Niecałą godzinę wcześniej
- O, Tess. Nie spodziewałam się ciebie tak wcześnie.
- To ja przyjdę później... - wymamrotałam, ale kobieta uspokoiła mnie uśmiechem.
- Nie, nie, właściwie dobrze, że jesteś. - Podparła się pod boki. - Będziesz mi do czegoś potrzebna.
- Ja? - zdziwiłam się.
- Tak, ty. Chcę ci coś pokazać. - I gestem wskazała mi, żebym weszła do środka.
Kiedy niepewnie przekroczyłam próg drzwi domu Michaela, dotarł do mnie wspaniale pachnący zapach. Zapewne jakiegoś ciasta świątecznego, pomyślałam i niespodziewanie naszła mnie ochota na jego skosztowanie.
Izzy promieniowała radością. Ile razy odwiedzałam Michaela, nigdy nie była aż tak szczęśliwa jak dzisiaj. Tak bardzo cieszyła się z przyjazdu syna? Ściągnęłam buty, a kurtkę odwiesiłam na wieszak.
- Przepraszam, proszę pani, ale do czego będę potrzebna?
- Do wykonania niespodzianki dla Michaela. To taki pierwszy świąteczny prezent.
Nie miałam pojęcia, o co mogłoby jej chodzić, dopóki nie weszłam do salonu.
Na sofie obitej szarą tkaniną siedział jakiś mężczyzna. Wyglądał na jakieś czterdzieści lat. Włosy miał bardzo ciemne, krótko przystrzyżone. Z profilu nie mogłam dobrze dostrzec, jaki ma kolor oczu, ale przeczucie podpowiadało mi, że zielone - takie jak Michaela.
Gdy zwrócił twarz w naszą stronę, byłam pewna, że jest to ojciec Michaela. Zawsze myślałam, że mój chłopak bardziej przypomina mamę. Tak było, dopóki nie przyjrzałam się temu mężczyźnie. Kiedy dłużej zatrzymał na mnie swój wzrok, uśmiechnął się delikatnie. Twarz miał zmęczoną, ale mimo wszystko radosną. Jego oczy nie miały aż tak intensywnej barwy jak Michaela, ale wyraźnie było widać, że jest to mieszanka zielonego i niebieskiego. Lśniły jednak tak samo.
- Dzień dobry - przywitałam się, nie ruszając się z miejsca.
- Ty musisz być Tess - odpowiedział pogodnie, a jego głos był lekko zachrypnięty. Mówił dość cicho, co oznaczało, że wystarczająco już wytężył swoje struny głosowe w wojsku. Gdy tak na niego patrzyłam, nie mogłam sobie wyobrazić, że ten człowiek, wyglądający bardziej na stolarza niż żołnierza, służył w wojsku przez tyle lat. Był ubrany w luźną koszulę w kratę i jasne sztruksy.
- Tak - potwierdziłam jego przypuszczenia. Jest coś, co różniło go od Michaela, a mianowicie sposób uśmiechania się. Ciężko to opisać, po prostu robili to zupełnie inaczej.
- Miło cię w końcu poznać, Michael dużo o tobie pisał.
Poczułam, jak na moje policzki wpływa rumieniec, ale nie odwróciłam wzroku.
- Pewnie same bzdury - odparłam, usiłując to zbagatelizować i zmienić temat.
- Kto wie. - Wzruszył ramionami, po czym spojrzał na żonę. - Izzy, zrobisz herbaty?
- Jasne. A ty, Tess, napijesz się czegoś?
- Herbata może być.
- Jasne - powtórzyła i wyszła do kuchni.
Do czasu przybycia Evie i Michaela rozmawialiśmy we trójkę na przeróżne tematy. Najbardziej jednak poczułam poddenerwowanie, kiedy Joseph zadawał pytania o związek mój i Michaela. Nie to, że nie czułam się swobodnie w towarzystwie jego rodziców - wręcz przeciwnie - rozmawiało mi się z nimi bardzo luźno i przyjemnie. Po prostu nie lubię rozmawiać na takie tematy. Zawsze zaczynam się bawić kosmykiem włosów, albo przygryzam dolną wargę.
Polubiłam Josepha. Był bardzo otwarty i zdawał się rozumieć wszystko, co mu przekazuję, nawet to, że nie jestem jeszcze zdecydowana, do jakiej szkoły się udać dalej.
- To ciężka sprawa - odpowiedział wtedy. - Masz jeszcze sporo czasu, żeby się nad tym zastanowić i wierzę, że podejmiesz właściwą decyzję. A jak Michael radzi sobie w Nowym Jorku? - zadając to pytanie, uratował mnie od kontynuowania tematu mojej nauki.
Niewiarygodna była obecność ojca Michaela tutaj w domu, zważając na to, że bardzo ryzykował życiem w wojsku.
A teraz on i mój chłopak, w końcu, po tylu latach rozłąki, stali i ściskali się w salonie, nie ukrywając radości ze spotkania. Gdy po policzkach mojego chłopaka spływały łzy, zakodowałam sobie w głowie, że jest to jeden z najbardziej wzruszających momentów, jakie było mi dane ujrzeć na oczy przez osiemnaście lat.
- Miałeś zostać jeszcze na służbie - wydusił Michael, kiedy przestał pochlipywać.
- Takie niewinne kłamstewko.
- Dla dobra niespodzianki - dodała jego mama, która również miała łzy w oczach. Czułam się dość nieswojo, bo rodzina, która została poniekąd rozbita na cząsteczki, w końcu przez moment może pobyć razem. A ja stałam jak ta idiotka i przyglądałam się ich szczęściu. Czułam się jak intruz.
Evie podbiegła teraz do taty i rzuciła mu się na szyję. Wymienili kilka słów na powitanie, a Michael podszedł do mnie szeroko uśmiechnięty.
- Wiedziałaś? - spytał.
- Nie, dopóki twoja mama nie wciągnęła mnie do domu niedługo przed twoim przyjazdem.
- To niesamowite... - Chłopak nie mógł ukryć radości. Gdy ścisnął mnie za ręce, w końcu odważyłam się powiedzieć, co myślę o swojej obecności tutaj.
- Chyba powinnam już iść... - zaczęłam, ale chłopak przyłożył mi palec do ust.
- Żartujesz sobie chyba. - I postukał mnie palcem wskazującym trzy razy po czole. - Musisz zostać.
- Dobrze - odpowiedziałam wciąż niepewna.
***
Siedzieliśmy w salonie w domu Websów przy kubkach herbaty, rozmawiając o wszystkim, co nam przyszło do głowy, kiedy przypomniałam sobie o słowach mojego taty.
- Proszę państwa, mój tata zaprosił was wszystkich na obiadokolację do nas.
- Przyjdziemy z rozkoszą - odparła kulturalnie Izzy i klasnęła energicznie w dłonie. Zawsze zadziwiała mnie jej powaga i sztywność w połączeniu z radością i miłością.
- Tato się ucieszy - odpowiedziałam jej z uśmiechem.
Po pół godziny od mojego zaproszenia wyjechałam od Michaela. Dowiedziałam się jeszcze, że Evie umówiła się z kimś i nie przyjedzie wraz z Websami na kolację.
Mieli przyjechać około siedemnastej, więc miałam sporo czasu dla siebie. Od razu przyszła mi ochota, żeby zadzwonić do Grace i wszystko jej opowiedzieć, ale przypomniałam sobie, że przecież się do mnie nie odzywa. Momentalnie zrobiło mi się smutno. Choć starałam się o tym nie myśleć, coraz bardziej żałowałam, że pomiędzy nami tak się zmieniło. A najgorsze jest to, że nie znam powodu.
Kiedy już poinformowałam tatę o akceptacji zaproszenia, poszłam do swojego pokoju. Kładąc się na łóżku, zdałam sobie sprawę, do kogo mogę jeszcze zadzwonić.
- Tess? - usłyszałam w słuchawce lekko zaskoczony głos.
- Cześć, Brad. Nie przeszkadzam?
- Nie, skądże. Co tam słychać?
Opowiedziałam mu o niespodziance dla Michaela i o kłótni z Grace.
- Co jej się stało? - Chłopak nie ukrywał zdziwienia.
- No właśnie też zadaję sobie to pytanie.
- Powinnaś z nią porozmawiać, Tess, przecież się przyjaźnicie.
- Próbowałam. Nie wyszło. Co mogę jeszcze zrobić?
Usłyszałam westchnięcie.
- Cierpliwości. Grace to Grace. Zaraz się pogodzicie, po prostu... może potrzebuje czasu? Spróbuj ponownie nawiązać kontakt za parę dni.
- Dzięki, Brad. - Usłyszałam pukanie do drzwi. - Wiesz, muszę już kończyć. Zdzwonimy się jeszcze - pożegnałam się, po czym zakończyłam połączenie. - Wejdź - powiedziałam głośniej w stronę zamkniętych drzwi. Gdy się uchyliły, ujrzałam w nich moją babcię.
Babcia liczyła sobie prawie siedemdziesiąt lat, ale wyglądem przypominała pięćdziesięciolatkę. Nie zachowywała się jak większość kobiet w jej wieku - gorliwa katoliczka, wiecznie z czegoś niezadowolona i narzekająca na młodzież XXI w. Babcia Mildreda była wesołą, starszą panią, która nie znosiła nudy. Kiedy była młodsza, jeździłam wraz z nią i mamą na różne wycieczki. Mówiła biegle po angielsku, włosku i oczywiście po hiszpańsku - jej rodzimym języku. Kiedy chodziła na studia, uczyła się jeszcze polskiego, jednak nie szło jej najlepiej. W młodości musiała być bardzo piękna, bo mimo zmarszczek można dostrzec dawną urodę. Dawniej (co wiem ze starych fotografii) miała burzę ciemnych włosów na głowie, teraz jednak są one siwe, ale równie gęste i długie co kiedyś. Często zaplata sobie warkocz, który ją wyraźnie odmładza. Uwielbia chodzić w zwyczajnych ciuchach - nie znosi stereotypu, że starsze babcie muszą nosić długie, kraciaste spódnice z bawełny i brzydkie chusteczki na głowach, a na nogach wiecznie obecne puchowe kapcie. Nigdy nie narzeka na swoje choroby, bo - jak zawsze nam powtarza - szkoda na to czasu. Jest wspaniałą osobą, która zawsze służy pomocą. Mimo że nie widzimy się często, ufam jej i zawsze zwierzam się ze wszystkich swoich problemów. Ponadto bardzo dobrze mnie zna. Dlatego też kiedy tylko przekroczyła próg mojego pokoju, spytała zatroskana:
- Co cię gnębi, słoneczko?
Przysiadła się obok mnie, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę. Opowiedziałam jej o moich obecnych dość kłopotliwych relacjach z Grace. Babcia pogłaskała mnie po głowie i powiedziała praktycznie to samo, co Brad, ale z jej ust brzmiało to bardziej wiarygodnie, dlatego poczułam, że jeszcze jest nadzieja na odzyskanie przyjaciółki. Zwątpiłam w to, kiedy uznałam, że będzie mnie tak ignorować już przez cały czas, bo jeszcze nigdy nie przestałyśmy ze sobą rozmawiać na tak długo.
- O której mają przyjechać państwo Webs i słynny Michael?
- Babciu... - speszyłam się, ale na moją twarz wpełznął nieznaczny uśmiech.
- No co?
Westchnęłam.
- Będą około siedemnastej.
Babcia szeroko się uśmiechnęła i wyszła, na odchodnym dodając:
- Ja go tu sobie ocenię, a potem ci powiem, co o nim myślę!
I śmiejąc się, opuściła pokój. Jak to jest, że zawsze potrafi mnie podnieść na duchu?
***
Siedemnasta nadeszła zadziwiająco szybko. Ledwo co zeszłam z góry, zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam je szeroko i uśmiechając się przyjaźnie, przywitałam się z gośćmi. Pani Webs trzymała w rękach jakiś pakunek - czyżby ciasto?
Kiedy weszliśmy do kuchni, odłożyła nieznane mi "coś" na stół i przywitała się z resztą domowników. To samo uczyniła cała reszta. Ojciec zdziwił się, widząc tatę Michaela.
- Nie miałem pojęcia, że pan jest w domu! - powiedział radośnie, na co Joseph uśmiechnął się lekko.
- Mów mi Joseph.
- Okay. Jestem Pablo.
- Miło poznać.
Czy aby już się polubili? Stałam z Michaelem na uboczu, gdy ktoś uczepił się mojej nogi.
- Tessie! Co to za ludzie? - Przykucnęłam, żeby móc porozmawiać z małą. Czułam na sobie wzrok mojego chłopaka.
- To rodzice Michaela, Maddie.
- Fajnie, mogę się przywitać? - zapytała speszona.
- Pewnie, biegnij! - odpowiedziałam, wstając.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu, kiedy patrzyłam, jak Maddie przymierza się do zagadania Izzy i Joseph'a. Najpierw stanęła za rozmawiającym dorosłymi z rękami założonymi za plecami i kołysała się lekko na piętach, czekając chyba, aż ją zauważą. Kiedy to się nie stało, dziewczynka delikatnie szarpnęła mamę Michaela za sweter.
- Dzień dobry. Ja tylko chciałam się przywitać.
Kobieta przykucnęła koło mojej siostry i uśmiechnęła się łagodnie.
- Jestem Izzy, witam.
- A ja Maddie. Miło mi cię poznać, Izzy.
Pani Webs zachichotała. Maggie stwierdziła, że możemy iść do góry, bo kolacja będzie dopiero za jakąś godzinę. Oni sobie tutaj porozmawiają w spokoju, a my możemy się nacieszyć swoim towarzystwem. Ledwo co zamknęłam za sobą drzwi sypialni, chłopak był już przy mnie, a jego usta znajdowały się parę centymetrów od moich.
- Jak tam u ciebie?
- Teraz czy ogólnie? - odpowiedziałam zauroczona jego spojrzeniem. Chłopak delikatnie się uśmiechnął, ale nie zmienił pozycji.
- Teraz.
- Całkiem... dobrze.
Poczułam dłonie Michaela przemieszczające się po moich plecach.
- Brakowało mi tego - wyszeptał, wciąż się we mnie wpatrując.
Pokiwałam głową z rozdrażnieniem. Michael chyba to zauważył, bo prychnął rozbawiony.
- Czekasz na coś?
- N-nie.. - wyjąkałam. Dla większej wiarygodności mojej odpowiedzi, odsunęłam się od niego i podążyłam w stronę łóżka. Poczułam ucisk na ręce, a gdy odwróciłam głowę, nie ujrzałam tego, co chciałam. Michael wcale nie miał zamiaru przyciągnąć mnie do siebie i złączyć nasze usta w pocałunku. Mimo że trzymał mnie za nadgarstek, patrzył się w inną stronę: kosza na śmieci obok biurka. Poczułam się zdezorientowana.
- Co to za papiery? Wyglądają znajomo.
- Znajomo? - zdziwiłam się. Utkwiłam wzrok w pliku kartek, które leżały lekko pomięte obok swojego celu. Pewnie nie trafiłam, gdy wyrzuciłam je z zamiarem pozbycia się ich, pomyślałam i przeklęłam bezgłośnie.
Michael podszedł do kartek. Wypuścił moją rękę dopiero, gdy w jego dłoniach spoczęły papiery dotyczące szkół.
- Co to jest, Tess? - spytał, przeglądając stronice.
- Bzdury, które przygotowała mi pani Harris. Nic takiego...
- Czemu to leży w śmieciach? - Spojrzał na mnie pytająco.
- Och, błagam. Czy ty tego nie widzisz? To są nazwy uniwersytetów, do których nie mam szans się dostać.
- Wcale nie, głupku. - Michael opuścił ręce i przysunął się do mnie. - To - mówiąc to, spojrzał na plik kartek - są szkoły, które proszą się o tak uzdolnione osoby, Tess. Masz takie same szanse dostać się do nich, jak każdy inny ambitny człowiek. - Teraz swoje przenikliwe spojrzenie utkwił w moich oczach. - Ty - zaczął, po czym złapał mnie za rękę - jesteś wspaniała i zasłużyłaś, żeby się tam uczyć. Na każdej z tych uczelni, skarbie.
Kiedy skończył mówić, odrzucił kartki na biurko, nawet nie patrząc, czy faktycznie tam wylądowały, a następnie przyciągnął mnie do siebie i delikatnie pocałował w usta.
- To głupota. - Potrząsnęłam głową, przerywając nasz pocałunek, ale chłopak nie ustępował. Odkleił się ode mnie dopiero wtedy, kiedy się całkowicie rozluźniłam.
Ruchem głowy wskazał, żebym szła w stronę łóżka. Jak zahipnotyzowana jego obecnością, odwróciłam się do niego plecami i wykonałam jego niemą prośbę. Kiedy usadowiłam się wygodnie, spojrzałam na chłopaka. Kroczył ku mnie z plikiem kartek w ręce, a ja, na powrót spięta i rozdrażniona, westchnęłam ciężko.
- Nie odpuścisz, prawda?
- Nie - mówiąc to, uśmiechnął się łobuzersko.
Zaczęliśmy je przeglądać, analizując plusy i minusy złożenia podania w danej szkole.
- Columbia... - przeczytałam nazwę uczelni.
- Wiesz, gdzie jest...?
- Tak - przerwałam mu. - Wiem. Przynajmniej mniej więcej. W Nowym Jorku, tak?
Michael kiwnął głową.
- NY jest ogromny, więc...
- To niecałe dziesięć minut autem do mojej szkoły, Tess.
Zapadła cisza, którą przerywały jedynie nasze oddechy i niewyraźne głosy rozmowy dochodzące z dołu.
- Mają tam wydział idealny dla ciebie...
- To są plusy - znowu weszłam mu w zdanie - a minusy? Nowy Jork - ojciec w życiu mnie nie puści. Daleko od domu równa się też temu, że Maddie będzie za mną tęsknić i jeszcze...
- Tess. - Michael położył swoją dłoń na mojej. - Przestań.
- Przestać co? - Spojrzałam na niego zdezorientowana. Czemu moje serce biło tak szybko?
- Tak szybko wykluczać fantastyczną możliwość.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czy on nie rozumiał?
- Przejdźmy do następnych ofert - palnęłam i odwróciłam wzrok od jego przenikliwych, zielonych oczu. Zaczęłam przewracać papierami (zbyt nerwowo jak przypuszczam), ale chłopak złapał mocno za moje obie dłonie, powstrzymując mnie tym samym od robienia bałaganu na łóżku, a nawet roztargania niektórych kartek. Nawet nie miałam jak przegonić złośliwego kosmyka włosów, błąkającego się po mojej twarzy. Michael zmusił mnie, żebym na niego spojrzała.
- Co się dzieje? - spytał troskliwie. Do oczu naszły mi łzy.
- Czy ty nic nie rozumiesz?! - Trochę podniosłam głos, ale nic mnie to nie obchodziło. - Tak, Columbia jest w Nowym Jorku. Tak, to cholernie blisko do ciebie. Tak, moglibyśmy być znowu razem tak... normalnie... jak parę miesięcy temu. Zawsze obok siebie. - Łzy spływały mi teraz po policzkach. - Ale po co robić sobie nadzieję na to, że w ogóle mnie tam przyjmą, Michael?! Na cholerę myśleć, że znowu będzie normalnie, że będą mogła cię mieć obok siebie, kiedy szanse na pozytywne rozpatrzenie mojego podania wynoszą jeden do miliona?! A nawet jeśli zdarzy się cud i mnie przyjmą, to myślisz, że co? Że mój ojciec mnie puści tak po prostu do Nowego Jorku? Mimo że minie rok od tamtej sytuacji, nie zmieni swojego podejścia do wyjazdu tak daleko. Już nie pamiętasz? Nie przypominasz sobie, jak się pokłóciliśmy, bo nie chciał, żebym wyjechała z tobą? - Mój szloch był zapewne słyszalny nawet w salonie, ale nie przejmowałam się tym. Za bardzo oddałam się emocjom, które mi towarzyszyły. - Wszystko jest przeciwko nam! Kiedy tylko pojawia się iskierka nadziei, coś musi się spieprzyć i wszystko szlag trafia, a ja znowu kończę tak, że jestem od ciebie cholernie daleko!
Schowałam twarz w dłoniach, bo nie mogłam opanować płaczu. Michael przyciągnął mnie do siebie gwałtownie, chcąc mnie uspokoić. Szeptał coś, ale nic nie rozumiałam.
Przed oczami miałam siebie z walizką przed nowym mieszkaniem w NY.
Należy do mnie i Michaela, a w drzwiach czeka właśnie on.
Moglibyśmy być szczęśliwi.
Gdy wtem jakiś wir z powrotem ciągnie mnie do mojego miasteczka, a ja nie mogę dosięgnąć ręki Michaela, by zostać razem z nim. I znowu ląduje na ganku swojego domu.
Ojciec krzyczy na mnie za bezmyślną decyzję przeprowadzki, a mała Maddie płacze, bo nie chce, żebym ją zostawiała.
- Tess, proszę, przestań - usłyszałam błagalny szept chłopaka. Wróciłam do rzeczywistości. Otworzyłam zapuchnięte od łez oczy, ale obraz jeszcze przez dobrą minutę był zamglony. - Posłuchaj - poprosił, kiedy już mój oddech w miarę się ustabilizował, a do mnie docierało każde słowo. - Nie zgadzam się z niczym, co mi teraz powiedziałaś, rozumiesz? Jesteś zdolna i przyjmą cię do tej szkoły. Wierzę w to, okay? Twój ojciec? Problem rozwiązany, a wiesz czemu? Jak nikt mam dar przekonywania, skarbie. Poza tym jest jeszcze moja mama, mój ojciec... i ty. Wierzę, że potrafisz przekonać ojca co do przeprowadzki do Nowego Jorku, kiedy cię przyjmą. Maddie sobie poradzi. Będziemy często tutaj przyjeżdżać. Pozwolę ci nawet zabrać ze sobą Nukę, chyba że Maddie jej nie puści. Poradzimy z tym sobie, rozumiesz? Obiecasz mi, że zrobisz wszystko co w twojej mocy, żeby zdobyć miejsce na tym uniwersytecie?
Pokiwałam głową mimowolnie, a chłopak objął mnie opiekuńczo. Na nowo się rozkleiłam.
- Kocham cię, Tess. - Michael pocałował mnie w czoło, po czym zaczął gładzić ręką po moich plecach, a ja znów zatrzęsłam się od płaczu. - Poradzimy sobie z tym wszystkim jakoś. W końcu musi się nam udać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz