w tejże galerii, ponieważ Michael miał przysłać mi bilet na mecz koszykówki jakichś dwóch popularnych drużyn. Dzięki Bogu, mój chłopak co nie co znał się na sporcie, bo tylko z jego pomocą mogłam spełnić marzenie Brada - oglądnąć na żywo profesjonalny mecz koszykówki i to nie w telewizji.
Wydałam dość sporo, ale byłam zadowolona z zakupów. Wiedziałam, że nie musiałam szukać prezentów dla reszty rodziny, bo tym zajmował się co roku tata. Teraz miałam o cztery prezenty więcej do kupienia niż zeszłej zimy - doszedł Michael, Brad, Dean i Megan (ostatnio nic jej nie podarowałam).
W piątek w szkole Grace zachowywała się strasznie dziwnie. Unikała rozmów ze mną i tylko przytakiwała, jak opowiadałam jej o wczorajszych zakupach.
- Co jest z tobą? Pokłóciłaś się z Deanem? - zagadnęłam ją w końcu o konkrety na lekcji geografii. Był to dość luźny przedmiot, więc można było w miarę swobodnie porozmawiać i nie zostać skarconym przez nauczyciela po wypowiedzeniu dwóch słów, choćby szeptem.
- Co? - spytała wyraźnie zaskoczona tym pytaniem. - Nie, nie. Jest całkiem okay.
- W takim razie dlaczego jesteś taka... inna?
- Co przez to rozumiesz?
- Chyba nie muszę ci tego tłumaczyć - odpowiedziałam lekko poirytowana jej obojętnością, ale ta wciąż patrzyła na mnie tym samym zdezorientowanym spojrzeniem. W końcu odpuściłam. - Nie rozmawiasz ze mną prawie w ogóle, ciągle piszesz na telefonie i praktycznie się już nie uśmiechasz. Coś musi być na rzeczy.
- Wcale nie.
- Po co udajesz? Przecież się przyjaźnimy, możesz mi wszystko opowiedzieć.
- Daj spokój, Tess. Wszystko jest w porządku. - Grace cały czas stawała przy swoim, więc westchnęłam ciężko i odwróciłam głowę w stronę nauczyciela, który kontynuował swój wykład na temat minerałów skałotwórczych, mimo że nikt nie zwracał na niego uwagi.
Popołudniu wybrałam się na spacer z małą Maddie i Nuką. Od śmierci Annabelle unikałam miejscowego parku jak ognia, ale moja siostrzyczka namawiała mnie, żebyśmy się tam przeszły. Jak zawsze jej uległam, jednak weszłyśmy od zachodniej strony - inną bramą. Spacerując alejkami, rozmawiałam z siostrzyczką o zimie, bo już nie mogła się doczekać śniegu. Co prawda, temperatura znacznie spadła, a prognozy pogody przewidywały srogą zimę, jednakże na razie jedyną oznaką zbliżającej się zimy było mroźne powietrze.
- Hej! - zawołał ktoś z daleka, a ja oderwałam wzrok od Maddie, żeby spojrzeć na mówcę. Dean kroczył do nas w szybkim tempie z szerokim uśmiechem. Obok niego dumnie podążał maltańczyk Tufs.
- Dean, hej - przywitałam się z nim, a Maddie podbiegła do niego, żeby się uścisnąć.
Dziewczynka zdążyła się już dobrze zapoznać z moim przyjacielem i - tak jak w przypadku Brada, Michaela i Grace - bardzo się polubili.
- Zimno dziś, prawda? Co cię tutaj sprowadza? - zagadnął, kiedy oboje ruszyliśmy w kierunku, z którego nadszedł.
- Ten mały potwór. - Wskazałam palcem na młodszą siostrę, która prychnęła na mnie oburzona. - Przepraszam, księżniczka. - Mała uśmiechnęła się zadowolona i ponownie zwróciła wzrok w stronę zwierzaków.
- Grace się już lepiej czuje? - spytał nagle, a ja poczułam się zdezorientowana. Przecież moja przyjaciółka była zdrowa, chodziła normalnie do szkoły, tylko po prostu nie odzywała się za często, a jej humor nie wydawał się być najlepszy. Może chodziło mu o stan psychiczny? Na szczęście nie musiałam odpowiadać, bo Dean kontynuował. - Mieliśmy się spotkać i pójść dzisiaj do kina, ale się rozłożyła.
- A no tak, wspominała coś o tym. Faktycznie, nie czuje się najlepiej, podobno miała dzisiaj iść do lekarza. - Było mi źle, że okłamywałam Deana, ale w końcu Grace to moja przyjaciółka, więc widocznie miała konkretny powód, żeby tak oszukać swojego chłopaka.
Spacerowaliśmy jeszcze przez około pół godziny, kiedy zauważyłam, że małej jest już bardzo zimno i aż się trzęsie.
- Pójdziemy już, bo Maddie jest przemarznięta - zwróciłam się do Deana, a ten uśmiechnął się ze zrozumieniem.
- Wcale nie! - zaprotestowała sześciolatka, ale od razu zaszczękały jej zęby, na co ja i Dean wybuchnęliśmy śmiechem.
- Ja też się będę już zwijał, a jeszcze muszę podskoczyć do sklepu na zakupy.
- To do zobaczenia! - pożegnałam się i udałyśmy się w stronę zachodniej bramy.
***
Zajechałam pod dom Grace około siódmej, nie uprzedzając jej wcześniej o mojej wizycie. Dopiero, kiedy zgasiłam silnik, wyjęłam telefon z torebki i wybrałam numer przyjaciółki.
- Halo? - Usłyszałam w słuchawce.
- Hej, słuchaj, mogę do ciebie wpaść na chwilę?
Dłuższe milczenie.
- Spoko. Za ile będziesz? - odpowiedziała w końcu Grace, a w jej głosie nie mogłam rozpoznać żadnej z emocji. Była zła, że chciałam ją odwiedzić? Czy może zdziwiona? Bo raczej wątpliwe, że cieszyła się z mojej wizyty.
- Właściwie już jestem. Otworzysz mi drzwi?
- Jasne - odparła i zakończyła połączenie. Wysiadłam z samochodu i zablokowałam drzwi.
- Hej - usłyszałam przez otwierane drzwi. W nich ukazała się Grace. Swoje blond włosy spięła w kitkę na górze głowy i nie miała na sobie makijażu. Była ubrana w luźny T-shirt z nazwą jakiegoś zespołu i legginsy. - Wejdź - zaprosiła mnie do środka.
Ściągnęłam buty i kurtkę, po czym przeszłyśmy do kuchni.
- Dobry wieczór - przywitałam zgromadzonych. Tata Grace ślęczał nad jakimiś papierami, a jej mama myła naczynia.
- O Tess! Jak dawno cię nie widziałam - powiedziała Maggie, wycierając ręce w ścierkę. Podeszła do mnie i uścisnęła mnie przyjaźnie. Wtem do kuchni wpadł brat Grace - Carlos. Miał jasne włosy i był bardzo podobny do swojego taty.
- Cześć - przywitał się zdziwiony moją obecnością.
- To my pójdziemy do góry. - Grace pociągnęła mnie za rękaw swetra i opuściłyśmy kuchnię.
Gdy znalazłyśmy się w jej pokoju, podjęłam temat.
- Spotkałam dzisiaj Deana.
Dziewczyna wydawała się być lekko zaskoczona tym, co powiedziałam, ale wzruszyła tylko ramionami, siląc się na obojętność.
- I co w związku z tym?
- Jeszcze dzisiaj rano mówiłaś mi, że wszystko pomiędzy wami jest w porządku, a teraz dowiaduję się, że wmawiasz mu jakąś chorobę, chociaż czujesz się świetnie i normalnie chodzisz do szkoły.
- Drobnostka. Po prostu nie miałam siły dzisiaj nigdzie wychodzić.
- Doprawdy? I to powód, żeby okłamywać swojego chłopaka?
- Po co się wtrącasz? - odparła, a mnie zaskoczyła szorstkość w jej głosie.
- Tak, teraz się wtrącam. - Pokręciłam głową z niedowierzaniem. - Odezwij się, jak znowu będziesz sobą - powiedziawszy to, pospiesznie opuściłam dom państwa Desantis. Byłam wściekła na Grace - na jej zachowanie i sposób w jaki traktuje Deana. Co się z nią działo?
Na szczęście umówiłam się dzisiaj na video-rozmowę z Michaelem i miałam nadzieję, że humor mi się poprawi. Opowiedziałam mu o dziwnym zachowaniu Grace, ale on też nie rozumiał, dlaczego taka jest.
- Wiesz, dzwoniła mama... - zaczął inny temat, a ja zamieniłam się w słuch. Na jego twarzy malowało się przygnębienie, a piękne, zielone oczy nie lśniły jak zawsze. Wmawiałam sobie, że jest to efekt światła w salonie Evie.
- I?
- Tata przysłał list. - Gdy to wypowiedział, czułam, że to jest powodem markotności mojego chłopaka. - Nie da rady wrócić tak szybko, wypadła mu jakaś ważna sprawa.
- Przykro mi, Michael - odparłam równie przejęta, ale on uśmiechnął się lekko, słysząc skruchę w moim głosie.
- Mi też. Ale czekałem tyle miesięcy, więc wytrzymam jeszcze trochę.
- Jesteś wytrwały.
- Dziękuję - odparł.
Reszta rozmowy zleciała na luźnych tematach aż do dwunastej. Kiedy mimowolnie ziewnęłam, chłopak pogonił mnie do spania.
- Dobranoc - pożegnałam się z niechęcią i posłałam buziaka w stronę ekranu. Michael wyglądał tak pięknie, gdy się uśmiechał, że nie chciałam tracić go z oczu, mimo senności.
***
Może podsumuję fakty. Grace się do mnie nie odzywa, z Deanem nie rozmawiałam od spotkania w parku, Michael rzadko dzwonił, a Brad był bardzo zajęty nauką i mało co rozmawialiśmy. Czułam się osamotniona jak przed poznaniem moich nowych, cudownych przyjaciół, którzy teraz nie mieli dla mnie czasu i tęskniłam za Grace, ale ta ignorowała mnie z jak największym staraniem. Odliczałam więc dni do przyjazdu mojego chłopaka, a gdy nadszedł poranek dwudziestego drugiego grudnia, bezczynnie czekałam, aż zegar kuchenny wybije dwunastą i pojadę do domu Websów. Lecz ten jakby mi robił na złość, ślimaczył się okrutnie. Z resztą tak jak zegarek w moim telefonie, na telewizorze i na budziku w moim pokoju. Czy czas nie wie, jakie przechodzę męczarnie? Czemu akurat teraz zachciało mu się tak wolno lecieć?
W rzeczywistości czas płynął - oczywiście - jak zawsze, ale naprawdę nie mogłam już dłużej wytrzymać tego czekania. Gdy mała wskazówka wskazała jedenastą a duża przeszła dwunastkę, zaczęłam się ubierać. Od kilku dni śnieg padał nieustannie, co zmusiło mnie do jeszcze cieplejszego codziennego kompletowania stroju. Tydzień przed przyjazdem Michaela wybrałam się sama do galerii w tym samym miasteczku, gdzie mieszkała moja babcia, żeby zaopatrzyć się w kurtkę z futerkiem wewnątrz, ciepłą czapkę i grube rękawiczki. Przy okazji kupiłam sobie jeszcze parę ubrań, bo były na wyprzedaży. Trzeba korzystać z okazji, prawda?
Ubrałam się w ciemne dżinsy i niebieską koszulę. Włosy zaczesałam w wysokiego kucyka. W takim upięciu, całkowicie proste, sięgał mi prawie do połowy pleców - nie mogłam się nadziwić temu, jak włosy szybko mi rosną. Oczywiście, cieszyłam się z tego powodu. Pomalowałam się tak jak zwykle, a gdy już byłam gotowa do drogi, powiadomiłam tatę, gdzie idę.
- Dobrze, dobrze. Pozdrów go ode mnie. Może wpadniecie potem na jakąś kolację? Możesz przyprowadzić jeszcze jego mamę, Megan przygotuje razem z babcią coś pysznego - zaproponował przy pożegnaniu.
- Niezły pomysł - skomentowałam, po czym przyodziana w kurtkę i ciepłe akcesoria, wyszłam na mroźne powietrze.
Jazda do domu Michaela nie zajęła mi długo. Zdawałam sobie sprawę, że chłopak miał się pojawić dopiero za jakieś czterdzieści pięć minut, ale nie mogłam wysiedzieć w miejscu. Drzwi otworzyła mi lekko zaskoczona pani Webs.
- O, Tess. Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie.
- To ja przyjdę później... - wymamrotałam, ale kobieta uspokoiła mnie uśmiechem, na co zamilkłam i nie dokończyłam zdania.
- Nie nie, właściwie dobrze, że jesteś. - Podparła się pod boki. - Będziesz mi do czegoś potrzebna.
- Ja? - zdziwiłam się.
- Tak, ty. Chcę ci coś pokazać. - I gestem wskazała mi, żebym weszła do środka.
Niecałą godzinę później.
Usłyszałam najeżdżający samochód, więc wybiegłam z domu Websów. Gdy ujrzałam wysiadającego z BMW Michaela, podbiegłam do niego i rzuciłam mu się na szyję.
- Michael! - wykrzyknęłam, a on zaśmiał się uroczo. Jego oczy lśniły.
Zanim zdążył coś powiedzieć, zamknęłam mu usta pocałunkiem, a gdy on go odwzajemnił, niepostrzeżenie owinęłam mu opaską oczy.
- Co jest?! - oburzył się, ale nie wypuścił mnie z rąk.
- Odwdzięczam się za twoje niespodzianki - odparłam rozbawiona. - Cześć, Evie - zwróciłam się do wysiadającej od strony pasażera siostry Michaela. Na jej twarzy malował się szeroki uśmiech.
- Nieźle go załatwiłaś. Dezorientacja, potem atak. Dobre - pochwaliła mnie. - Dla mnie też coś przyszykowałaś?
- Można tak powiedzieć. Ale tobie nie będę wiązać oczu.
- Bo nie miałabyś mnie jak rozproszyć? - zażartowała, a ja parsknęłam śmiechem.
- Między innymi dlatego. Chodźcie do środka.
Złapałam go za rękę i ostrożnie, ale z podekscytowaniem wprowadziłam go do domu. Kiedy przekroczyliśmy próg salonu wszyscy troje, usłyszałam głośne westchnienie Evie i uśmiechnęłam się pod nosem. Teraz czas na Michaela, pomyślałam.
Stanęłam za nim i jednym zwinnym ruchem ściągnęłam mu opaskę z oczu, uważnie przyglądając się jego twarzy, żeby móc dobrze ujrzeć reakcję na widok powitalnego prezentu. Chłopak zamrugał kilkakrotnie, po czym zamarł z zaskoczenia.
- Synu – głos Josepha był bardzo podobny do Michaela. Dostrzegłam w lewym oku mojego chłopaka drobną, słoną łzę wzruszenia i radości. - Miło cię widzieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz