niedziela, 23 marca 2014

Rozdział 26. Obca osoba

- Co?! - Zamurowało mnie.
  Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego. Grace i Zane? Jakim cudem? Przecież... przecież tak się nie lubili. Poza tym... nie, to niemożliwe. - Grace, chyba musimy poważnie pogadać.
  Dziewczyna westchnęła. Irytowało mnie powoli to, ile razy tak już dzisiaj zrobiła.
- Wiem - odparła cicho. Modliłam się w duchu, żeby nikt przypadkiem nie podsłuchiwał naszej rozmowy. Wyciągnęłam przyjaciółkę z kuchni i, przechodząc przez salon, poszłam w stronę schodów. Nie zwróciłam nawet uwagi na to, czy ktoś się przyglądał naszemu dziwnemu zachowaniu. Byłyśmy już na półpiętrze, kiedy z dołu dobiegł mnie zatroskany głos Brada.
- Wszystko w porządku? Gdzie idziecie?
- Musimy pogadać, możemy iść do ciebie? - Spojrzałam na niego błagalnie, a na jego twarz wstąpił nikły uśmiech.
- Nie ma sprawy - odpowiedział i wrócił do gości. Nie zwlekając, udałam się w stronę jego pokoju.
  Byłam tutaj już kiedyś, dlatego wiedziałam, które pomieszczenie to jego sypialnia. Była całkiem zwyczajna: jedno pojedyncze łóżko z brązową narzutą, komoda na ubrania, kosz na brudne rzeczy, płaski telewizor na ścianie, biurko z laptopem, drewniane krzesło i parę wiszących półek, na których znajdowały się różne książki i jedna statuetka. Nie było tu takiego porządku jak u Michaela, ale (jak na chłopaka) było tu całkiem czysto.
  Szary T-shirt, który leżał niedbale na łóżku, wrzuciłam do kosza na brudy i usiadłam po turecku na miękkim materacu. Grace niepewnie zajęła miejsce obok mnie, podwijając nogi pod tyłek.
- Opowiadaj - powiedziałam bardzo spokojnie. Dziewczynę to chyba zdziwiło, bo uniosła pytająco brew.
- Opowiadaj? Żadnych pytań, krzyków, wyrzutów?
- Grace... - zaczęłam z politowaniem - zanim zacznę się na ciebie wydzierać, chcę wiedzieć, jak było. - Uśmiechnęłam się do niej pokrzepiająco, by zachęcić ją do zwierzeń. W rzeczywistości już w kuchni miałam ochotę ją zwyzywać, ale... była moją przyjaciółką. Chociaż właściwie to nie, nie przyjaciółką. Grace jest jak siostra, więc nie mogłam ją potraktować jak najgorszego wroga (choć możliwe, że Grace nie byłaby w stosunku do mnie tak łagodna, gdybym to ja tak się zachowała). Najpierw warto poznać fakty. Blondynka wyraźnie zaskoczona moją reakcją milczała jeszcze przez dłuższą chwilę.
- Zane zadzwonił do mnie w poniedziałek, budząc mnie tym samym z drzemki po podróży. Do tej pory nie wiem, skąd miał mój numer. Na początku, gdy się przedstawił, zrzuciłam go. Ale dzwonił i dzwonił, więc odebrałam, żeby powiedzieć, że ma się ode mnie odczepić, ale on nie zważał na moje podejście do niego. Zaczął mówić, przepraszać i w ogóle... Ciężko mi to opisać. Po prostu postanowiłam zakopać topór wojenny i normalnie się z nim kolegować. Zaczęliśmy pisać, rozmawiać... aż do mnie przyjechał. I wtedy... - Dziewczyna zawiesiła głos. Przez cały czas, kiedy mówiła, bawiła się rąbkiem swetra. - Całe moje uczucie do niego powróciło. To tak, jakbym odnalazła coś, co zgubiłam dawno temu. Przy nim czuję się swobodnie, bez zahamowań mogę być sobą.
- Przy Deanie tak nie jest? - przerwałam jej.
- Nie. Znaczy... nie tak samo. Rozumiesz?
  Pokiwałam głową, choć w rzeczywistości nie docierało do mnie jej tłumaczenie. Myślałam, że po jej historii moja złość na nią jakoś minie, ale... nie. Grace przeszła samą siebie.
- Potem poleciałam do niego. A parę dni temu przyjechał do domu na święta i codziennie się z nim widywałam. Tylko nie dziś.
  Chyba skończyła już mówić, bo przez prawie pięć minut była cisza, zakłócana jedynie głosami dorosłych z dołu.
- Powiedz coś - wyjąkała, wlepiając we mnie wyczekujące spojrzenie.
- Co mam ci powiedzieć, Grace? Że nie pochwalam twojego zachowania? Że przesadziłaś tym razem? Że dobrze wiesz, jaki Zane jest i co z tobą zrobił, kiedy ostatni raz byliście razem? I po co mam to mówić? Po co, skoro ty już o tym bardzo dobrze wiesz, a jednak robisz na przekór. Jeszcze do tego wszystkiego okłamywałaś mnie i unikałaś, zamiast powiedzieć prawdę... Zawiodłam się na tobie, Grace. - Przyjaciółka wyglądała na niewzruszoną. - Rozumiem, że oczekujesz wybaczenia z mojej strony, ale ja mam tego dość. Nie jestem za związkiem z Zane'em, i dobrze o tym wiesz. Robisz błąd.
- Ale to moje życie i mogę je popełniać - oburzyła się.
- Tak, ale po co kolejny raz?! Jeszcze nie nauczyłaś się po ostatnim? - Prawie krzyczałam, ale, ku mojemu zdziwieniu, to Grace nie wytrzymała. Nie myśląc chyba, co robi, nakrzyczała na mnie.
- Wiedziałam, że nie zrozumiesz! Dean nie jest ideałem, więc po co trzymasz jego stronę?! To było tylko głupie zauroczenie, a Zane'a kocham od dawna! Ale ty tego nie pojmiesz.
- I lepiej okłamywać cały czas Deana, tak? Nie widzisz, jak się zachowujesz?
- Prawie jak ty.
  Zatkało mnie. Przez chwilę milczałam, nie móc uwierzyć w to, co mówi.
- Coś ty powiedziała?
- Dobrze słyszałaś. - Na jej twarz wstąpił ironiczny uśmiech. Nigdy nie była taka w stosunku do mnie. - Prawie. Jak. Ty. - Powtórzyła, robiąc przerwę po każdym z trzech słów.
- Bredzisz.
 - Czyżby? Przecież to ty, będąc z Michaelem, kochasz Brada.
- Nie kocham go! - krzyknęłam z oburzeniem. Myślałam, że ten temat mamy już za sobą.
- Tylko to sobie wmawiasz, ale zbyt dobrze cię znam.
- Może ci się tylko wydaje - parsknęłam opryskliwym tonem.
- Nie, obie się bardzo dobrze znamy, Tess.
- Wątpię. Coraz bardziej wydaje mi się, że nie wiem, kim jesteś, Grace.
- Co ty pleciesz? - Wybałuszyła na mnie swoje wielkie oczy.
- Zachowujesz się jak nie ty, nie widzisz tego? Nie rozmawiałyśmy niecały miesiąc, a cię nie poznaję. - Potrząsnęłam głową z niedowierzania i wstałam z chęcią opuszczenia pokoju i znalezienia się od niej jak najdalej można. Jej słowa mnie raniły, dlatego nie chciałam tego więcej słuchać.
- Wiesz, że mam rację, co do twoich uczuć do nich obu! - krzyknęła za mną jeszcze, jak gdyby chciała mi na koniec dopiec chamstwem, ale już byłam na korytarzu.
  Oddychałam szybko, wzburzona kłótnią z blondynką. To niemożliwe, co się z nią działo? Nie widziałam już w Grace swojej przyjaciółki, ale obcą osobę, podobną tylko z wyglądu do mojej siostry, którą była do niedawna. Teraz nie chciałam jej znać.
  Zbiegłam do korytarza i pospiesznie wsunęłam buty. Zapominając o kurtce, wybiegłam z domu mojego przyjaciela, by móc w samotności i ciszy pomyśleć na świeżym powietrzu. Potrzeba mi było trochę spokoju.
  Szłam przed siebie, nie znając tutejszej okolicy. Zdawało mi się, że minęła już przynajmniej godzina, dlatego że strasznie bolały mnie nogi od marszu, a ramiona i nogi zamarzały. Na całym ciele miałam gęsią skórkę.  W oddali dostrzegłam postarzałą ławeczkę, więc przyspieszyłam kroku. Kiedy już usiadłam, przymknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.
  Zane. Głupi, chamski, perfidny Zane Withers. Grace kompletnie do niego nie pasowała. Przecież to miła, czasami kłótliwa, ale uprzejma i kochająca dziewczyna. Wiem, że nie lubi, gdy jej się mówi coś sprzecznego z jej przekonaniem, ale dzisiaj przesadziła. Nie spodziewałam się takiej reakcji. A jak mówiła o moich uczuciach... Jakim prawem swoją sytuację porównywała do mojej, do tego sprzed paru miesięcy. Dobrze wie, że traktuje Brada jak przyjaciela.  Było mi bardzo przykro, ale nie chciało mi się płakać. Zbyt buzowała we mnie złość na Grace.
- Rodriguez, umiesz wywołać niezłe zamieszanie - usłyszałam głos Michaela. Otworzyłam oczy, wpatrując się w jego nadciągającą ku mnie sylwetkę. Nikły uśmiech na jego twarzy świadczył o tym, że odczuwa ulgę. Tylko ciekawe z jakiego powodu.
- O czym ty mówisz? - zapytałam zachrypniętym głosem.
- Poczekaj chwilę, tylko zadzwonię na komisariat, że się już znalazłaś - powiedział z powagą i wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki swoją komórkę.
- Co?! - wykrzyknęłam zaskoczona. Moje chwilowe rozluźnienie swobodnym myśleniem umknęło, a na powrót wróciło zdenerwowanie.
- Żartuje, kretynko. Do tego stopnia jeszcze nie oszaleli - uspokoił mnie z łobuzerskim uśmiechem, wybierając jakiś numer. - Znalazłem ją - powiedział do aparatu i wysłuchał odpowiedzi swojego rozmówcy. Pokiwał głową, jakby liczył na to, że osoba po drugiej stronie to dostrzeże i zakończył rozmowę.
- Było tak, że Grace zeszła rozwścieczona na dół i oświadczyła, że wraca do domu, choćby pieszo. Zaproponowałem jej podwózkę, a po drodze opowiedziała mi o wszystkim i Tess... - powiedział, podchodząc bliżej. - Naprawdę nie wiedziałem, że jest coś pomiędzy nią a Zane'em. Nic mi nie mówił, a ja nie pytałem. Gdybym coś zaczął podejrzewać, może wcześniej by było wszystko jasne... - zawiesił głos. - Sorry, naprawdę. Może w jakiś sposób można by było zapobiec tej całej sytuacji, ale teraz już trudno. Więc gdy wróciłem do Brada, zamieszanie trwało. Candance sprzątała ze stołu wraz z moją mamą, a Dean zwinął się z rodziną do domu. Inni zainteresowali się twoją nieobecnością, dlatego zaproponowałem, że pójdę cię poszukać. Muszę jeszcze poinformować Brada, bo poszedł w drugą stronę. - I, na potwierdzenie swoich słów, zaczął klepać coś na ekranie dotykowego smarthphone'a. Z domysłów wywnioskowałam, że pisze do mojego przyjaciela.
  Wpatrzyłam się w dom przede mną. Z tej strony budynku były drzwi i dwa okna. Świeciło się jedynie w pomieszczeniu z prawej, a przez nieprzysłoniętą zasłoną szybę dostrzegałam kobietę przechadzającą się po pokoju z malutkim dzieckiem na rękach. Nuciła coś pod nosem, zapewne kołysankę albo słowa łagodzące płacz dziecka, bo z tej odległości nie dostrzegałam twarzy malucha. Przypomniało mi się, jak mama kołysała tak Maddie i zrobiło mi się ciepło na sercu, mimo że odczuwałam chłód, spowijający moje prawie nagie nogi. Rajstopy były bardzo cienkie, więc każdy podmuch wiatru dotkliwie oddziaływał na moje łydki i do połowy odkryte uda.
- Tess?
- Hm? - Zwróciłam spojrzenie na Michaela.
- Mogę się przysiąść? - zapytał, a w jego oczach dostrzegłam dziwny błysk. Pokiwałam głową, napawając się spokojem, który ogarnął mną dzięki temu uroczemu obrazkowi z domu naprzeciwko. - Jak się trzymasz?
- Jest okej.
- Mówisz poważnie? - W jego głosie była słyszalna nutka zdezorientowania.
- A czemu nie?
- Pokłóciłaś się z Grace, swoją najlepszą przyjaciółką. Wydaje mi się, że powinnaś być choć trochę poruszona, wkurzona, smutna... A ty jesteś spokojna i najwidoczniej nic cię to nie ruszyło.
- Sama sobie zawiniła. Wiadomo, że jest mi trochę przykro, ale tym razem przesadziła, Michael. Nie będę przejmować się takimi osobami.
- Ale...
- Wiem, kim jest dla mnie Grace - przerwałam mu, nie dając możliwości dokończenia zdania. - A raczej była. Ona się zmieniła, Michael. Nie przejmuję się.
  Chłopak pokiwał głową i mruknął pod nosem ciche "jasne". Zwróciłam wzrok w stronę domu z naprzeciwka, ale światło w pokoju było już zgaszone. Westchnęłam zawiedziona.
- Zimno ci - stwierdził i nie czekając na moją odpowiedź, ściągnął z siebie skórzaną kurtkę i zarzucił mi ją na ramiona. Okryłam się nią szczelniej i zaczęłam napawać się zapachem Michaela. Chłopak otulił mnie swoim ramieniem, a ja schowałam głowę w szczelinie pomiędzy nami.
  I wtedy wbrew sobie, zaszlochałam cicho.
- Wiedziałem - wyszeptał i przytulił mnie mocniej, całując w czoło. Wtuliłam się w niego, przekładając rękę przez jego brzuch. Złapał mnie za dłoń i splótł nasze palce.
- Cała się rozmażę - wyjąkałam przez łzy, nie zmieniając pozycji, a chłopak parsknął cicho rozbawiony. - Głupek.
- Siedź już cicho, Rodriguez, bo powinnaś się cieszyć, że pozwalam ci brudzić moją koszulę.
  Mimowolnie uśmiechnęłam się, a z moich ust wydobył się cichy, urwany śmiech.



***

  Szliśmy w stronę domu Brada wolnym krokiem, trzymając się za ręce. Gdy tak siedzieliśmy we dwójkę na ławce, po pewnym czasie nawet chłód przestał mi doskwierać. Najważniejsza była obecność Michaela. To niesamowite, jak jego osoba potrafi mnie uspokoić.
  Nie rozmawialiśmy za wiele - ja nie miałam zbytniej ochoty, Michael najwyraźniej nie chciał zakłócać mojego chwilowego wewnętrznego spokoju. W końcu zebrałam się w sobie, żeby podjąć jakiś temat.
- Chyba muszę powiedzieć Deanowi.
- Nie lepiej, żeby Grace to zrobiła? - Czułam na sobie spojrzenie Michaela, ale uparcie wpatrzona byłam przed siebie.
- Nie zrobiła tego do tej pory. Jak myślisz, będzie w stanie powiedzieć to teraz? - Kopnęłam mały kamyczek, który znajdował się na mojej drodze.
- W końcu wyjawiła to tobie. Może teraz będzie jej łatwiej...
- Wiem, że tak by było najlepiej - przerwałam mu - ale... Nie mogę jej wybaczyć tego, że tak długo nas wszystkich okłamywała. Biedny Dean...
   Zdawało mi się, że idziemy już dobrą godzinę, a przecież niemożliwe, żebym zaszła tak daleko. A może?
  Przed domem stały zaparkowane dwa samochody - rodziców Michaela i mojego taty. Weszliśmy do środka. Od razu poczułam ciepło, które zaczęło lgnąć do mnie niczym Nuka po całym dniu rozłąki. Gęsia skórka stopniowo znikała, a palce odzyskiwały czucie. Michael zdjął mi z ramion swoją kurtkę i odwiesił na wieszak. Podążyliśmy razem w stronę salonu. Dużo się zmieniło. Nie było połowy gości, a na stole znajdowało się tylko parę mis z resztkami jedzenia, butelka wytrawnego wina i dwa dzbanki z sokiem jabłkowym, za którym nie przepadałam. Brad od razu podbiegł do mnie, wyciągając obie ręce, ale po chwili zastanowienia opuścił jedną, a drugą poklepał mnie po głowie. Uśmiechnęłam się delikatnie, a na jego twarz również wstąpił pokrzepiający uśmiech.
- Gdy pozwoliłem wam u siebie rozmawiać, nie miałem pojęcia, że to przyniesie takie skutki. - Chyba miał to być żart, ale mnie on nie rozbawił. Chłopak przestąpił z nogi na nogę i spoglądnął na Michaela. Od razu zmienił mu się wyraz twarzy.
- Candance pyta się, czy jeszcze zostajecie.
- Chyba będziemy się już zbierać - odparł dość chłodno, a ja dyskretnie ścisnęłam go za dłoń. Nie potrzebowałam kolejnej kłótni.
- Okej - burknął i odwrócił się z zamiarem odejścia. - Tess przyjdziesz porozmawiać? - zwrócił się do mnie, po czym przeniósł wzrok na Michaela. - Tylko chwilkę.
- Jasne - odpowiedziałam z uśmiechem patrząc na swojego zielonookiego boga. Chłopak mimowolnie wywrócił oczami i puścił moją dłoń, odwracając się w stronę kuchni, gdzie zapewne byli wszyscy dorośli i Maddie.
- Ta kolacja nie wypadła tak, jak oczekiwali, huh? - zagadałam, kiedy zostaliśmy sami.
- Wcale nie - odparł zdezorientowany, marszcząc brwi. Na jego twarz wstąpił nikły uśmiech. - Chociaż nikt nie zakładał, że tak się potoczą sprawy po jedzeniu, to jednak do tego momentu, w którym jeszcze wszyscy siedzieli w pełnym komplecie, było ekstra.
  Szturchnął mnie lekko w ramię, bo trochę zmarkotniałam. Podniosłam wzrok na niego, a z jego oczu biło jakieś dziwne uczucie, którego nie mogłam odgadnąć. Podeszłam do niego bliżej z filuternym uśmieszkiem - chciałam zamaskować swój brak humoru. - Więc, Panie Reed, czemuż chciał pan ze mną porozmawiać? - Uniosłam do góry jedną brew, na co on parsknął uroczym śmiechem.
- Chciałem się pożegnać - odpowiedział, a z jego twarzy nie schodził pokrzepiający uśmiech, którym zawsze darzył mnie, kiedy byłam w złym nastroju lub się coś stało.
- Jak to? - Momentalnie moja mina zrzedła.
- Jadę do babci do Kalifornii, nie słuchałaś? Jutro rano mam samolot. - Widząc moją minę, znowu dał mi kuksańca w bok. - Hej, nie bądź taka, wrócę za niedługo.
- Na sylwestra? - zapytałam, a w moim głosie dało się wyczuć dziwną nutkę nadziei, która zaskoczyła samą mnie.
- Może, może. A planujesz coś? - Tym razem to on uniósł prawą brew z podejrzliwością.
- Nie. Właściwie to nie wiem. W sumie... - zaczęłam się jąkać, zupełnie nie wiedziałam, dlaczego. - Nie zastanawiałam się jeszcze nad tym, ale może w głowie ukształtuje mi się jakiś dobry pomysł na świętowanie tego wieczoru. I bardzo chciałabym go spędzić w gronie moich przyjaciół, zwłaszcza, że Grace.. No, nic. Postaraj się wrócić i nie rozbić w jakieś katastrofie lotniczej, głąbie.
- Jeżeli już robisz sylwestra, przygotuj żarcie. Dużo żarcia. - Oboje zaśmialiśmy się głośno i Brad zgniótł mnie w przyjacielskim uścisku. Wciąż jeszcze podśmiewałam się, kiedy przypomniałam sobie o pewnej sprawie.
- Nie dostaniesz swojego prezentu, o nie!
- Masz dla mnie prezent? - Odsunął się ode mnie delikatnie, ale złapał mnie za dłoń. Nie wzruszył mnie ten gest, więc skupiłam się na odpowiedzi.
- Oczywiście, że tak. Dla ciebie, Michaela, Deana, Grace... która apropo też go nie dostanie. - Westchnęłam ciężko, na co przyjaciel zmrużył oczy z tym swoim pocieszającym uśmiechem. Pokręcił głową i pocałował mnie w policzek.
- Do zobaczenia, Tess. Przywiozę ci coś z Kalifornii.
- Cieszę się, że nie musiałam dawać ci żadnych aluzji - zaśmiałam się, a on puścił moją rękę.
- Moja babcia ma całkiem pokaźną kolekcję znaczków pocztowych, mogę ci przywieźć jeden album.
- Nie kolekcjonuję znaczków pocztowych - odparłam rozbawiona.
- To zaczniesz kolekcjonować znaczki pocztowe - stwierdził z powagą, po czym uśmiechnął się łobuzersko. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i oddaliłam się w stronę kuchni. Tato miał na sobie już kurtkę i właśnie zapinał płaszczyk Maddie.
- Idziemy, Tessie? - zagadnęła mnie mała, kiedy zauważyła moją obecność.
- Pewnie. - Wzięłam ją na ręce i podziękowałam gospodarzom za pyszny obiad i wspaniale spędzony wieczór (chociaż to ostatnie trochę nagięłam, ponieważ kłótnia z najlepszą przyjaciółką nie zaliczała się do rewelacyjnych skutków tego dnia, ale chyba nikt nie wiedział, jak poważna była, bo wszyscy uśmiechali się naturalnie i wesoło). Pożegnałam się z państwem Reed i opuściłam dom.
  Miałam wielką ochotę wziąć gorący prysznic i walnąć się do łóżka z jakąś ciekawą książką, ale, ku mojemu niemałemu zdziwieniu, Maddie zeskoczyła z moich rąk, bo za dłoń pociągnął mnie Michael.
- Dziś śpisz u mnie, księżniczko - wyszeptał mi na ucho, a ja oglądnęłam się do tyłu, szukając wzrokiem ojca. Pablo pomachał mi z uśmiechem na pożegnanie i zaczął pakować Maddie w fotelik, kompletnie nie przejmując się tą sytuacją, co mnie również zaskoczyło.
  Jak to jest, że Michael zawsze wie, jak poprawić mi humor? - pomyślałam i wtuliłam się w niego, kiedy szliśmy w stronę samochodu. Nagle zdałam sobie z czegoś sprawę i bardzo cieszyłam się ze sprzyjających warunków, ponieważ wszyscy dorośli wsiedli już do swoich aut, gotowi odjechać. Mój ojciec odpalił silnik.
- Przecież jest Evie - wyszeptałam ze zdenerwowaniem, mimo tego że na polu byliśmy tylko my dwoje i byłam pewna, że nikt nas nie będzie mógł dosłyszeć.
- I co w związku z tym? - zapytał zdziwiony moimi słowami.
- Gdzie będę spać? - Zmarszczyłam brwi.
- Jak to gdzie? W moim łóżku, matołku. - Uśmiechnął się zawadiacko, a ja lekko się zaczerwieniłam. - Nie mów mi tylko, że masz z tym jakiś problem. Jakbyśmy już wcześniej tak nie spali... - Palnęłam go w ramię, bo tata właśnie otworzył szybę, żeby się ze mną pożegnać. Dopiero gdy odjechał, zdobyłam się na odpowiedź.
- Niby tak, ale oj... przepraszam. Po prostu... Sama nie wiem, czemu tak się zestresowałam.
- Zestresowałaś się? - zapytał z jeszcze większym zdziwieniem.
- Chodźmy już, Michael! - pociągnęłam go za rękaw kurtki w stronę tylnych siedzeń, a on parsknął głośnym, uroczym śmiechem.
  Tak, może i spałam z Michaelem w łóżku, kiedy byliśmy razem na wakacjach i raz został u mnie w domu na noc, ale mimo wszystko to nie było tak znowu planowane. A właściwie inaczej. Co do wakacji, to było wiadome, że będziemy spać razem, jednak nie było tej świadomości, że ojciec wie i daje mi to do zrozumienia. Tak samo z tym noclegiem u mnie - to było całkowicie spontaniczne i tata też tego nie komentował, dlatego szybko zapomniałam o sprawie i uznałam to za całkiem normalne. Ale teraz jakoś było mi głupio spać z Michaelem, bo najwidoczniej musiał zapytać Pablo o zgodę podczas mojej rozmowy z Bradem. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze obecność wszystkich innych dorosłych w kuchni, w tym rodziców Michaela, przy których czułam się normalnie i umiałam z nimi rozmawiać, ale było mi dziwnie nocować tak u niego, gdy jest cała rodzina. Czemu nie miałam w sobie tej naturalnej swobody, którą posiadał Michael? Westchnęłam, kiedy usadowiłam się na siedzeniach w przytulnym i dużym samochodzie państwa Webs.
  Nie bądź tchórzem, zganiłam się w myślach i mocniej złapałam zielonookiego za rękę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mrs. Punk