Czy kiedyś mieliście wrażenie, że nie macie ochoty obchodzić sylwestra? Bo jeżeli tak, to ja właśnie to czuję w tym momencie. Ogromna niechęć do zbliżającego się trzydziestego pierwszego grudnia. Dziwne, prawda? Przecież dlaczego miałabym nie chcieć poimprezować całą noc i wraz ze znajomymi przywitać Nowy Rok? Otóż jest wiele powodów, ale między innymi ten, iż jestem pokłócona z Grace na bliżej nieokreślony czas, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że już się do siebie nie odezwiemy. Poza tym drugiego stycznia z samego rana Michael wraca do Nowego Jorku, co oznacza kolejne długie rozstanie, bo - jeżeli dobrze pójdzie - zobaczymy się dopiero na święta wielkanocne, kiedy ponownie przyjedzie do swojej rodziny, tym razem tylko na tydzień. Mimo wszystko ten rok był bardzo udany i nie chciałam, żeby się kończył.
Dwudziestego siódmego grudnia siedziałam sobie na schodkach przed domem. Tata pojechał odwieźć dziadków na samolot do Denver, a Megan z babcią Mildredą pojechały na zakupy do spożywczaka, więc mi pozostała opieka nad siostrą. Obserwowałam Maddie bawiącą się w śniegu. Właśnie z wielkim uśmiechem na twarzy i czerwonymi wypiekami na policzkach od mrozu robiła aniołka, kiedy jakiś samochód dostawczy podjechał pod nasz dom. Zdziwiona wstałam i podeszłam do furgonetki.
Był to samochód filmy "Bay's flowers" - jednej z najpopularniejszych kwiaciarni w okolicy. Pani Melissa Bay odziedziczyła tą firmę po swojej dawno już zmarłej matce, Helen. Raz tylko tata opowiadał mi o tym, jak z mamą mieli wybrać kwiaty na ślub i to właśnie do tej kwiaciarni się udali. Rozmawiali wtedy z panią Melissą długo, ponieważ bardzo ją polubili. Opowiedziała im co nieco o rodzinnym interesie. Okazało się, że jej przodkowie (jak i ona) mieli niezłą smykałkę do roślin i ich wieńce czy bukiety były najlepsze, dlatego ojciec zawsze poleca tę kwiaciarnię znajomym, kiedy poszukują pięknych kwiatów.
Mężczyzna w grubej, szarej kurtce i czapeczce z logo firmy na głowie podszedł do mnie, trzymając w ręce jakąś podkładkę i długopis.
- Tess Rodriguez? Pokwitować, prsz - zwrócił się do mnie obojętnym tonem, nawet nie zdobywając się na jakieś zwykłe, uprzejme dzień dobry. Podpisałam papierek u dołu kartki bardzo oszołomiona. Mężczyzna zawrócił do samochodu, otwierając tył. Po chwili wręczał mi bukiet krwistoczerwonych róż. Podziękowałam i obróciłam się na pięcie, słysząc trzaśniecie drzwiami i ryk silnika. Nie minęła minuta, furgonetki już nie było, a ja stałam zaskoczona na zimnie, wpatrując się w wielgachny bukiet.
- Jakie piękne! - Usłyszałam zachwycony krzyk mojej siostrzyczki, która podbiegła do mnie cała zmarznięta.
- Wiem - odpowiedziałam cicho, wciąż zauroczona.
- Od kogo je masz, od kogo? - pytała zaciekawiona, ciągnąc mnie za kurtkę. Wyrwało mnie to z oszołomienia i lepiej przyjrzałam się bukietowi. Niestety nie było żadnej karteczki czy czegokolwiek, co wskazywałoby na to, od kogo te kwiaty dostałam. Mruknęłam "nie wiem" i powiadomiłam Maddie, że musi się zagrzać.
W domu zrobiłam nam gorącej czekolady, a kwiaty wstawiłam do wielkiego wazonu. Zasiadłam do stolika, kiedy zadzwonił telefon domowy. Z westchnieniem wstałam i poczłapałam do aparatu.
- Halo?
- Cześć, czemu nie odbierasz? - To był Michael.
- Kurczę, przepraszam, widocznie musiałam zostawić komórkę w pokoju - odparłam, marszcząc brwi. - Byłam na polu z Maddie.
- Och, rozumiem - odpowiedział rozbawiony. - I jak było? Ulepiłaś bałwanka?
- Nie mów do mnie jak do dziecka, matole - skarciłam go, ale uśmiech wpełzł mi na twarz. Mój wzrok zwrócił się ku wazonowi z krwistoczerwonymi różami, więc postanowiłam go o coś zapytać. - Michael?
- Taaak, dzieciaku?
- Czy wpadłeś na jakiś durny pomysł, żeby przysłać mi coś dzisiejszego dnia?
- Co? - Usłyszałam w odpowiedzi zdziwienie i zdezorientowanie. - Nie, nic nie wysyłałem. A co dostałaś?
- Kwiaty. Ogromny bukiet czerwonych róż - wyjaśniłam. - Myślałam, że to od ciebie.
- Nie wpadłem na ten... jak ty to ujęłaś? - Zamilkł na chwilę, chcąc chyba przypomnieć sobie moją wcześniejszą kwestię. - A, tak, durny pomysł. Nie wpadłem na ten durny pomysł. - Nie widziałam go, ale mogłam przysiądź, że się uśmiechał. Za to mi wcale tak wesoło nie było.
- Szkoda. W takim razie nie mam pojęcia, kto je przysłał.
- Masz cichego wielbiciela, chyba będę zazdrosny - powiedział z przekąsem. Gdyby był teraz obok mnie, pacnęłabym go w głowę.
- Lecz się, Michael. To tylko jednorazowy wybryk.
- Okej, okej - odpowiedział już spokojniej. Chyba właśnie przestał się śmiać. - Dobijałem się do ciebie po to, żeby dowiedzieć się czegoś w sprawie sylwestra.
- A, to. Fantastycznie - burknęłam cicho. Nie chciałam o tym rozmawiać, dlatego że nie uśmiechało mi się pożegnanie z Michaelem dzień po Nowym Roku i epickim sylwestrze.
- Dean dzwonił, że może udostępnić dom. Wiesz, jaki z niego imprezowicz. Uwielbia być gospodarzem totalnie rewelacyjnych imprez.
- Będzie okej - odparłam bez emocji.
- Ale - dodał ku mojemu zdziwieniu - ja mam lepszy plan.
- Czyżby? - spytałam podejrzliwie. Musiałam oprzeć się o blat, bo nie mogłam dłużej wytrzymać w takiej prostej, sztywnej pozycji.
- Tak. Zrobimy sylwestra u ciebie - powiedział to z taką lekkością w głosie, jakby to już było ustalone i przypieczętowane, a nawet goście byli już sproszeni.
- O niczym tak nie marzę, jak o parudziesięciu osobach u mnie w domu, litrach alkoholu i kilogramach trawki.
- Tess, błagam! Wiesz, jak wygląda sytuacja u Deana - oznajmił z litością i błaganiem w głosie. Westchnęłam ciężko. Byłam tam przedwczoraj i dobrze wiedziałam, że ciężko by było dobrze bawić się przy chorej mamie i dwójce dziesięciolatków (Emily by pewnie gdzieś wyszła z przyjaciółkami, ale nic by się nie dało zrobić z resztą rodziny).
- Jak planujesz to zrobić? - spytałam, ulegając swojemu chłopakowi.
- Jesteś najlepsza, Tess! - usłyszałam, a zaraz później nawijał już o imprezie.
Dzień po tym, jak zgodziłam się na imprezę u siebie w domu, musiałam zacząć działać. Dean z Michaelem zajmowali się zapraszaniem ludzi i wszystkimi innymi organizacyjnymi sprawami, typu muzyka czy trunki. Mimo wszystko mieli o wiele lepsze zadanie ode mnie. Ja - niby jedynie - miałam przekonać tatę, żeby pojechał na sylwestra do babci. To było zdecydowanie trudniejsze od nawet zorganizowania trawki dla idiotów, którzy bawią się w jej palenie!
Tak na marginesie: na całe szczęście nikt z moich bliskich przyjaciół nie pałał do tego entuzjastycznie - preferowaliśmy alkohol. Żadne z nas również nie paliło papierosów, a ja osobiście nawet ich nigdy nie próbowałam.
Rano, dwudziestego ósmego grudnia, wstałam wcześnie i przygotowałam tacie i Megan obfite śniadanie - jajka i bekon dla ojczulka, a soczysty omlet dla macochy. Gdy zeszli na dół, nie ukrywali zdziwienia. Podeszłam do tematu bardzo powoli i starannie dobierałam każde słowo. Właśnie kończyłam swój monolog, kiedy do kuchni weszła babcia.
- Witam wszystkich - pozdrowiła nas serdecznie, przysiadając się do stołu. - O czym tak rozmawiacie, co?
- Właśnie... właśnie prosiłam tatę o pozwolenie na zrobienie tutaj imprezy sylwestrowej - wydukałam cicho, wlepiając wzrok w pusty talerz po jajkach i bekonie. Babcia uniosła brwi, po czym wstała i zaczęła sobie beztrosko przygotowywać kawę parzoną.
- Bardzo dobry pomysł, Tess. Przyjdą twoi znajomi?
- Tak, ale...
- Prosi nas, żebyśmy pojechali do Ciebie wtedy, kiedy będzie tutaj ta impreza. - Tata nie ukrywał zdenerwowania, a ostatnie słowo niemal wypluł z odrazą.
Nie żeby coś, ojciec nie zabraniał mi chodzić na różne domówki czy do klubów, ale najwidoczniej nie uśmiechało mu się zostawiać domu szalejącym nastolatkom na całą noc. Nawet jeżeli jego mądra i rozsądna córka będzie tego organizatorką.
- Sprawdzę w grafiku, ale chyba nie mam zaplanowanych odwiedzin nikogo ze znajomych, więc z przyjemnością was ugoszczę - zażartowała babcia, zalewając sobie kawę gorącą wodą.
- Mamo - zwrócił się do niej mój tata. Spojrzała na niego, uśmiechając się beztrosko. - Nie zostawię Tess samej i nie pozwolę zorganizować tutaj imprezy.
- Tato... - zaczęłam, ale ponownie mi przerwano.
- Pablo, jesteś niemożliwy, zupełnie jak twój ojciec! - powiedziała, kręcąc głową z niedowierzaniem. Z powrotem zasiadła z nami przy stole, trzymając w pomarszczonych dłoniach kubek z czarną kawą. - Dziewczyna jest roztropna, nie zrobi syfu, a jeżeli już, to posprząta. Ma osiemnaście lat i zawsze jest odpowiedzialna. Nie mów mi tylko, że jej nie ufasz! Poza tym jej znajomi są chyba całkiem w porządku, prawda? Ten.. Michael, tak? To cudowny chłopak i wierzę, że reszta jej paczki ma równie poukładane pod sufitem. - Uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy wpatrywała się w mojego tatę. On natomiast miał posępny wyraz twarzy. Westchnął ociężale i powiedział:
- Jeśli cokolwiek będzie zniszczone...
- Dziękuję, tato! - wykrzyknęłam uradowana i wstałam z miejsca pośpiesznie, żeby go uściskać. Pomyślałam sobie jeszcze, że muszę podziękować także babci, bo gdyby nie jej wtargnięcie do rozmowy, to kto wie, czy tata by się zgodził.
- Przytulamy się? - usłyszałam zaspany głos mojej siostrzyczki, który dochodził z progu kuchni. Wszyscy spojrzeli w jej kierunku. Mała przetarła oczka i szybciutko podbiegła do nas, wskakując tacie na kolana.
Trzydziestego grudnia wpadł do mnie Dean. Niedługo przed tym tata, Megan, babcia Mildreda i Maddie pojechali do miasteczka, w którym mieszkała babcia.
- Cześć, Rodriguez! - przywitał mnie już od progu szerokim uśmiechem.
- Dean, wchodź - odparłam, usuwając mu się, żeby mógł przejść. Chłopak wytarł potężne buty o wycieraczkę i wszedł do domu. Ściągając kurtkę i czapkę, opowiadał jak nakręcony o jutrzejszej imprezie.
- Słyszałem, że całkiem prosto poszło ci z tatą.
- Tak, właściwie to gdyby nie pomoc babci, mógłby się nie zgodzić.
- Babci mówisz?
Przytaknęłam mu i poszliśmy do salonu. Chłopak rozwalił się na kanapie, ogrzewając się po spacerze. Należał do ludzi, którzy są zwolennikami chodzenia na nogach, nawet jeżeli pogoda nie współgra z ich planami. Zaparzyłam mu herbaty, żeby mógł się ogrzać, bo na polu było bardzo zimno. Swoją drogą, dawno nie widziałam tak srogiej zimy.
- Kogo zaprosiliście? - zapytałam, obserwując jak Dean z wypiekami na twarzy pochlipuje gorący napój. Usiadłam na fotelu, który przysunęłam bliżej kanapy, by mogło nam się lepiej rozmawiać.
- Całkiem sporo ludzi, ale nie mam pojęcia, czy wszyscy przyjdą. - Zaczął wymieniać nazwiska osób, których kompletnie nie znałam, ale nie dałam po sobie tego poznać i tylko uśmiechałam się nieznacznie.
- Tess... - zwrócił się do mnie zmienionym głosem. To już nie był sielankowy, towarzyski Dean, który podniecał się myślą o sylwestrze. - Rozmawiałaś ostatnio z Grace?
- Nie. Nie odzywa się do mnie, bo się pokłóciłyśmy...
- Tak, słyszałem o tym.
- Rozmawiałeś z nią? - zdziwiłam się. To mogło oznaczać dwie rzeczy: albo Grace z nim zerwała, albo dalej udaje, że wszystko pomiędzy nimi w porządku. Zakładałam, że nie będzie się do niego odzywać, usprawiedliwiając się tym, że jest chora albo rzekomo musi zajmować się bratem. Muszę pogodzić się z faktem, że teraz moja była przyjaciółka będzie częściej mnie zaskakiwać swoim całkowicie innym zachowaniem.
- Oczywiście. Opowiedziała mi o wszystkim.
- O wszystkim? - spytałam, a Dean spojrzał na mnie ze zdezorientowaniem w oczach, marszcząc brwi.
- Tak, a bo co?
- Nie, nic. Mów dalej. - Nie wyglądał na takiego, którego dziewczyna zostawiła dla swojego byłego, czyli najwidoczniej Grace nie powiedziała mu dosłownie o wszystkim.
- Mimo wszystko, chce przyjść na tego sylwestra.
- Co? Żarty sobie robisz? - Nie umiałam się powstrzymać.
- Nie, mówię całkiem poważnie. Podobno ma ze sobą przyprowadzić kilku znajomych. Będzie fajnie, zobaczysz. Jestem pewien, że się pogodzicie - powiedział z pokrzepiającym uśmiechem na twarzy, klepiąc mnie w kolano. Odwzajemniłam uśmiech, ale wcale nie byłam pewna, że wszystko się tak świetnie ułoży i miałam jeszcze większą niechęć do tego sylwestra.
- Tato, jeszcze nikt nie przyszedł. Jestem tylko ja i Michael. Proszę, nie przejmuj się tak, wszystko będzie dobrze - powiedziałam do słuchawki. Już któryś raz dzisiejszego dnia starałam się przekonać ojca, żeby się nie martwił.
To dziwne, jak bardzo zmieniło się jego podejście do mnie w ciągu ostatnich paru miesięcy. Kiedyś nie trudziłby się, żeby wykonać choćby jeden telefon do mnie, bo najzwyczajniej w świecie miał mnie totalnie gdzieś. Teraz to wszystko powoli się zmieniało. A może nie? Może tak mi się po prostu wydaje i ojciec dzwoni tylko dlatego że to jego dom będzie dzisiejszej nocy gościł sporo chcących się wybawić nastolatków i to o to się martwi?
- Tylko pamiętaj zamknąć mój gabinet. Nie chcę, żeby ktoś tam wlatywał i grzebał w papierach.
- Tato, mówiłeś mi o tym rano dwa razy. Już dawno jest zamknięty - odpowiedziałam ze znużeniem.
Michael leżał rozwalony na moim łóżku z rękami pod głową, tłumiąc śmiech. Miałam ochotę walnąć go poduszką. To nie moja wina, że tata zadzwonił akurat wtedy, kiedy się ubierałam i teraz stałam przed chłopakiem pół naga z niemożności kontynuowania.
Gdy już skończyłam rozmawiać przez telefon, wzięłam do rąk dwie kreacje, które wcześniej miałam przewieszone przez oparcie krzesła. Była to czerwona, obcisła, koronkowa sukienka z rękawami trzy czwarte a drugi zestaw zawierał ciemne rurki i luźną, błyszczącą bluzkę na grubszych ramiączkach. Unosiłam lekko do góry raz jedną raz drugą kreację, kiedy Michael przyglądał się im ze zmrużonymi oczami, jak gdyby je oceniając. Otworzył buzie i odczekał z werdyktem w takiej pozycji jakieś pięć sekund, co mnie bardzo rozbawiło.
- Dres.
- Jesteś głupi - stwierdziłam i przyjrzałam się ubraniom. - Chyba wybiorę rurki.
- A może dres? - Chłopak spytał z nutką błagania w głosie.
Wstał i pośpiesznie podszedł do szafy, wyjmując szare, workowate spodnie od dresu, które były już nieźle wychodzone. Wyciągnął je ku mnie z wyrazem twarzy zbolałego dziecka, oczekując chyba, że przyjmę jego propozycję. Podeszłam do niego powoli i odkładając sukienkę do szafy, spojrzałam na niego z politowaniem.
- Rurki.
- Dresy.
- Teraz to ty zachowujesz się dziecinnie - stwierdziłam filuternie, podchodząc bliżej niego.
- Widocznie za dużo przebywam w twoim towarzystwie i mi się udziela - mruknął i przyciągnął mnie do siebie, delikatnie muskając moje wargi. Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi. Oznajmiłam, że to pewnie Dean i skarciłam chłopaka, bo przez niego nie zdążyłam się ubrać. W prawdzie była to też wina ojca, ale że Michael nie protestował, zamknęłam temat.
Dean przywiózł przekąski, które (kiedy już się przygotowałam, włączając w to włożenie na nogi wysokich szpilek) poukładałam na stole w różnych miskach. Chłopcy zajęli się wnoszeniem i ustawianiem krzeseł - Michael musiał przywieźć od siebie z domu co nieco, bo dla wszystkich starczyłyby cztery fotele, kanapa i pięć krzeseł z kuchni. Na całe szczęście mieszkałam w dość dużym domu, dlatego miałam nadzieję, że wszyscy się tutaj bezproblemowo pomieścimy. Ciągle nie mogłam uwierzyć, że zgodziłam się na tak szalony pomysł jak wyprawianie sylwestra.
Około dwudziestej goście zaczęli się schodzić. Wyszłam tylko na chwilę do góry (bo tata ponownie zadzwonił) a kiedy byłam już z powrotem na dole, moim oczom ukazał się widok co najmniej dwudziestu osób.
- Cześć, Tess - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się, żeby przyjrzeć się Bradowi i przytulić go na powitanie, ale moim oczom ukazał się przyjaciel w towarzystwie Kim, trzymając ją za dłoń. Pomyślałam, że dziwne by było, gdybym rzuciła mu się na szyję w takiej sytuacji, dlatego tylko uśmiechnęłam się radośnie.
- Brad, Kim! Miło was widzieć. Cieszę się, że wpadliście - powiedziałam, podchodząc do nich.
- Szykuje się dobra zabawa - stwierdziła Kim, rozglądając się dookoła.
Dawno jej nie widziałam. Rude włosy nieco zapuściła, a teraz dodatkowo podkręciła je tak, że wyglądała jak jakaś księżniczka elfów ze swoją twarzą jak skrzacik i lekko zadartym nosem. Była jeszcze ładniejsza, niż gdy ostatni raz się spotkałyśmy. Zmieniła też swoje podejście do mnie, bo nie wydawała się wrogo nastawiona, a wręcz przeciwnie - uśmiechała się uprzejmie.
Dwudziestego siódmego grudnia siedziałam sobie na schodkach przed domem. Tata pojechał odwieźć dziadków na samolot do Denver, a Megan z babcią Mildredą pojechały na zakupy do spożywczaka, więc mi pozostała opieka nad siostrą. Obserwowałam Maddie bawiącą się w śniegu. Właśnie z wielkim uśmiechem na twarzy i czerwonymi wypiekami na policzkach od mrozu robiła aniołka, kiedy jakiś samochód dostawczy podjechał pod nasz dom. Zdziwiona wstałam i podeszłam do furgonetki.
Był to samochód filmy "Bay's flowers" - jednej z najpopularniejszych kwiaciarni w okolicy. Pani Melissa Bay odziedziczyła tą firmę po swojej dawno już zmarłej matce, Helen. Raz tylko tata opowiadał mi o tym, jak z mamą mieli wybrać kwiaty na ślub i to właśnie do tej kwiaciarni się udali. Rozmawiali wtedy z panią Melissą długo, ponieważ bardzo ją polubili. Opowiedziała im co nieco o rodzinnym interesie. Okazało się, że jej przodkowie (jak i ona) mieli niezłą smykałkę do roślin i ich wieńce czy bukiety były najlepsze, dlatego ojciec zawsze poleca tę kwiaciarnię znajomym, kiedy poszukują pięknych kwiatów.
Mężczyzna w grubej, szarej kurtce i czapeczce z logo firmy na głowie podszedł do mnie, trzymając w ręce jakąś podkładkę i długopis.
- Tess Rodriguez? Pokwitować, prsz - zwrócił się do mnie obojętnym tonem, nawet nie zdobywając się na jakieś zwykłe, uprzejme dzień dobry. Podpisałam papierek u dołu kartki bardzo oszołomiona. Mężczyzna zawrócił do samochodu, otwierając tył. Po chwili wręczał mi bukiet krwistoczerwonych róż. Podziękowałam i obróciłam się na pięcie, słysząc trzaśniecie drzwiami i ryk silnika. Nie minęła minuta, furgonetki już nie było, a ja stałam zaskoczona na zimnie, wpatrując się w wielgachny bukiet.
- Jakie piękne! - Usłyszałam zachwycony krzyk mojej siostrzyczki, która podbiegła do mnie cała zmarznięta.
- Wiem - odpowiedziałam cicho, wciąż zauroczona.
- Od kogo je masz, od kogo? - pytała zaciekawiona, ciągnąc mnie za kurtkę. Wyrwało mnie to z oszołomienia i lepiej przyjrzałam się bukietowi. Niestety nie było żadnej karteczki czy czegokolwiek, co wskazywałoby na to, od kogo te kwiaty dostałam. Mruknęłam "nie wiem" i powiadomiłam Maddie, że musi się zagrzać.
W domu zrobiłam nam gorącej czekolady, a kwiaty wstawiłam do wielkiego wazonu. Zasiadłam do stolika, kiedy zadzwonił telefon domowy. Z westchnieniem wstałam i poczłapałam do aparatu.
- Halo?
- Cześć, czemu nie odbierasz? - To był Michael.
- Kurczę, przepraszam, widocznie musiałam zostawić komórkę w pokoju - odparłam, marszcząc brwi. - Byłam na polu z Maddie.
- Och, rozumiem - odpowiedział rozbawiony. - I jak było? Ulepiłaś bałwanka?
- Nie mów do mnie jak do dziecka, matole - skarciłam go, ale uśmiech wpełzł mi na twarz. Mój wzrok zwrócił się ku wazonowi z krwistoczerwonymi różami, więc postanowiłam go o coś zapytać. - Michael?
- Taaak, dzieciaku?
- Czy wpadłeś na jakiś durny pomysł, żeby przysłać mi coś dzisiejszego dnia?
- Co? - Usłyszałam w odpowiedzi zdziwienie i zdezorientowanie. - Nie, nic nie wysyłałem. A co dostałaś?
- Kwiaty. Ogromny bukiet czerwonych róż - wyjaśniłam. - Myślałam, że to od ciebie.
- Nie wpadłem na ten... jak ty to ujęłaś? - Zamilkł na chwilę, chcąc chyba przypomnieć sobie moją wcześniejszą kwestię. - A, tak, durny pomysł. Nie wpadłem na ten durny pomysł. - Nie widziałam go, ale mogłam przysiądź, że się uśmiechał. Za to mi wcale tak wesoło nie było.
- Szkoda. W takim razie nie mam pojęcia, kto je przysłał.
- Masz cichego wielbiciela, chyba będę zazdrosny - powiedział z przekąsem. Gdyby był teraz obok mnie, pacnęłabym go w głowę.
- Lecz się, Michael. To tylko jednorazowy wybryk.
- Okej, okej - odpowiedział już spokojniej. Chyba właśnie przestał się śmiać. - Dobijałem się do ciebie po to, żeby dowiedzieć się czegoś w sprawie sylwestra.
- A, to. Fantastycznie - burknęłam cicho. Nie chciałam o tym rozmawiać, dlatego że nie uśmiechało mi się pożegnanie z Michaelem dzień po Nowym Roku i epickim sylwestrze.
- Dean dzwonił, że może udostępnić dom. Wiesz, jaki z niego imprezowicz. Uwielbia być gospodarzem totalnie rewelacyjnych imprez.
- Będzie okej - odparłam bez emocji.
- Ale - dodał ku mojemu zdziwieniu - ja mam lepszy plan.
- Czyżby? - spytałam podejrzliwie. Musiałam oprzeć się o blat, bo nie mogłam dłużej wytrzymać w takiej prostej, sztywnej pozycji.
- Tak. Zrobimy sylwestra u ciebie - powiedział to z taką lekkością w głosie, jakby to już było ustalone i przypieczętowane, a nawet goście byli już sproszeni.
- O niczym tak nie marzę, jak o parudziesięciu osobach u mnie w domu, litrach alkoholu i kilogramach trawki.
- Tess, błagam! Wiesz, jak wygląda sytuacja u Deana - oznajmił z litością i błaganiem w głosie. Westchnęłam ciężko. Byłam tam przedwczoraj i dobrze wiedziałam, że ciężko by było dobrze bawić się przy chorej mamie i dwójce dziesięciolatków (Emily by pewnie gdzieś wyszła z przyjaciółkami, ale nic by się nie dało zrobić z resztą rodziny).
- Jak planujesz to zrobić? - spytałam, ulegając swojemu chłopakowi.
- Jesteś najlepsza, Tess! - usłyszałam, a zaraz później nawijał już o imprezie.
***
Dzień po tym, jak zgodziłam się na imprezę u siebie w domu, musiałam zacząć działać. Dean z Michaelem zajmowali się zapraszaniem ludzi i wszystkimi innymi organizacyjnymi sprawami, typu muzyka czy trunki. Mimo wszystko mieli o wiele lepsze zadanie ode mnie. Ja - niby jedynie - miałam przekonać tatę, żeby pojechał na sylwestra do babci. To było zdecydowanie trudniejsze od nawet zorganizowania trawki dla idiotów, którzy bawią się w jej palenie!
Tak na marginesie: na całe szczęście nikt z moich bliskich przyjaciół nie pałał do tego entuzjastycznie - preferowaliśmy alkohol. Żadne z nas również nie paliło papierosów, a ja osobiście nawet ich nigdy nie próbowałam.
Rano, dwudziestego ósmego grudnia, wstałam wcześnie i przygotowałam tacie i Megan obfite śniadanie - jajka i bekon dla ojczulka, a soczysty omlet dla macochy. Gdy zeszli na dół, nie ukrywali zdziwienia. Podeszłam do tematu bardzo powoli i starannie dobierałam każde słowo. Właśnie kończyłam swój monolog, kiedy do kuchni weszła babcia.
- Witam wszystkich - pozdrowiła nas serdecznie, przysiadając się do stołu. - O czym tak rozmawiacie, co?
- Właśnie... właśnie prosiłam tatę o pozwolenie na zrobienie tutaj imprezy sylwestrowej - wydukałam cicho, wlepiając wzrok w pusty talerz po jajkach i bekonie. Babcia uniosła brwi, po czym wstała i zaczęła sobie beztrosko przygotowywać kawę parzoną.
- Bardzo dobry pomysł, Tess. Przyjdą twoi znajomi?
- Tak, ale...
- Prosi nas, żebyśmy pojechali do Ciebie wtedy, kiedy będzie tutaj ta impreza. - Tata nie ukrywał zdenerwowania, a ostatnie słowo niemal wypluł z odrazą.
Nie żeby coś, ojciec nie zabraniał mi chodzić na różne domówki czy do klubów, ale najwidoczniej nie uśmiechało mu się zostawiać domu szalejącym nastolatkom na całą noc. Nawet jeżeli jego mądra i rozsądna córka będzie tego organizatorką.
- Sprawdzę w grafiku, ale chyba nie mam zaplanowanych odwiedzin nikogo ze znajomych, więc z przyjemnością was ugoszczę - zażartowała babcia, zalewając sobie kawę gorącą wodą.
- Mamo - zwrócił się do niej mój tata. Spojrzała na niego, uśmiechając się beztrosko. - Nie zostawię Tess samej i nie pozwolę zorganizować tutaj imprezy.
- Tato... - zaczęłam, ale ponownie mi przerwano.
- Pablo, jesteś niemożliwy, zupełnie jak twój ojciec! - powiedziała, kręcąc głową z niedowierzaniem. Z powrotem zasiadła z nami przy stole, trzymając w pomarszczonych dłoniach kubek z czarną kawą. - Dziewczyna jest roztropna, nie zrobi syfu, a jeżeli już, to posprząta. Ma osiemnaście lat i zawsze jest odpowiedzialna. Nie mów mi tylko, że jej nie ufasz! Poza tym jej znajomi są chyba całkiem w porządku, prawda? Ten.. Michael, tak? To cudowny chłopak i wierzę, że reszta jej paczki ma równie poukładane pod sufitem. - Uśmiech nie schodził jej z twarzy, kiedy wpatrywała się w mojego tatę. On natomiast miał posępny wyraz twarzy. Westchnął ociężale i powiedział:
- Jeśli cokolwiek będzie zniszczone...
- Dziękuję, tato! - wykrzyknęłam uradowana i wstałam z miejsca pośpiesznie, żeby go uściskać. Pomyślałam sobie jeszcze, że muszę podziękować także babci, bo gdyby nie jej wtargnięcie do rozmowy, to kto wie, czy tata by się zgodził.
- Przytulamy się? - usłyszałam zaspany głos mojej siostrzyczki, który dochodził z progu kuchni. Wszyscy spojrzeli w jej kierunku. Mała przetarła oczka i szybciutko podbiegła do nas, wskakując tacie na kolana.
***
Trzydziestego grudnia wpadł do mnie Dean. Niedługo przed tym tata, Megan, babcia Mildreda i Maddie pojechali do miasteczka, w którym mieszkała babcia.
- Cześć, Rodriguez! - przywitał mnie już od progu szerokim uśmiechem.
- Dean, wchodź - odparłam, usuwając mu się, żeby mógł przejść. Chłopak wytarł potężne buty o wycieraczkę i wszedł do domu. Ściągając kurtkę i czapkę, opowiadał jak nakręcony o jutrzejszej imprezie.
- Słyszałem, że całkiem prosto poszło ci z tatą.
- Tak, właściwie to gdyby nie pomoc babci, mógłby się nie zgodzić.
- Babci mówisz?
Przytaknęłam mu i poszliśmy do salonu. Chłopak rozwalił się na kanapie, ogrzewając się po spacerze. Należał do ludzi, którzy są zwolennikami chodzenia na nogach, nawet jeżeli pogoda nie współgra z ich planami. Zaparzyłam mu herbaty, żeby mógł się ogrzać, bo na polu było bardzo zimno. Swoją drogą, dawno nie widziałam tak srogiej zimy.
- Kogo zaprosiliście? - zapytałam, obserwując jak Dean z wypiekami na twarzy pochlipuje gorący napój. Usiadłam na fotelu, który przysunęłam bliżej kanapy, by mogło nam się lepiej rozmawiać.
- Całkiem sporo ludzi, ale nie mam pojęcia, czy wszyscy przyjdą. - Zaczął wymieniać nazwiska osób, których kompletnie nie znałam, ale nie dałam po sobie tego poznać i tylko uśmiechałam się nieznacznie.
- Tess... - zwrócił się do mnie zmienionym głosem. To już nie był sielankowy, towarzyski Dean, który podniecał się myślą o sylwestrze. - Rozmawiałaś ostatnio z Grace?
- Nie. Nie odzywa się do mnie, bo się pokłóciłyśmy...
- Tak, słyszałem o tym.
- Rozmawiałeś z nią? - zdziwiłam się. To mogło oznaczać dwie rzeczy: albo Grace z nim zerwała, albo dalej udaje, że wszystko pomiędzy nimi w porządku. Zakładałam, że nie będzie się do niego odzywać, usprawiedliwiając się tym, że jest chora albo rzekomo musi zajmować się bratem. Muszę pogodzić się z faktem, że teraz moja była przyjaciółka będzie częściej mnie zaskakiwać swoim całkowicie innym zachowaniem.
- Oczywiście. Opowiedziała mi o wszystkim.
- O wszystkim? - spytałam, a Dean spojrzał na mnie ze zdezorientowaniem w oczach, marszcząc brwi.
- Tak, a bo co?
- Nie, nic. Mów dalej. - Nie wyglądał na takiego, którego dziewczyna zostawiła dla swojego byłego, czyli najwidoczniej Grace nie powiedziała mu dosłownie o wszystkim.
- Mimo wszystko, chce przyjść na tego sylwestra.
- Co? Żarty sobie robisz? - Nie umiałam się powstrzymać.
- Nie, mówię całkiem poważnie. Podobno ma ze sobą przyprowadzić kilku znajomych. Będzie fajnie, zobaczysz. Jestem pewien, że się pogodzicie - powiedział z pokrzepiającym uśmiechem na twarzy, klepiąc mnie w kolano. Odwzajemniłam uśmiech, ale wcale nie byłam pewna, że wszystko się tak świetnie ułoży i miałam jeszcze większą niechęć do tego sylwestra.
***
- Tato, jeszcze nikt nie przyszedł. Jestem tylko ja i Michael. Proszę, nie przejmuj się tak, wszystko będzie dobrze - powiedziałam do słuchawki. Już któryś raz dzisiejszego dnia starałam się przekonać ojca, żeby się nie martwił.
To dziwne, jak bardzo zmieniło się jego podejście do mnie w ciągu ostatnich paru miesięcy. Kiedyś nie trudziłby się, żeby wykonać choćby jeden telefon do mnie, bo najzwyczajniej w świecie miał mnie totalnie gdzieś. Teraz to wszystko powoli się zmieniało. A może nie? Może tak mi się po prostu wydaje i ojciec dzwoni tylko dlatego że to jego dom będzie dzisiejszej nocy gościł sporo chcących się wybawić nastolatków i to o to się martwi?
- Tylko pamiętaj zamknąć mój gabinet. Nie chcę, żeby ktoś tam wlatywał i grzebał w papierach.
- Tato, mówiłeś mi o tym rano dwa razy. Już dawno jest zamknięty - odpowiedziałam ze znużeniem.
Michael leżał rozwalony na moim łóżku z rękami pod głową, tłumiąc śmiech. Miałam ochotę walnąć go poduszką. To nie moja wina, że tata zadzwonił akurat wtedy, kiedy się ubierałam i teraz stałam przed chłopakiem pół naga z niemożności kontynuowania.
Gdy już skończyłam rozmawiać przez telefon, wzięłam do rąk dwie kreacje, które wcześniej miałam przewieszone przez oparcie krzesła. Była to czerwona, obcisła, koronkowa sukienka z rękawami trzy czwarte a drugi zestaw zawierał ciemne rurki i luźną, błyszczącą bluzkę na grubszych ramiączkach. Unosiłam lekko do góry raz jedną raz drugą kreację, kiedy Michael przyglądał się im ze zmrużonymi oczami, jak gdyby je oceniając. Otworzył buzie i odczekał z werdyktem w takiej pozycji jakieś pięć sekund, co mnie bardzo rozbawiło.
- Dres.
- Jesteś głupi - stwierdziłam i przyjrzałam się ubraniom. - Chyba wybiorę rurki.
- A może dres? - Chłopak spytał z nutką błagania w głosie.
Wstał i pośpiesznie podszedł do szafy, wyjmując szare, workowate spodnie od dresu, które były już nieźle wychodzone. Wyciągnął je ku mnie z wyrazem twarzy zbolałego dziecka, oczekując chyba, że przyjmę jego propozycję. Podeszłam do niego powoli i odkładając sukienkę do szafy, spojrzałam na niego z politowaniem.
- Rurki.
- Dresy.
- Teraz to ty zachowujesz się dziecinnie - stwierdziłam filuternie, podchodząc bliżej niego.
- Widocznie za dużo przebywam w twoim towarzystwie i mi się udziela - mruknął i przyciągnął mnie do siebie, delikatnie muskając moje wargi. Wtem zadzwonił dzwonek do drzwi. Oznajmiłam, że to pewnie Dean i skarciłam chłopaka, bo przez niego nie zdążyłam się ubrać. W prawdzie była to też wina ojca, ale że Michael nie protestował, zamknęłam temat.
Dean przywiózł przekąski, które (kiedy już się przygotowałam, włączając w to włożenie na nogi wysokich szpilek) poukładałam na stole w różnych miskach. Chłopcy zajęli się wnoszeniem i ustawianiem krzeseł - Michael musiał przywieźć od siebie z domu co nieco, bo dla wszystkich starczyłyby cztery fotele, kanapa i pięć krzeseł z kuchni. Na całe szczęście mieszkałam w dość dużym domu, dlatego miałam nadzieję, że wszyscy się tutaj bezproblemowo pomieścimy. Ciągle nie mogłam uwierzyć, że zgodziłam się na tak szalony pomysł jak wyprawianie sylwestra.
Około dwudziestej goście zaczęli się schodzić. Wyszłam tylko na chwilę do góry (bo tata ponownie zadzwonił) a kiedy byłam już z powrotem na dole, moim oczom ukazał się widok co najmniej dwudziestu osób.
- Cześć, Tess - usłyszałam znajomy głos. Odwróciłam się, żeby przyjrzeć się Bradowi i przytulić go na powitanie, ale moim oczom ukazał się przyjaciel w towarzystwie Kim, trzymając ją za dłoń. Pomyślałam, że dziwne by było, gdybym rzuciła mu się na szyję w takiej sytuacji, dlatego tylko uśmiechnęłam się radośnie.
- Brad, Kim! Miło was widzieć. Cieszę się, że wpadliście - powiedziałam, podchodząc do nich.
- Szykuje się dobra zabawa - stwierdziła Kim, rozglądając się dookoła.
Dawno jej nie widziałam. Rude włosy nieco zapuściła, a teraz dodatkowo podkręciła je tak, że wyglądała jak jakaś księżniczka elfów ze swoją twarzą jak skrzacik i lekko zadartym nosem. Była jeszcze ładniejsza, niż gdy ostatni raz się spotkałyśmy. Zmieniła też swoje podejście do mnie, bo nie wydawała się wrogo nastawiona, a wręcz przeciwnie - uśmiechała się uprzejmie.
O dwudziestej pierwszej ciężko było mi kogokolwiek znaleźć. Muzyka grała głośno, a wszyscy zgromadzeni najwyraźniej dobrze się bawili, bo nie widziałam ani jednej posępnej twarzy. Nie wypiłam jeszcze dużo, ale zaraz miałam zamiar to zmienić, bo większość zebranych była już nieźle wstawiona. Przed chwilą skończyłam rozmawiać z Bradem o jego pobycie w Kalifornii, a teraz rozglądałam się w poszukiwaniu Michaela, który zniknął mi z oczu jakieś piętnaście minut temu. Nagle poczułam, że na coś (a właściwie na kogoś) wpadam.
- Przepraszam - wyjąkałam i przyjrzałam się twarzy osobnika, którego potrąciłam przypadkowo. - Zane?
- Witam, Tess! - odpowiedział radośnie. Z jego ust wydobył się oddech przesączony alkoholem. - Trochę cię już szukam. Chciałem powiedzieć, że to świetna impreza.
- Co ty tu robisz? - spytałam zdezorientowana.
- Nie spodziewałem się, że ktoś taki sztywniacki jak ty potrafi zorganizować dobrą balangę. - Ignorując moje pytanie, dalej ciągnął swoje głupie odzywki.
- Zane - krzyknęłam, żeby w końcu zaczął mnie słuchać. - Co ty tu robisz? - ponowiłam swoje pytanie, a chłopak uśmiechnął się łobuzersko.
- Przyszedłem z Grace, a jak myślałaś?
- To wy dalej jesteście razem? Sądziłam, że zmądrzała i dawno cię rzuciła - parsknęłam z odrazą i sarkazmem, uśmiechając się wrednie. Zane'a wcale to nie ruszyło.
- Za bardzo mnie kocha, żeby mnie zostawić - odparł, wzruszając ramionami i odszedł beztrosko w stronę tańczących nastolatków.
- Hej, co to było? - Usłyszałam głos Michaela dobiegający zza moich pleców. Gdy tylko go ujrzałam, przytuliłam się do niego mocno.
- Małe starcie z zadufanym dupkiem - odpowiedziałam, ale od razu dodałam: - Przepraszam, wiem, że się przyjaźnicie.
- Ostatnio właściwie ze sobą nie gadaliśmy - stwierdził, marszcząc brwi. - Nie przejmuj się. Wiem, że go nie lubisz i ci się nie dziwię... Hej, może spróbuje z nim potem porozmawiać, co?
- Dziękuje, Michael - odparłam z ulgą.
- Przepraszam - wyjąkałam i przyjrzałam się twarzy osobnika, którego potrąciłam przypadkowo. - Zane?
- Witam, Tess! - odpowiedział radośnie. Z jego ust wydobył się oddech przesączony alkoholem. - Trochę cię już szukam. Chciałem powiedzieć, że to świetna impreza.
- Co ty tu robisz? - spytałam zdezorientowana.
- Nie spodziewałem się, że ktoś taki sztywniacki jak ty potrafi zorganizować dobrą balangę. - Ignorując moje pytanie, dalej ciągnął swoje głupie odzywki.
- Zane - krzyknęłam, żeby w końcu zaczął mnie słuchać. - Co ty tu robisz? - ponowiłam swoje pytanie, a chłopak uśmiechnął się łobuzersko.
- Przyszedłem z Grace, a jak myślałaś?
- To wy dalej jesteście razem? Sądziłam, że zmądrzała i dawno cię rzuciła - parsknęłam z odrazą i sarkazmem, uśmiechając się wrednie. Zane'a wcale to nie ruszyło.
- Za bardzo mnie kocha, żeby mnie zostawić - odparł, wzruszając ramionami i odszedł beztrosko w stronę tańczących nastolatków.
- Hej, co to było? - Usłyszałam głos Michaela dobiegający zza moich pleców. Gdy tylko go ujrzałam, przytuliłam się do niego mocno.
- Małe starcie z zadufanym dupkiem - odpowiedziałam, ale od razu dodałam: - Przepraszam, wiem, że się przyjaźnicie.
- Ostatnio właściwie ze sobą nie gadaliśmy - stwierdził, marszcząc brwi. - Nie przejmuj się. Wiem, że go nie lubisz i ci się nie dziwię... Hej, może spróbuje z nim potem porozmawiać, co?
- Dziękuje, Michael - odparłam z ulgą.
***
Siedziałam z Michaelem, Kim i Bradem w salonie przy klubowej muzyce i piliśmy już trzecią kolejkę. Wcześniej rudowłosa kropnęła o wiele więcej z Bradem, a Michael z Deanem i tylko ja z tej grupki należałam do (nielicznych) w miarę trzeźwych osób. Na początku imprezy wypiłam dwa drinki i dopiero teraz chwyciłam się za alkohol, a była już prawie dwudziesta trzecia.
- Idziemy tańczyć? - spytała Kim, kiedy wlała w siebie jeszcze jeden kieliszek wódki. Odpowiedziałam, że z chęcią i dokończyłam swoją setkę. Po chwili już kręciłam się po parkiecie w rytm dobrej muzyki. Nagle poczułam, że ktoś mnie obejmuje, ale były to znajome dłonie i ramiona, dlatego nie przestałam tańczyć, tylko odwróciłam się w stronę mojego partnera. Michael uśmiechał się szeroko.
- Dobrze się bawisz?
- Wyśmienicie - odparłam, zanosząc się głośnym śmiechem.
- Dobry pomysł z tym zrobieniem tutaj imprezy, co nie?
- Mhm.
- Tess, coś cię gryzie? - spytał ledwo dosłyszalnie. Pokręciłam przecząco głową i złożyłam na jego miękkich ustach delikatny pocałunek.
Tak naprawdę byłam poirytowana obecnością Zane'a i zdenerwowana, bo niecałe pół godziny temu ujrzałam jak Grace obściskuje się z tym idiotą na schodach. Przez całą imprezę chyba nawet nie zwróciła na mnie uwagi, ale nie chciałam pokazywać, że się czymkolwiek przejmuje. Liczy się tylko dobra zabawa, tak?
Impreza bardzo szybko mijała. Cieszyłam się, że nie było żadnych problemów - Michael i Dean trafnie dobrali towarzystwo. Każdy umiał się dobrze bawić, ale nie robił awantur ani nie stwarzał kłopotów. Żadne butelki nie leżały porozbijane na podłodze ani ściany nie były uwalone przekąskami.
Za parę minut wybijała północ.
- Zaraz wrócę - poinformowałam Michaela. - Przygotuj szampany i kieliszki. Wiesz gdzie są?
- Tak, wiem - odparł. - Ale gdzie idziesz?
- Muszę iść do łazienki.
- Nie spóźnij się na noworoczny pocałunek, dzieciaku - powiedział i uśmiechnął się szeroko, mrużąc przy tym oczy.
Tutaj, w USA, jest zwyczaj, że o północy całuje się osobę, która jest najbliżej ciebie. Zazwyczaj jest to ukochana dziewczyna czy wymarzony chłopak, a dla par - takich jak ja i Michael - może to być wyrażenie gorącego uczucia, które je łączy, ponieważ jest to zaraz po walentynkach najbardziej romantyczna noc w roku. Szczerze wyznam, że jeszcze nigdy w życiu nie całowałam się z nikim o północy i nie mogłam się doczekać, żeby zrobić to z Michaelem.
- Będę za minutkę. - Pocałowałam chłopaka w policzek i odeszłam. Toaleta na dole była zajęta. - Cholera, muszę iść do góry - burknęłam sama do siebie i pobiegłam po schodach do drugiej łazienki. Zapukałam, ale ktoś już w niej był.
- Zajęte - usłyszałam dziewczęcy głos. Skądś go znam, pomyślałam. Po parunastu sekundach drzwi się otworzyły i stanęła w nich osoba, której się tutaj nie spodziewałam. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
- Sam? Co ty tu robisz?
- Dostałam zaproszenie - odpowiedziała z wyższością.
- Chyba wiesz, że to mój dom, co?
- No, raczej.
- I że niby Dean i Michael cię tu zaprosili? - Wciąż nie mogłam uwierzyć w jej obecność. Przecież żadne z nich nie lubiło Sam, to absurd, żeby zadzwonili do niej z informacją o tej imprezie!
- Nie, głupia. Przyszłam jako osoba towarzysząca - fuknęła niemiło i wyminęła mnie, schodząc na dół. Pokręciłam głową z niedowierzania i weszłam do łazienki. Czy spotkam tu jeszcze inne osoby, których wcale nie chciałam widzieć?
[soundtrack]
Gdy po minucie wyszłam z toalety usłyszałam ściszoną, aczkolwiek i tak głośną muzykę i głos DJ'a niesiony przez mikrofon.
- Ludzie! Zaczynamy odliczanie! Dziesięć, dziewięć...
Pośpiesznie przeszłam przez korytarz.
- ...osiem, siedem...
Stanęłam na szczycie schodów, rozglądając się za znajomymi twarzami.
- ... sześć, pięć...
Ujrzałam Michaela. Chłopak najwidoczniej również szukał kogoś z przyjaciół, bo przeczesywał wzrokiem odliczający tłum. Możliwe, że rozglądał się też za mną. A miałam wrócić za minutkę, cholera, pomyślałam.
- Michael! - krzyknęłam, ale nie mógł mnie dosłyszeć przez muzykę, DJ'a i nastolatków czekających na nadchodzący Nowy Rok.
- ...trzy, dwa...
O nie...!
- ...jeden! Happy New Year* ludzie!
[soundtrack]
- Idziemy tańczyć? - spytała Kim, kiedy wlała w siebie jeszcze jeden kieliszek wódki. Odpowiedziałam, że z chęcią i dokończyłam swoją setkę. Po chwili już kręciłam się po parkiecie w rytm dobrej muzyki. Nagle poczułam, że ktoś mnie obejmuje, ale były to znajome dłonie i ramiona, dlatego nie przestałam tańczyć, tylko odwróciłam się w stronę mojego partnera. Michael uśmiechał się szeroko.
- Dobrze się bawisz?
- Wyśmienicie - odparłam, zanosząc się głośnym śmiechem.
- Dobry pomysł z tym zrobieniem tutaj imprezy, co nie?
- Mhm.
- Tess, coś cię gryzie? - spytał ledwo dosłyszalnie. Pokręciłam przecząco głową i złożyłam na jego miękkich ustach delikatny pocałunek.
Tak naprawdę byłam poirytowana obecnością Zane'a i zdenerwowana, bo niecałe pół godziny temu ujrzałam jak Grace obściskuje się z tym idiotą na schodach. Przez całą imprezę chyba nawet nie zwróciła na mnie uwagi, ale nie chciałam pokazywać, że się czymkolwiek przejmuje. Liczy się tylko dobra zabawa, tak?
Impreza bardzo szybko mijała. Cieszyłam się, że nie było żadnych problemów - Michael i Dean trafnie dobrali towarzystwo. Każdy umiał się dobrze bawić, ale nie robił awantur ani nie stwarzał kłopotów. Żadne butelki nie leżały porozbijane na podłodze ani ściany nie były uwalone przekąskami.
Za parę minut wybijała północ.
- Zaraz wrócę - poinformowałam Michaela. - Przygotuj szampany i kieliszki. Wiesz gdzie są?
- Tak, wiem - odparł. - Ale gdzie idziesz?
- Muszę iść do łazienki.
- Nie spóźnij się na noworoczny pocałunek, dzieciaku - powiedział i uśmiechnął się szeroko, mrużąc przy tym oczy.
Tutaj, w USA, jest zwyczaj, że o północy całuje się osobę, która jest najbliżej ciebie. Zazwyczaj jest to ukochana dziewczyna czy wymarzony chłopak, a dla par - takich jak ja i Michael - może to być wyrażenie gorącego uczucia, które je łączy, ponieważ jest to zaraz po walentynkach najbardziej romantyczna noc w roku. Szczerze wyznam, że jeszcze nigdy w życiu nie całowałam się z nikim o północy i nie mogłam się doczekać, żeby zrobić to z Michaelem.
- Będę za minutkę. - Pocałowałam chłopaka w policzek i odeszłam. Toaleta na dole była zajęta. - Cholera, muszę iść do góry - burknęłam sama do siebie i pobiegłam po schodach do drugiej łazienki. Zapukałam, ale ktoś już w niej był.
- Zajęte - usłyszałam dziewczęcy głos. Skądś go znam, pomyślałam. Po parunastu sekundach drzwi się otworzyły i stanęła w nich osoba, której się tutaj nie spodziewałam. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia.
- Sam? Co ty tu robisz?
- Dostałam zaproszenie - odpowiedziała z wyższością.
- Chyba wiesz, że to mój dom, co?
- No, raczej.
- I że niby Dean i Michael cię tu zaprosili? - Wciąż nie mogłam uwierzyć w jej obecność. Przecież żadne z nich nie lubiło Sam, to absurd, żeby zadzwonili do niej z informacją o tej imprezie!
- Nie, głupia. Przyszłam jako osoba towarzysząca - fuknęła niemiło i wyminęła mnie, schodząc na dół. Pokręciłam głową z niedowierzania i weszłam do łazienki. Czy spotkam tu jeszcze inne osoby, których wcale nie chciałam widzieć?
[soundtrack]
Gdy po minucie wyszłam z toalety usłyszałam ściszoną, aczkolwiek i tak głośną muzykę i głos DJ'a niesiony przez mikrofon.
- Ludzie! Zaczynamy odliczanie! Dziesięć, dziewięć...
Pośpiesznie przeszłam przez korytarz.
- ...osiem, siedem...
Stanęłam na szczycie schodów, rozglądając się za znajomymi twarzami.
- ... sześć, pięć...
Ujrzałam Michaela. Chłopak najwidoczniej również szukał kogoś z przyjaciół, bo przeczesywał wzrokiem odliczający tłum. Możliwe, że rozglądał się też za mną. A miałam wrócić za minutkę, cholera, pomyślałam.
- Michael! - krzyknęłam, ale nie mógł mnie dosłyszeć przez muzykę, DJ'a i nastolatków czekających na nadchodzący Nowy Rok.
- ...trzy, dwa...
O nie...!
- ...jeden! Happy New Year* ludzie!
[soundtrack]
Czas jakby zwolnił. Miałam przed oczami scenę, której nie zapomnę chyba nigdy do końca swojego życia. Michael miał zdezorientowany wyraz twarzy, kiedy Kim chwiejnym krokiem podeszła do niego i nieśmiało cmoknęła go w usta, obejmując za szyję. Łzy naszły mi do oczu.
To miał być nasz pocałunek.
Kim oderwała się od Michaela i szepnęła mu coś na ucho, po czym odbiegła w podskokach. Nie wiem gdzie, ponieważ mnie to kompletnie nie interesowało. Przyglądałam się w osłupieniu swojemu chłopakowi, który znowu zaczął się rozglądać z jeszcze większym zdezorientowaniem. Jak na zrządzenie losu akurat teraz mnie dostrzegł. Nie chcąc utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego, odwróciłam się bezceremonialnie i wpadłam w czyjeś ramiona. Uniosłam głowę do góry i ujrzałam roześmianą twarz Zane'a.
- Nie mogę znaleźć Grace, ale ty też będziesz dobra - powiedział łobuzersko i przykleił się do mnie w pocałunku. Był on o wiele bardziej namiętny niż ten, którym Kim obdarzyła Michaela. Chłopak zaczynał wkładać język do mojej buzi, kiedy opamiętałam się i z obrzydzeniem odepchnęłam chłopaka na ścianę. Przetarłam usta i uciekłam do biura taty - jedynego miejsca, gdzie mogłam się schronić, bo mojej sypialni nie zamykało się na klucz.
To miał być nasz pocałunek.
Kim oderwała się od Michaela i szepnęła mu coś na ucho, po czym odbiegła w podskokach. Nie wiem gdzie, ponieważ mnie to kompletnie nie interesowało. Przyglądałam się w osłupieniu swojemu chłopakowi, który znowu zaczął się rozglądać z jeszcze większym zdezorientowaniem. Jak na zrządzenie losu akurat teraz mnie dostrzegł. Nie chcąc utrzymywać z nim kontaktu wzrokowego, odwróciłam się bezceremonialnie i wpadłam w czyjeś ramiona. Uniosłam głowę do góry i ujrzałam roześmianą twarz Zane'a.
- Nie mogę znaleźć Grace, ale ty też będziesz dobra - powiedział łobuzersko i przykleił się do mnie w pocałunku. Był on o wiele bardziej namiętny niż ten, którym Kim obdarzyła Michaela. Chłopak zaczynał wkładać język do mojej buzi, kiedy opamiętałam się i z obrzydzeniem odepchnęłam chłopaka na ścianę. Przetarłam usta i uciekłam do biura taty - jedynego miejsca, gdzie mogłam się schronić, bo mojej sypialni nie zamykało się na klucz.
[soundtrack]
Dłonie mi drżały, dlatego ciężko było mi otworzyć drzwi kluczem, który miałam cały czas przy sobie - w kieszeni rurek. Modliłam się, żeby Zane nie miał ochoty za mną pójść albo żeby nagle Michael się nie pojawił, ponieważ nie chciałam z nikim rozmawiać. Potrzebowałam samotności.
Kiedy już skończyłam siłować się z drzwiami, weszłam do pomieszczenia i zamknęłam się od wewnątrz, nie wyjmując klucza z dziurki. Zaświeciłam tylko lampkę na biurku ojca i upadłam na posadzkę z płaczem.
Dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego w sylwestra? Czemu nie mogę dobrze zacząć Nowego Roku?
Przed oczami miałam obraz całujących się Michaela i Kim. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. To nieprawdopodobne! Jakim prawem ta bezczelna rudowłosa przykleiła się do mojego chłopaka?! I dlaczego Michaela nic z tym nie zrobił?
Następnie ta głupia sytuacja z Zane'em. Co mu, do cholery jasnej, odbiło?! Dlaczego mnie pocałował?! Gdyby Grace się o tym dowiedziała...
Grace.
Ciekawe czy ona też całowała się z kimś, z kim nie powinna. Może usidliła Brada? Albo ukryła się gdzieś z Deanem? Biedny Dean...
Tyle myśli kłębiło się w mojej głowie, że miałam ochotę krzyczeć. Czułam, że z tego wszystkiego wyniknie coś bardzo złego. Przecież nigdy nie może być idealnie. To by był cud, gdybym miała choć jedną udaną imprezę!
Walnęłam ze złości pięścią w ścianę biurka ojca, na którym wszystkie papiery, ołówki i długopisy się poruszyły. Usłyszałam, że coś spada z charakterystycznym brzdękiem na podłogę, ale nie przejęłam się, co to mogło być. Ukryłam twarz w dłoniach, kuląc się jakbym chciała się schronić przed złem tego świata.
Michael dzwonił do mnie chyba z tuzin razy, to samo Brad, a nawet jeden telefon dostałam od Kim, ale żadnego z nich nie odebrałam. Chciałam wykrzyczeć im do słuchawki, żeby dali mi po prostu święty spokój, ale pewnie skończyłoby się na tym, że rozpłakałabym się jeszcze bardziej.
Siedziałam tak przez jakąś godzinę. gdy usłyszałam kolejny raz dzwonek swojej komórki. Nikt nie dobijał się już do mnie od prawie pół godziny, dlatego zaskoczyło mnie, że znowu próbują. Tym bardziej zdziwiłam się, widząc inny numer - Grace. Zdeterminowana tego telefonu również nie odebrałam. Jeżeli chciałam samotności, to nie było żadnych wyjątków. Muszę pomyśleć.
Michael nie wypił dużo, a poza tym to Kim go pocałowała. Nie powinnam być na niego wściekła, prawda? A jednak tak jest, ugh, czemu o tym myślę? Przecież to nie było zamierzone. Rudowłosa jest wstawiona i nie wiedziała, co robi. Ciekawe co pomyśli Brad... A jeżeli już tak spekuluję, to jak zareaguje Grace na mój pocałunek z Zane'em? A może już wie i to dlatego dzwoniła? Cholera. Zane wcale nie musnął mnie tak delikatnie jak Kim Michaela, co równało się z tym, że coś dla niego ten pocałunek znaczył... Bo inaczej po co miałby coś podobnego robić? Ale o czym ja myślę! To przecież Zane. On nie umie kochać. Jemu nie może zależeć, a tym bardziej nie na Grace, którą już kiedyś wykorzystał. Jak ja mogłam pozwolić, żeby ona z nim była? Mogłam za wszelką cenę próbować przemówić jej do rozumu, mogłam... Och, nie wiem już, ale, cholera, czemu ja tak po prostu zrezygnowałam z przyjaciółki?!
Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Dosłyszałam je, mimo że muzyka na dole była bardzo głośna. W głębi duszy miałam nadzieję, że to Grace, nawet jeżeli miała zamiar mnie zganić za pocałunek z Zane'em. Wstałam, żeby otworzyć drzwi. Ku zaskoczeniu i niemałemu rozczarowaniu dostrzegłam Deana.
- Wszyscy cię szukają, Tess - powiedział z przejęciem. Przyjrzałam się jego twarzy. Malowało się na niej przygnębienie i ból. Jestem pewna, że to nie z mojego powodu.
Grace.
Wpuściłam go do środka i usiadłam na swoim poprzednim miejscu. Chłopak miał ze sobą jakiś fioletowy kocyk, który, nie miałam pojęcia, skąd wziął. Opatulił mnie nim szczelnie, po czym westchnął.
- Opowiedz, co się stało - powiedział z troską, przytulając mnie do siebie, a ja zapomniałam o tym, co widziałam na jego twarzy i zrelacjonowałam mu wydarzenia z północy.
- Kim jest pijana i na pewno nie wiedziała, co robi.
- Ale to miał być nasz pocałunek - pożaliłam się, chowając twarz w dłoniach.
- Przykro mi, Tess. A Zane... - zawiesił głos, więc spojrzałam na niego. Znowu ból i przygnębienie.
[soundtrack]
- Dean, co się stało? - spytałam, nie spuszczając z niego wzroku. Chłopak uśmiechnął się i prychnął cicho.
- Grace ze mną zerwała.
- Kurczę, tak mi prz...
- Nie. Nie mów nic - przerwał mi. - Mam świadomość, że i ty i Michael wiedzieliście o jej potajemnym związku z Zane'em. I że o to się z nią pokłóciłaś. Tym razem już wszystko mi powiedziała - powiedział, dając nacisk na słowo wszystko. Dziwne, że nie przestawał się uśmiechać.
- Dean, przepraszam, że ci nie powiedziałam... - Nagle poczułam się cholernie zmęczona, a poczucie winy przelało się po moim ciele.
- Hej, spoko. Chciałaś, żeby zrobiła to Grace, szanuję to. - Jego uśmiech wydawał się taki pokrzepiający... - Tylko teraz mi jest głupio, że byłem tak ślepy. - Przyjrzałam się wyraźniej jego oczom, dostrzegając w nich zbierające się łzy.
- Dean... - Przytuliłam go mocniej.
- To nie jest najlepszy sylwester, jaki mieliśmy w życiu, co? - parsknął śmiechem i oparł głowę o moją.
- Zdecydowanie jeden z najgorszych - potwierdziłam jego słowa i zalałam się łzami. Dean pogłaskał mnie po włosach.
- Nie płacz, Rodriguez. Bądź silna, co nie?
- Jasne. - Spojrzałam na niego. Mimo rozmytego obrazu, ujrzałam łzę spływającą po jego policzku. - Ty ją bardzo kochasz, prawda?
- Tak bardzo, że aż boli - powiedział, smutno się uśmiechając. Przymknął oczy, chcąc zapewne powstrzymać wylewającą się z nich substancję, a ja wtuliłam się w niego, chowając zapłakaną twarz.
- Poradzimy sobie, Clark - powiedziałam dla pocieszenia i również zamknęłam powieki.
_________________________________________________
Jestem cholernie dumna z tego rozdziału do tego stopnia, ze musiałam to tutaj napisać! :) Dużo soundtracków, ale jak na imprezę przystało, musi być masa dobrej muzyki :D Zapewne naniosę jakieś poprawki, ale jeżeli już to drobne. :)
* - Nie chciałam tego tłumaczyć na polski, bo - moim zdaniem - lepiej brzmi to po angielsku.
Dłonie mi drżały, dlatego ciężko było mi otworzyć drzwi kluczem, który miałam cały czas przy sobie - w kieszeni rurek. Modliłam się, żeby Zane nie miał ochoty za mną pójść albo żeby nagle Michael się nie pojawił, ponieważ nie chciałam z nikim rozmawiać. Potrzebowałam samotności.
Kiedy już skończyłam siłować się z drzwiami, weszłam do pomieszczenia i zamknęłam się od wewnątrz, nie wyjmując klucza z dziurki. Zaświeciłam tylko lampkę na biurku ojca i upadłam na posadzkę z płaczem.
Dlaczego mnie to spotkało? Dlaczego w sylwestra? Czemu nie mogę dobrze zacząć Nowego Roku?
Przed oczami miałam obraz całujących się Michaela i Kim. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. To nieprawdopodobne! Jakim prawem ta bezczelna rudowłosa przykleiła się do mojego chłopaka?! I dlaczego Michaela nic z tym nie zrobił?
Następnie ta głupia sytuacja z Zane'em. Co mu, do cholery jasnej, odbiło?! Dlaczego mnie pocałował?! Gdyby Grace się o tym dowiedziała...
Grace.
Ciekawe czy ona też całowała się z kimś, z kim nie powinna. Może usidliła Brada? Albo ukryła się gdzieś z Deanem? Biedny Dean...
Tyle myśli kłębiło się w mojej głowie, że miałam ochotę krzyczeć. Czułam, że z tego wszystkiego wyniknie coś bardzo złego. Przecież nigdy nie może być idealnie. To by był cud, gdybym miała choć jedną udaną imprezę!
Walnęłam ze złości pięścią w ścianę biurka ojca, na którym wszystkie papiery, ołówki i długopisy się poruszyły. Usłyszałam, że coś spada z charakterystycznym brzdękiem na podłogę, ale nie przejęłam się, co to mogło być. Ukryłam twarz w dłoniach, kuląc się jakbym chciała się schronić przed złem tego świata.
Michael dzwonił do mnie chyba z tuzin razy, to samo Brad, a nawet jeden telefon dostałam od Kim, ale żadnego z nich nie odebrałam. Chciałam wykrzyczeć im do słuchawki, żeby dali mi po prostu święty spokój, ale pewnie skończyłoby się na tym, że rozpłakałabym się jeszcze bardziej.
Siedziałam tak przez jakąś godzinę. gdy usłyszałam kolejny raz dzwonek swojej komórki. Nikt nie dobijał się już do mnie od prawie pół godziny, dlatego zaskoczyło mnie, że znowu próbują. Tym bardziej zdziwiłam się, widząc inny numer - Grace. Zdeterminowana tego telefonu również nie odebrałam. Jeżeli chciałam samotności, to nie było żadnych wyjątków. Muszę pomyśleć.
Michael nie wypił dużo, a poza tym to Kim go pocałowała. Nie powinnam być na niego wściekła, prawda? A jednak tak jest, ugh, czemu o tym myślę? Przecież to nie było zamierzone. Rudowłosa jest wstawiona i nie wiedziała, co robi. Ciekawe co pomyśli Brad... A jeżeli już tak spekuluję, to jak zareaguje Grace na mój pocałunek z Zane'em? A może już wie i to dlatego dzwoniła? Cholera. Zane wcale nie musnął mnie tak delikatnie jak Kim Michaela, co równało się z tym, że coś dla niego ten pocałunek znaczył... Bo inaczej po co miałby coś podobnego robić? Ale o czym ja myślę! To przecież Zane. On nie umie kochać. Jemu nie może zależeć, a tym bardziej nie na Grace, którą już kiedyś wykorzystał. Jak ja mogłam pozwolić, żeby ona z nim była? Mogłam za wszelką cenę próbować przemówić jej do rozumu, mogłam... Och, nie wiem już, ale, cholera, czemu ja tak po prostu zrezygnowałam z przyjaciółki?!
Z rozmyślań wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Dosłyszałam je, mimo że muzyka na dole była bardzo głośna. W głębi duszy miałam nadzieję, że to Grace, nawet jeżeli miała zamiar mnie zganić za pocałunek z Zane'em. Wstałam, żeby otworzyć drzwi. Ku zaskoczeniu i niemałemu rozczarowaniu dostrzegłam Deana.
- Wszyscy cię szukają, Tess - powiedział z przejęciem. Przyjrzałam się jego twarzy. Malowało się na niej przygnębienie i ból. Jestem pewna, że to nie z mojego powodu.
Grace.
Wpuściłam go do środka i usiadłam na swoim poprzednim miejscu. Chłopak miał ze sobą jakiś fioletowy kocyk, który, nie miałam pojęcia, skąd wziął. Opatulił mnie nim szczelnie, po czym westchnął.
- Opowiedz, co się stało - powiedział z troską, przytulając mnie do siebie, a ja zapomniałam o tym, co widziałam na jego twarzy i zrelacjonowałam mu wydarzenia z północy.
- Kim jest pijana i na pewno nie wiedziała, co robi.
- Ale to miał być nasz pocałunek - pożaliłam się, chowając twarz w dłoniach.
- Przykro mi, Tess. A Zane... - zawiesił głos, więc spojrzałam na niego. Znowu ból i przygnębienie.
[soundtrack]
- Dean, co się stało? - spytałam, nie spuszczając z niego wzroku. Chłopak uśmiechnął się i prychnął cicho.
- Grace ze mną zerwała.
- Kurczę, tak mi prz...
- Nie. Nie mów nic - przerwał mi. - Mam świadomość, że i ty i Michael wiedzieliście o jej potajemnym związku z Zane'em. I że o to się z nią pokłóciłaś. Tym razem już wszystko mi powiedziała - powiedział, dając nacisk na słowo wszystko. Dziwne, że nie przestawał się uśmiechać.
- Dean, przepraszam, że ci nie powiedziałam... - Nagle poczułam się cholernie zmęczona, a poczucie winy przelało się po moim ciele.
- Hej, spoko. Chciałaś, żeby zrobiła to Grace, szanuję to. - Jego uśmiech wydawał się taki pokrzepiający... - Tylko teraz mi jest głupio, że byłem tak ślepy. - Przyjrzałam się wyraźniej jego oczom, dostrzegając w nich zbierające się łzy.
- Dean... - Przytuliłam go mocniej.
- To nie jest najlepszy sylwester, jaki mieliśmy w życiu, co? - parsknął śmiechem i oparł głowę o moją.
- Zdecydowanie jeden z najgorszych - potwierdziłam jego słowa i zalałam się łzami. Dean pogłaskał mnie po włosach.
- Nie płacz, Rodriguez. Bądź silna, co nie?
- Jasne. - Spojrzałam na niego. Mimo rozmytego obrazu, ujrzałam łzę spływającą po jego policzku. - Ty ją bardzo kochasz, prawda?
- Tak bardzo, że aż boli - powiedział, smutno się uśmiechając. Przymknął oczy, chcąc zapewne powstrzymać wylewającą się z nich substancję, a ja wtuliłam się w niego, chowając zapłakaną twarz.
- Poradzimy sobie, Clark - powiedziałam dla pocieszenia i również zamknęłam powieki.
_________________________________________________
Jestem cholernie dumna z tego rozdziału do tego stopnia, ze musiałam to tutaj napisać! :) Dużo soundtracków, ale jak na imprezę przystało, musi być masa dobrej muzyki :D Zapewne naniosę jakieś poprawki, ale jeżeli już to drobne. :)
* - Nie chciałam tego tłumaczyć na polski, bo - moim zdaniem - lepiej brzmi to po angielsku.
Kiedy będzie kolejny rozdział?
OdpowiedzUsuńCzekam z niecierpliwością, bo się nieźle wkręciłam :D
Myślę, że pojawi się jakoś w tym tygodniu ;)
UsuńCieszę się, że komuś to przypadło do gustu :D
Uwierz mi, że bardzo się spodobało. I mam nadzieję, że będzie jak najszybciej :D
Usuń