czwartek, 20 marca 2014

Rozdział 25. Koniec z tajemnicami

- Płakałaś, Tessie? Stało się coś? - usłyszałam dziecięcy, wysoki szept, w którym dało się słyszeć przejęcie, a nawet nutkę strachu.
  Otarłam pospiesznie policzki i oczy i spoglądnęłam na Maddie stojącą w drzwiach. Kompletnie nie wiedziałam, co mam jej odpowiedzieć.
- Trudno wytłumaczyć, Maddie. - Michael mnie wyręczył, chociaż moja siostra pewnie nie miała zamiaru ustąpić po tak nic nie znaczącej odpowiedzi.
- Ale nie pokłóciliście się, prawda? - Dziewczynka w dalszym ciągu wyglądała na zaniepokojoną, a jej oczka były szeroko otwarte.
- Nie, wszystko w porządku - wydukałam, przybierając na twarz nikły uśmiech.
  Maddie podbiegła do nas i wskoczyła na łóżko niemal tak zwinnie jak kot pani Upper z sąsiedztwa uciekający przed szczekającą Nuką.
- Tato się pytał, czy zejdziecie na dół. A właściwie przysłał mnie, żeby was ściągnąć z góry.
- O, kolacja już gotowa? - zapytał szczerze zdziwiony Michael.
  Na twarz małej wniknęło zdenerwowanie i zakłopotanie. Widać było, że nie wie, co ma powiedzieć, a raczej czego nie powiedzieć, żeby przypadkiem nie wyjawić prawdziwego powodu, bo coś przeczuwałam, że nie chodzi tutaj o kolację. Wzruszyła tylko drobnymi ramionkami i komicznie mlasnęła ustami. Spojrzałam na Michael, który również się mi przypatrywał. Odzwierciedliłam gest siostry (wyłączając mlaśnięcie) i wstałam z łóżka.
  Z dołu dobiegały odgłosy rozmowy, śmiechy... dokładnie tak jak wcześniej. Kiedy zeszłam do korytarza, światło było zgaszone. Poczułam się strasznie zdezorientowana, mimo że przez okna wpadało jeszcze trochę światła dziennego, ale zaraz słońce miało zajść.
- Gdzie są wszyscy? - spytałam, nie licząc na odpowiedź. Ku mojemu zdziwieniu zza drzwi kuchni wyłoniła się Izzy. Miała na sobie swój czarny płaszcz i czapkę z wełny.
- Pewnie już na zewnątrz. No, dalej. Zbieramy się - poinformowała, po czym klasnęła w dłonie zachęcająco do działania.
- Ale... gdzie mamy iść? - To pytanie nasunęło mi się na myśl w tej samej chwili, kiedy Michael wypowiedział je na głos.
- A no tak. Megan źle wyszedł obiad, więc jedziemy do restauracji. Ale, na Boga, idź się wymalować Tessie, bo trochę się rozmazałaś. - Jej brwi zeszły się prawie w jedność, a na czole pojawiły się lekkie zmarszczki oznaczające analizowanie swoich słów. - Coś się stało?
- Nieee - odpowiedziałam, przeciągając samogłoskę. Wymieniłam szybkie spojrzenie z Michaelem i pognałam do góry.
  Faktycznie, nie byłam w najlepszym stanie. Pospiesznie umyłam twarz i na nowo się umalowałam, a po krótkim rozmyślaniu, postanowiłam się jeszcze przebrać. Skoro mieliśmy jechać do restauracji, nie za dobrym pomysłem było udać się tam tak ubraną. Ubrałam elegancką białą bluzeczkę na guziki z rękawami trzy/czwarte i wsunęłam na siebie czarną rozkloszowaną spódniczkę. Przeczesałam włosy i włożyłam na stopy skarpetki z koronkowym wykończeniem, a następnie założyłam kremowe koturny. To wszystko zajęło mi niecałe dziesięć minut. Wow, jestem z siebie dumna, pomyślałam.
  Zbiegłam na dół, kiedy Michael i Maddie już byli ubrani w kurtki. Szybko wcisnęłam na siebie płaszcz i owinęłam szyję białym, puchowym szalikiem po czym wyszłam na zimne powietrze.
- No no, pięknie wyglądasz - powiedział tata. - Przepraszamy za tą nagłą zmianę planów - zwrócił się z tymi słowami nie tylko do mnie, ale i do naszych gości. Joseph pokiwał głową ze zrozumieniem, mówiąc, że nie ma sprawy.
  Nadal byłam zdezorientowana, co gorsza wpakowali mnie do osobnego auta i nie mogłam jechać z Michaelem. Obok mnie w foteliku siedziała Maddie, a na przedzie Megan z tatą. W swoim samochodzie miał jechać mój chłopak ze swoimi rodzicami. Po parunastu minutach zatrzymaliśmy się. Zdziwiłam się, kiedy ujrzałam dom Brada.
- Co to ma znaczyć? - spytałam taty, ale ten uśmiechnął się półgębkiem i nic nie odpowiedział. Wszyscy udaliśmy się w stronę dużej posiadłości, w której byłam na pamiętnej feralnej imprezie.
  Tata, ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, otworzył drzwi, nie racząc zapukać do domu obcych ludzi. Co tu się działo, do cholery?
  Szłam tak zaskoczona, że nie zwróciłam uwagi na to, że byłam już w salonie.
- Nic nie rozumiem... - wyszeptał mój chłopak, przyglądając się całemu pomieszczeniu. Podzielałam jego zdanie.
  Wygląd salonu pamiętałam już z ostatniego pobytu tutaj, ale to jak teraz wyglądał, niezmiernie mnie zadziwił. Nie zmieniły się tutaj ani kolor ścian, ani położenie telewizora czy dywan. Zaskoczeniem był ogromny stół pośrodku pokoju nakryty białym obrusem, na którym znajdowało się wiele smakołyków.
Bardzo zaskoczyło mnie również to, kim salon był wypełniony.
  Z końca stołu machał do mnie uśmiechnięty Dean, a koło niego stała rozpromieniona Emily. Dwoje identycznych dzieci (różniących się jedynie płcią i długością włosów) siedziało przy stole, rozmawiając o czymś zawzięcie i w ogromnym skupieniu. Z niewielkiej podobizny oceniłam, że jest to rodzeństwo Deana. Shleby i Patrick. Z troskliwym spojrzeniem spoglądała na tą dwójkę pewna chuderlawa kobieta na wózku. Nogi miała przykryte kocem, a na jej rękach dostrzegałam silnie pulsujące niebieskie żyły. Z profilu jej twarzy wnioskowałam, że jest stosunkowo młoda, ale choroba ją wyniszcza i - co się temu równa - postarza.
  Mój wzrok powędrował dalej zaciekawiony tym zbiorowiskiem. Ujrzałam Brada, uśmiechającego się do mnie tak jak miał to w zwyczaju, a ja, mimo kompletnego zdezorientowania obecną sytuacją, odwzajemniłam to. Obok niego siedział wysoki mężczyzna, którego widziałam tylko raz w życiu - kiedy pewnego listopadowego dnia przyjechałam do Brada na parę chwil, żeby go odwiedzić. To był jego tata. Właściwie nie byli do siebie podobni, może trochę z budowy ciała (jednak Brad był nieco niższy). Po prawej stronie Thomasa zajmowała miejsce drobna kobietka o włosach miodowego odcieniu. Miała góra trzydzieści trzy lata. Zakładałam, że to Candance, kobieta, dla której ojciec mojego przyjaciela przeprowadził się do Goldhill.
  Trzy miejsca obok niej były puste, a kolejne zajęła Maggie wraz z mężem Walterem. W siedzonku do karmienia małych dzieci siedział słodki Kenneth. Ośmioletni syn państwa Desantis, Carlos, widząc mnie, szybko pomknął ku drzwiom, za którymi (o ile dobrze pamiętam) znajdowała się łazienka. Zbyłam to dziwne zachowanie nieznacznym ruchem ramionami i przyjrzałam się osobie, której od dość dawna nie widziałam.
  Grace.
  Moja przyjaciółka podpierała się łokciami na stole, a wyraz jej twarzy wyrażał znudzenie i poirytowanie. Co dziwne, nie zaszczyciła ani mnie, ani nikogo z przybyłych wraz ze mną spojrzeniem. Tak, teraz zamiast jedynie lekkiego już zdezorientowania odczuwałam jeszcze przygnębienie z powodu ignorancji przyjaciółki.
  To byli wszyscy obecni. Razem dwadzieścia osób. Wow.
- Witamy na przed-bożonarodzeniowym obiedzie - powiedział tata Brada w geście powitania. Byłam oniemiała. - Z różnych powodów nie możemy się spotkać w komplecie dwudziestego piątego grudnia. My, na przykład, lecimy do Kalifornii, do dziadków Brada. Inni też mają swoje plany, dlatego wpadliśmy na takowy pomysł. Dodam, że żadne z dzieci nie wiedziało o tym planie. Jedynie Emily i Maddie. - Uśmiechnął się łudząco podobnie do Brada. - Tak więc, zapraszam do stołu i życzę smacznego!
  Spoglądnęłam na Michaela, którego mina wyrażała zachwyt zlewający się z pozostałościami zaskoczenia. Chwyciłam go za rękę, pociągając w stronę wolnych miejsc. Niestety krzesła obok Candance zajęła Megan, tata i Maddie. A Izzy i Joseph przysiedli się obok mamy Deana. Zostały dwa wolne siedzenia - obok Grace. Westchnęłam ciężko i przysiadłam się do blondyna, natomiast Michael usiadł koło mojej przyjaciółki. Zapowiadał się ciekawy wieczór.



***



Perspektywa Grace

  Czułam, że ten pomysł to będzie jedno wielkie bagno. Gdy tylko rodzice poinformowali mnie o kolacji poza domem, zaczęłam coś podejrzewać. Niezbyt chciałam jechać i prawie się z nimi o to pokłóciłam, ale w końcu, widząc bardzo podenerwowaną mamę, zgodziłam się bez większego entuzjazmu. Po co wkurzać Maggie w święta?
  Na polu było zimno, ale na szczęście nie padał śnieg. Może jutro tak z rana pójdę sobie pobiegać do parku? - pomyślałam. Kiedy zajechaliśmy pod dom pana Reed'a, przywitał nas mój dobry kumpel Brad.
  Dla jasności - tak, nie byłam jego wielką fanką przed wakacjami, ale później, kiedy sytuacja pomiędzy nim, Tess i Michaelem się wyjaśniła, nawet go polubiłam. Wydawał się miły i w rzeczywistości taki był. Rzadko z nim rozmawiałam przez ostatnie parę miesięcy, to fakt, ale nie oznacza to, że za nim nie przepadam.
  Zaskoczył mnie widok tak pięknie przygotowanego salonu. Ale bardziej wpłynęła na mnie ilość krzeseł. Musiałam je policzyć trzy razy, zanim uwierzyłam w ich ilość. Dziewiętnaście! Skąd oni tyle ich w ogóle wytrzasnęli? Na dodatek tata wziął do samochodu krzesełko do karmienia dla Kenneth'a, więc łącznie dwadzieścia miejsc siedzących.
  I wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, kto jeszcze przyjdzie.
  Po pół godziny pojawił się Dean wraz ze swoją rodziną. Cmoknął mnie na powitanie w policzek i zapytał się jak moje zdrowie. Poskarżyłam się na lekki ból gardła jako pozostałość po wyimaginowanej chorobie, po czym zajęłam się zabawianiem płaczącego braciszka. Dzięki Bogu, Kenneth wiedział, kiedy zacząć wyć.
  Siedziałam znudzona dwa krzesła od Deana, kiedy usłyszałam szczęk otwieranych drzwi. Kolejni goście, pomyślałam. Najpierw do salonu weszła pani Webs wraz z jakimś mężczyzną. Szczerze zdziwiłam się, dochodząc do faktu, że to ojciec Michaela. Co on tu robi? 
  Ech, tyle pytań mi się już nasuwało na myśl, a najgorsze było to, że nie miałam dostać na nie odpowiedzi.
  Następnie weszła Megan i Pablo, a za nimi w podskokach uradowana Maddie. Jak bardzo stęskniłam się za tą dziewczynką... Na moment tylko zwróciłam wzrok na osoby, które jako ostatnie weszły do zatłoczonego pomieszczenia.
  Michael i Tess.
  Nie do wiary! Tak długo starałam się jej unikać, nie rozmawiać z nią, najzwyczajniej w świecie ignorować, gdy ta nagle wparowuje na odświętną obiadokolację do Reed'ów. Paranoja.
  Przez tą krótką chwilę na jej twarzy dostrzegłam niedowierzanie i zaskoczenie. Bardzo podobna reakcja do mojej, pomyślałam. Zdałam sobie sprawę, że dziewczyna będzie chciała rozglądnąć się, kto został zaproszony, więc wpatrzyłam się w talerz przede mną, modląc się, żeby Tess nie przejęła się moją obecnością.
  Na dodatek do tego wszystkiego szczęśliwa para zakochanych usiadła obok mnie, bo resztę wolnych miejsc pozajmowali inni przybili goście. Westchnęłam ciężko, zdobywając się na słaby uśmiech.
- Cześć, Michael - przywitałam się z ciemnowłosym, który właśnie rozsiadł się wygodnie na krześle.
- Grace, miło cię widzieć. - Chłopak obdarował mnie szerokim uśmiechem, ukazując przy tym szereg śnieżnobiałych zębów.
- Jak tam w Nowym Jorku, co, stary? - zapytałam, siląc się na swobodny ton głosu, jak gdyby ta rozmowa była błahą wymianą zdań między znajomymi.
- Całkiem, całkiem, ale tęskni mi się za Goldhill. W cholerę nauki, na szczęście występy naszego zespołu ratują mnie przed powieszeniem się na balkonie Evie - zażartował, a ja zachichotałam mimowolnie.
- Co tam u Zane'a? - zapytałam, korzystając z okazji.
- Wszystko w porządku. Jest w domu na święta, ale prawdopodobnie wraca na sylwestra do Nowego Jorku.
- Aha - odpowiedziałam, wciąż się uśmiechając. - To spoko. Jak myślisz, kto wpadł na ten genialny pomysł?
- Wydaje mi się, że to grupowa praca. Kto podał konkretny termin "wspólna kolacja"? Nie mam pojęcia. Ale moja mama ostatnio ciągle mnie zaskakuje, więc nie zdziwiłbym się, gdyby to był jej pomysł.
- Ten mężczyzna, koło niej - zaczęłam, nawiązując do tematu - to twój tata? - Chłopak pokiwał głową. - To ta niespodzianka, którą mama tak cię zaskoczyła, mam rację?
  Jeszcze raz powtórzył gest i dodał:
- Miał nie przyjeżdżać, bo coś mu wypadło, jednak dzisiaj dowiedziałem się, że to był tylko taki niewinny żarcik.
- Całkiem przyjemna niespodzianka, prawda?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - Michael nie ukrywał zadowolenia. Skończyliśmy rozmawiać, bo Candance, żona taty Brada, przyniosła obiad. Bardzo dobrze gotowała, musiałam to przyznać, jednak nie byłam co do niej przekonana. Wydawała się jakaś taka... zbyt idealna, a zarazem dziecinna i kobieca (choć tu może bardziej pasuje określenie dziewczęca). A jej śmiech doprowadzał mnie do szału.
  Obiadokolacja minęła w całkiem przyjemnej atmosferze, zważając na lekkie napięcie pomiędzy mną a Tess. Postanowiłam, że nie będę zwracać na nią uwagi, to może dalej będzie myśleć, że jestem na nią o coś zła.
  Och, jak bardzo się myli...
  Nagle, wyrywając mnie z rozmyślań, zadzwoniła komórka. Pospiesznie wyszłam do kuchni, żeby nic nie zagłuszało mojej rozmowy. Dobrze wiedziałam, kto dzwoni.
- Halo?
Jak tam? - usłyszałam w słuchawce znajomy głos.
- Właśnie zjedliśmy obiad. Nie za bardzo mogę gadać...
Przepraszam - rozmówca przerwał mi w pół zdania. - Odezwę się później.
Dobra. Na razie - pożegnałam się i szybko zakończyłam połączenie.
  To nie było dobre miejsce ani czas na takie rozmowy telefoniczne. Stałam oparta rękami o zlew, rozmyślając nad tą ciążącą mi na sercu sprawą, kiedy usłyszałam swoje imię, wypowiadane przez Tess. Odwróciłam lekko głowę, żeby potwierdzić coś, co już wiedziałam, odkąd Webs'owie i rodzina Rodriguez przekroczyli próg salonu.
  Tess była smutna. Na jej twarzy malowało się zakłopotanie i przygnębienie. Wątpię, żeby ktoś jeszcze inny to dostrzegł. Tylko ja ją tak dobrze znałam. 
  Westchnęłam ciężko, wpatrując się na powrót w metalowy kran. Obserwowałam, jak krople wody cichutko i leniwie skapują do zlewu. Naliczyłam dwanaście, zanim Tess znowu się odezwała. Szczerze przyznam, że wcześniej nie miałam pewności, czy dalej tam stoi.
- Nic nie rozumiem. - W głosie Tess słyszalna była również nutą złości. - Dlaczego tak się zachowujesz? Nie zasługuję nawet na jakieś wyjaśnienia?
  Wciąż myślałam, więc dziewczyna wydała się z siebie odgłos poirytowania, bardzo podobny do "ugh", ale przepełniony rozgoryczeniem.
- Cholera, Grace. - Przyjaciółka podeszła bliżej i złapała mnie za nadgarstek, odwracając tym moją uwagę od kropel wody. Przekręciłam się przodem do niej, napierając na zlew w celu oparcia. Mimowolnie spojrzałam jej w oczy. Przez sekundę myślałam, że widzę zbierającą się łzę, jednak dziewczyna szybko spuściła wzrok. Coś ukłuło mnie w sercu. Musiała znać prawdę, zasługiwała na to.
- Tess - odezwałam się cicho. Brunetka podniosła na mnie swoje kocie oczy, ale nie dostrzegłam w nich już tego co wcześniej. - Ciężko mi o tym mówić.
  Tym razem to ona milczała, więc wzięłam parę głębokich wdechów, zanim miałam ją poinformować o całej tej zagmatwanej sytuacji. Czułam że to, co zaraz powiem, pociągnie za sobą wiele następstw, o których nie chciałam nawet rozmyślać, ale w końcu musiałam się zdobyć, żeby komuś o tym powiedzieć. Mało tego, Michael już by wiedział, bo ciężko mi było z nim rozmawiać tak swobodnie, wiedząc to, o czym on nie ma zielonego pojęcia. Prawie mu powiedziałam! Na pewno by go to poruszyło, jednak... on jest chłopakiem. I to dość silnym chłopakiem, poza tym nie odczułby takich wyrzutów do pewnej osoby, jakie Tess odczuje do mnie, że ją okłamywałam. A co dopiero Dean...
  Biorąc ostatni dłuższy wdech, w końcu ujawniłam prawdę:
- Spotykam się z Zane'em.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk