Dwudziesty piąty grudnia nadszedł niespodziewanie szybko. Jeszcze w niedzielę dekorowałam choinkę z Maddie i Michaelem, rozmyślając o prezentach, a tu proszę. Nastał wtorkowy poranek. Gdy tylko wyszłam z łazienki, moje nozdrza dopadł zapach potraw unoszący się z dołu. Megan uwielbia gotować, dlatego nie dziwię się, że odkąd nastał świt, ślęczy w kuchni nad różnymi daniami. Zastanawiało mnie, co robili dziadkowie. Wczorajszego wieczoru siedzieli wszyscy troje w salonie, rozmawiając w pełnym skupieniu, przy szklaneczkach whiskey. Czy tata zawiesił już lampki przed domem? I trzeba zająć się Maddie... Tyle spraw na głowie, a tak mało czasu!
Zeszłam na dół, żeby zapoznać się z sytuacją. Nie myliłam się - w kuchni, w której unosiło się wiele wymieszanych zapachów, Megan latała jak oparzona od jednego garnka do drugiego. Mimo tego pośpiechu i zawirowań, robiła to z pewnością siebie, bo wiedziała, że jest w tym dobra. Nawet mnie nie zauważyła, więc udałam się w stronę salonu.
Maddie siedziała na dywanie, wpatrzona w ekran telewizora. Prawdopodobnie dopiero co wstała, bo była rozczochrana i wciąż w łososiowej pidżamce w misie. Babcia Mildreda siedziała na kanapie pogrążona w jakiejś lekturze i byłaby mnie nie zauważyła, gdyby nie spostrzegawczość Maddie.
- Cześć! - powitała mnie jak zwykle rozpromieniona.
Jak dobrze być dzieckiem, pomyślałam. Największym zmartwieniem jest wtedy zachodzenie w głowę, co dostanie się pod choinkę od Mikołaja czy ilość zabawek w swoim małym zakątku - pokoju. Pogłaskałam ją po rozczochranych, jasnych, niczym anielskich włosach i również ją pozdrowiłam. Babcia podniosła wzrok, a w jej starych zielonych oczach, które wpatrywały się we mnie spod grubych szkieł, ujrzałam radość i spokój ducha. Starszą osobą też jest być całkiem dobrze. Przeważnie wszyscy się tobą opiekują, śpisz, czytasz i jesz i to wszystko, czego potrzebujesz. Oczywiście podstawą jest tutaj rodzina i - o ile się je posiada - wnuki. Nie to co młodzież czy dorośli w średnim wieku. Same problemy, nauka, praca, dojrzewanie, rozterki sercowe... Tragedia.
- Dzień dobry, babciu - przywitałam się, całując kobietę w policzek. Zaśmiała się ochryple, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.
- Wyglądasz przepięknie, moja droga Tessie - powiedziała z uznaniem w głosie.
Ubrałam się w kremową sukienkę zakrywającą połowę ud z kołnierzykiem i wcięciem w talii. Z tyłu było idealnie wycięte koło, odsłaniające co nieco plecy. Na nogi wciągnęłam rajtki w naturalnym, cielistym kolorze. Jedyne co nie pasowało do mojego ubioru to obuwie. Zamiast eleganckich koturnów czy czarnych, połyskujących szpilek, stopy okrywały mi białe, futrzane kapcie. Niektóre kosmyki, które zazwyczaj opadały mi na twarz, podpięłam po bokach, a resztę, opadającą na ramiona, pozostawiłam całkowicie prostą. W tej fryzurze wyglądałam jak córka szlachcica z dawnej epoki. Makijaż był jak zwykle delikatny, jedynie usta podkreśliłam czerwoną szminką.
- Chodź, Maddie. Zrobimy z ciebie księżniczkę! - poinformowałam, mocno klaskając trzy razy w dłonie. Dziewczynka podskoczyła z tureckiego siadu i - całując przed tym babcię w policzek - wybiegła z salonu. Usłyszałam ciche tupanie jej drobnych stópek po schodach. Uśmiechnęłam się jeszcze do Mildredy na pożegnanie i również opuściłam pokój.
Najpierw zafundowałam małej gorącą kąpiel z pianą i bąbelkami. Maddie taplała się z zabawkami przez prawie czterdzieści minut, kiedy oznajmiłam jej, że trzeba już wychodzić. Posmutniała, ale mnie posłuchała i po chwili już suszyłam jej włoski. Następnie wzięłam różową, kraciastą koszulę Maddie zapinaną z przodu na guziczki i ciemne rybaczki i przyodziałam w to siostrzyczkę. Mała się naburmuszyła i założyła ręce na klatce piersiowej. Kiedy tak stała, nie mogłam się powstrzymać od śmiechu.
- To tylko chwilowe, żebyś nie ubrudziła swojej pięknej sukienki - powiedziałam łagodnie, a ona nieco się rozluźniła.
- Na pewno? Nie kłamiesz?
- Nigdy bym cię nie okłamała, Maddie - odparłam całkiem poważnie.
- Ale nie robisz tego, żebym po prostu nie wyglądała od ciebie lepiej? - zapytała podejrzliwie. Uśmiechnęłam się szeroko, kręcąc głową w prawo i lewo.
- Nie, kochanie.
- To dobrze. - Dziewczynka rozpromieniła się. - I tak będziesz ode mnie ładniejszą księżniczką! Zawsze. Bo ty jesteś taka pięknaaa - powiedziała, przeciągając ostatnie słowo, jakby się rozmarzyła.
- Nie przesadzaj, maluchu.
- Mówię prawdę! - odburknęła, znowu markotniejąc.
- Tak? A więc dobrze. Wieczorem zorganizujemy konkurs na najładniejszą księżniczkę.
- To super! A będzie Grace? Powiedz, że przyjdzie! - wymruczała, przybierając szczenięcy wyraz twarzy. Miałam wrażenie, że jakaś gulka utkwiła w moim gardle i nie chciała dopuścić, bym cokolwiek powiedziała. Uśmiech zszedł mi z twarzy, ale od razu go przywołałam, nie chcąc zawodzić Maddie.
- Przekażę jej zaproszenie - obiecałam. - Ale jeżeli nie przyjdzie, to pewnie tylko dlatego że stchórzy! Bo wie, że ją pokonasz! - Połaskotałam Maddie bo brzuszku, a ona zaśmiała się perliście.
- Bardziej będzie się bała ciebie! - odparowała, a ja pokręciłam głową z niedowierzania.
- Uparciuch - szepnęłam, po czym głośno dodałam: - To co? Loczki czy jakiś koczek?
***
Za dwie godziny ma zacząć się bożonarodzeniowa kolacja. Nie rozmawiałam jeszcze dzisiaj z Michaelem, ale wiedziałam, że chłopak ma na głowie dużo spraw związanych ze świętami w pełnym gronie - niemniej ja. Postarałam się zaakceptować Megan, dlatego też do tych świąt chciałam podejść na sto dziesięć procent moich możliwości i wkładu pracy. Od zawsze uwielbiałam święta, szczególnie moment, gdy Maddie nurkuje pod choinką w poszukiwaniu prezentów. Jedno jedyne Boże Narodzenie nie było tak idealne, jak miałam nadzieję, że będzie. W 2009 roku.
Potrząsnęłam głową, chcąc odgonić od siebie to smutne wspomnienie. Rok 2009 nie był cudowny w żadnym stopniu, dlatego nie było sensu go rozpamiętywać.
Właśnie siedziałam na dywanie u siebie w pokoju, pakując prezenty, żeby trzy z nich podrzucić niezauważenie pod ogromne udekorowane drzewko stojące w salonie. Planowałam jeszcze przed obiadem bożonarodzeniowym objechać domy przyjaciół. Ostatni podarunek, który obklejałam zielonym papierem był dla Grace. Zastanawiałam się, co mam z nim teraz zrobić. Podrzucić go Kim? A może zachować? Bo ostatnia z trzech opcji kotłujących się w mojej głowie była najmniej prawdopodobna. A konkretniej zawiezienie jej tego do domu. Przecież byłyśmy pokłócone, straciła w moich oczach wiele, więc dlaczego miałabym obdarowywać ją prezentami? Ona pewnie nawet nic mi nie kupiła, zanim jeszcze pogorszyły się nasze kontakty, bo była tak zajęta umawianiem się z Zane'em. Ugh. Odruch wymiotny.
Mimo wszystko, spakowałam do samochodu wszystkie trzy prezenty - dla Deana, Michaela i niej - mojej ex-przyjaciółki. Brada nie ma na święta w domu, więc prezent dostarczę mu, jak tylko wróci z Kalifornii. Najpierw odwiedziłam dom Deana.
Blondyn nieśmiało zaprosił mnie do środka, kiedy stanęłam zmarznięta przed jego drzwiami z kwadratowym, miękkim, płaskim pakunkiem. Powiedziałam, że mogę zawitać tylko na chwilę, bo bardzo się spieszę.
Na pierwszy rzut oka nie odczuwało się kompletnie klimatu świąt w tym domku. Odczuwałam raczej smutek i przygnębienie. Kiedy weszłam do małego pomieszczenia, uchodzącego za salonik, od razu poprawiło mi się zdanie na temat wystroju. Gdyby odbywał się konkurs na drzewko bożonarodzeniowe, zapewne moja rodzina przegrałaby z choinką Clark'ów. Kolorowe bombki wisiały bardzo symetrycznie, aczkolwiek nie rzucało się to aż tak w oczy. Niebieskie i białe światełka pięknie migotały, a gwiazda na czubku połyskiwała brokatowym złotem. Gdzieniegdzie wisiały też różne świąteczne lizaki czy laski z cukru. Przy okrągłym stole siedziała pani Clark i dwójka bliźniaków. Emily pomachała mi z kuchni, dokańczając przygotowywanie jakiejś potrawy. Było mi przykro, widząc w jakiej sytuacji jest Dean i żałowałam, że nie kupiłam prezentów także dla pozostałych domowników. Obiecałam sobie w duchu, że doślę im coś pocztą w przeciągu kilku kolejnych dni. Takie spóźnione prezenty gwiazdkowe, ale na pewno się z nich ucieszą. Dean nie był biedny, jednak choroba matki i nieobecność ojca bardzo uniemożliwiały mu normalne życie nastolatka.
Posiedziałam z nimi chwilkę, po czym pożegnałam się i opuściłam przytulny domek. Następnie pojechałam do Michaela. Nie zabawiłam tam długo, pomimo że zielonooki błagał mnie, żebym została chociaż na dziesięć minut. Niestety zostawiłam tylko prezent i po paru krótkich chwilach mnie nie było. Nie zdążyłam z nim nawet za bardzo porozmawiać. Doradził mi tylko tyle, żebym pojechała do Grace. Przeważnie miał dobre pomysły, dlatego właśnie często go słuchałam, jednak co do tego tym razem nie byłam pewna. Mimo wszystko, postąpiłam tak, jak mi proponował. Obym tego nie żałowała, pomyślałam.
Drzwi otworzyła mi odświętnie ubrana Maggie. Ucieszyła się na mój widok i - jak jej poprzednicy - zaprosiła mnie do środka.
- Tym razem podziękuję, bardzo się spieszę - odpowiedziałam kulturalnie.
- Mam zawołać Grace? - spytała i już miała się odwrócić, żeby przywołać Grace, kiedy szybko zaprzeczyłam.
- Nie, nie. Nie trzeba jej fatygować. Proszę tylko, żebyś podrzuciła to pod wasze drzewko świąteczne, dobrze? - mówiąc, wręczyłam jej mały pakunek. - I nie mów jej, od kogo to jest, gdyby się pytała.
Maggie pokiwała głową i obiecała, że nie wygada. Miałam cholernego farta, że nie trafiłam na Grace, tylko na jej mamę, pomyślałam. Po niecałych pięciu minutach już byłam w domu.
Potrząsnęłam głową, chcąc odgonić od siebie to smutne wspomnienie. Rok 2009 nie był cudowny w żadnym stopniu, dlatego nie było sensu go rozpamiętywać.
Właśnie siedziałam na dywanie u siebie w pokoju, pakując prezenty, żeby trzy z nich podrzucić niezauważenie pod ogromne udekorowane drzewko stojące w salonie. Planowałam jeszcze przed obiadem bożonarodzeniowym objechać domy przyjaciół. Ostatni podarunek, który obklejałam zielonym papierem był dla Grace. Zastanawiałam się, co mam z nim teraz zrobić. Podrzucić go Kim? A może zachować? Bo ostatnia z trzech opcji kotłujących się w mojej głowie była najmniej prawdopodobna. A konkretniej zawiezienie jej tego do domu. Przecież byłyśmy pokłócone, straciła w moich oczach wiele, więc dlaczego miałabym obdarowywać ją prezentami? Ona pewnie nawet nic mi nie kupiła, zanim jeszcze pogorszyły się nasze kontakty, bo była tak zajęta umawianiem się z Zane'em. Ugh. Odruch wymiotny.
Mimo wszystko, spakowałam do samochodu wszystkie trzy prezenty - dla Deana, Michaela i niej - mojej ex-przyjaciółki. Brada nie ma na święta w domu, więc prezent dostarczę mu, jak tylko wróci z Kalifornii. Najpierw odwiedziłam dom Deana.
Blondyn nieśmiało zaprosił mnie do środka, kiedy stanęłam zmarznięta przed jego drzwiami z kwadratowym, miękkim, płaskim pakunkiem. Powiedziałam, że mogę zawitać tylko na chwilę, bo bardzo się spieszę.
Na pierwszy rzut oka nie odczuwało się kompletnie klimatu świąt w tym domku. Odczuwałam raczej smutek i przygnębienie. Kiedy weszłam do małego pomieszczenia, uchodzącego za salonik, od razu poprawiło mi się zdanie na temat wystroju. Gdyby odbywał się konkurs na drzewko bożonarodzeniowe, zapewne moja rodzina przegrałaby z choinką Clark'ów. Kolorowe bombki wisiały bardzo symetrycznie, aczkolwiek nie rzucało się to aż tak w oczy. Niebieskie i białe światełka pięknie migotały, a gwiazda na czubku połyskiwała brokatowym złotem. Gdzieniegdzie wisiały też różne świąteczne lizaki czy laski z cukru. Przy okrągłym stole siedziała pani Clark i dwójka bliźniaków. Emily pomachała mi z kuchni, dokańczając przygotowywanie jakiejś potrawy. Było mi przykro, widząc w jakiej sytuacji jest Dean i żałowałam, że nie kupiłam prezentów także dla pozostałych domowników. Obiecałam sobie w duchu, że doślę im coś pocztą w przeciągu kilku kolejnych dni. Takie spóźnione prezenty gwiazdkowe, ale na pewno się z nich ucieszą. Dean nie był biedny, jednak choroba matki i nieobecność ojca bardzo uniemożliwiały mu normalne życie nastolatka.
Posiedziałam z nimi chwilkę, po czym pożegnałam się i opuściłam przytulny domek. Następnie pojechałam do Michaela. Nie zabawiłam tam długo, pomimo że zielonooki błagał mnie, żebym została chociaż na dziesięć minut. Niestety zostawiłam tylko prezent i po paru krótkich chwilach mnie nie było. Nie zdążyłam z nim nawet za bardzo porozmawiać. Doradził mi tylko tyle, żebym pojechała do Grace. Przeważnie miał dobre pomysły, dlatego właśnie często go słuchałam, jednak co do tego tym razem nie byłam pewna. Mimo wszystko, postąpiłam tak, jak mi proponował. Obym tego nie żałowała, pomyślałam.
Drzwi otworzyła mi odświętnie ubrana Maggie. Ucieszyła się na mój widok i - jak jej poprzednicy - zaprosiła mnie do środka.
- Tym razem podziękuję, bardzo się spieszę - odpowiedziałam kulturalnie.
- Mam zawołać Grace? - spytała i już miała się odwrócić, żeby przywołać Grace, kiedy szybko zaprzeczyłam.
- Nie, nie. Nie trzeba jej fatygować. Proszę tylko, żebyś podrzuciła to pod wasze drzewko świąteczne, dobrze? - mówiąc, wręczyłam jej mały pakunek. - I nie mów jej, od kogo to jest, gdyby się pytała.
Maggie pokiwała głową i obiecała, że nie wygada. Miałam cholernego farta, że nie trafiłam na Grace, tylko na jej mamę, pomyślałam. Po niecałych pięciu minutach już byłam w domu.
***
Perspektywa Grace
- Ale śliczny! - zachwyciłam się jednym z kilku prezentów. Ten zrobił na mnie największe wrażenie. Od dawna potrzebowałam portfela, ale nie spodziewałam się, że rodzice mają taki dobry instynkt. Chyba że... - Przyznać się, kto mi to kupił?
Mama tylko wzruszyła ramionami, rozglądając się po pokoju.
- To prezent od Mikołaja, Grace, nikt z nas za niego nie zapłacił - odparła podejrzliwym tonem. Zwróciłam wzrok ku tacie, ale on pokręcił głową, więc moje spojrzenie zatrzymało się na Carlosie.
- Na mnie nie patrz - burknął cicho, po czym wrócił do zabawy nowym sterowanym helikopterem.
Byłam zaskoczona i zdezorientowana. Przecież powiedzieliby mi, gdyby to oni go kupili. Jeżeli nie oni, to skąd się to wzięło? Czyżby Zane mi to przysłał?
Przyjrzałam się portfelowi jeszcze raz, a następnie otworzyłam go, zaglądając do środka. W kieszonce na drobne dostrzegłam miedzianego grosza, a w wewnętrznej przegródce na banknoty małą, białą karteczkę. Wyciągnęłam ją, coraz bardziej zaintrygowana. Na papierze widniały słowa:
Mama tylko wzruszyła ramionami, rozglądając się po pokoju.
- To prezent od Mikołaja, Grace, nikt z nas za niego nie zapłacił - odparła podejrzliwym tonem. Zwróciłam wzrok ku tacie, ale on pokręcił głową, więc moje spojrzenie zatrzymało się na Carlosie.
- Na mnie nie patrz - burknął cicho, po czym wrócił do zabawy nowym sterowanym helikopterem.
Byłam zaskoczona i zdezorientowana. Przecież powiedzieliby mi, gdyby to oni go kupili. Jeżeli nie oni, to skąd się to wzięło? Czyżby Zane mi to przysłał?
Przyjrzałam się portfelowi jeszcze raz, a następnie otworzyłam go, zaglądając do środka. W kieszonce na drobne dostrzegłam miedzianego grosza, a w wewnętrznej przegródce na banknoty małą, białą karteczkę. Wyciągnęłam ją, coraz bardziej zaintrygowana. Na papierze widniały słowa:
"Maddie zaprasza na wieczorny konkurs na najładniejszą księżniczkę.
Obiecałam, że przekaże Ci tą informację.
P.S. Miłego użytkowania. Tylko go nie zniszcz przez nienawiść do mnie.
Obiecałam, że przekaże Ci tą informację.
P.S. Miłego użytkowania. Tylko go nie zniszcz przez nienawiść do mnie.
T."
Wymięłam karteczkę w dłoniach i wrzuciłam ją z powrotem na swoje pierwotne miejsce. Portfel cisnęłam na ziemię i wstałam pośpiesznie, wychodząc z salonu. Naszła mnie cholernie niespodziewana ochota na przetestowanie moich nowych słuchawek.
Wspaniałe
OdpowiedzUsuńFajna książka!! Mogłabyś ją wydać :)
OdpowiedzUsuńOj, nie nazwałabym tego książką. :)
Usuń